ALPHA DOG
ANDRZEJ KOŁODYŃSKI
Zdaje się, że ciekawsze są okoliczności towarzyszące filmowi „Alpha Dog” niż sam produkt: raczej przydługa, dość jednowymiarowa i pozbawiona napięcia opowieść o zbrodni.
Jej rzeczywistym „bohaterem” jest Jesse James Hollywood – pseudonim dość krzykliwy – narkotykowy dealer nie największego formatu, który w lecie 2000 roku porwał piętnastoletniego Nicholasa, przyrodniego brata Jake’a Mazursky’ego i przetrzymywał go jako zakładnika. Otóż Jake, też dealer, winien był mu 1.200 dolarów, ale nie chciał, a właściwie nie miał z czego, oddać. Tymczasem chłopak potraktował porwanie jako ucieczkę ze skłóconego domu, zaprzyjaźnił się ze swoim strażnikiem, brał czynny udział w nieustannych zabawach narkotycznego gangu, dopóki miarka, zdaniem Jesse’ego, się nie przebrała i trzeba go było, „dla przykładu” zabić. Zbrodnia natychmiast wyszła na jaw, policja rozgromiła gang i czterech winnych postawiła przed sądem, ale sam Jesse James Hollywood uciekł do Ameryki Południowej i przez pięć lat figurował na liście poszukiwanych przez FBI jako najmłodszy w historii ManWanted. Na temat tej sprawy chciał zrobić film Nick Cassavetes, syn Johna, słynnego reżysera i aktora, autor już dwóch kontrowersyjnych – zdaniem wielu nieudanych – filmów akcji i jakimś sposobem zyskał wgląd w akta nie zamkniętej jeszcze sprawy. Realizacja zaczęła się w 2004 roku, kiedy Jesse przebywał ciągle na wolności, ale przed ukończeniem zdjęć został schwytany i skazany na śmierć, co przysporzyło reklamy filmowi pokazanemu na festiwalu Sundance.
Cassavetes poczynił jednak, na życzenie FBI, zmiany. Akcja rozgrywa się u niego jesienią 1999 roku, nazwiska są różne, wszystko inne jednak się zgadza. Oczywiście w miarę, bo nie jest to docu-drama, ale fabularna opowieść o szczególnym środowisku, tworzącym w Południowej Kalifornii swoistą subkulturę. Cassavetes skupił się na jej analizie wiedząc, że sama historia nie kryje niespodzianek, opisywana na wszystkie sposoby w prasie.
W jakim stopniu mu się to udało? Młodzi ludzie na ekranie robią wrażenie bandy rozleniwionych i całkowicie zepsutych nierobów. Należą do zamożnej klasy średniej, mają pieniądze, prawdziwą broń dla zabawy, wolny czas i żyją poza wszelką odpowiedzialnością w oparach narkotyków. Są pozostawieni całkowicie sami sobie. Diagnoza Cassavetesa jest trafna i wspiera się na wyróżnieniu kultury młodzieżowej, w której jedynym wzorcem stają się rówieśnicy. A więc zamknięte koło. Margaret Mead nazywa taką kulturę „kofiguratywną” w odróżnieniu od tradycyjnej „postfiguratywnej”, w której wzorem dla młodych pozostaje starsze pokolenie, ojcowie i dziadkowie. Ale to właśnie w Ameryce nastąpiło odrzucenie takiego modelu jako nie wytrzymującego presji pospiesznie zmieniającej się rzeczywistości. Rodzice nie potrafią porozumieć się ze swoimi dziećmi, często z tragicznym skutkiem. Pokazani w filmie młodzi ludzie żyją, zachowują się i mówią po swojemu. Nie czuję się na siłach ocenić języka, jakiego używają, ale po pokazie filmu w Sundance, w Internecie nie zabrakło opinii, że w taki sposób mówi się tylko na ekranie. Jakiś widz, zresztą przychylny filmowi, wzdycha, żeby „fuck” padało przynajmniej co cztery słowa, nie co dwa...
Jeśli chodzi o zachowanie, to jedynym odpowiednim określeniem jest nadekspresja. Nieustanne grymasy, przesadne gesty (zwłaszcza nogami, bo te dryblasy przeważnie pokładają się po kanapach i fotelach, więc coś trzeba robić ze stopami obutymi w drogie adidasy), wyzywające pozy świadczące o skrajnym lenistwie i niedbałości, sposób chodzenia raczej daleki od normalnego – trudno nie podejrzewać, że gdyby ktoś taki pojawił się na ulicy, zwracałby powszechną uwagę swoją odmiennością. Wrzeszczą. Zachowanie psychopatycznego furiata prezentuje zwłaszcza przyrodni brat porwanego, Jake (Ben Foster), wytatuowany od stóp do głów wszelkiego rodzaju ikonami, hebrajskimi napisami, datami (1976 na piersi), który otacza się hitlerowskimi emblematami i dowodzi własną bojówką. Ale to wszystko w ukryciu własnych domów z basenami. Oni nie chodzą po ulicy, tylko jeżdżą, bardzo szybko, samochodami, a jeżeli są w jakimś supermarkecie, no to się wygłupiają, a w swoich pubach czy barach mogą robić, co im się podoba, taki jest styl. To chłopcy. Dziewczyny, zresztą bardzo ładne, podobnie. Tyle że wszystkie bez wyjątku – jak mówi się u nas bardzo nieelegancko w pewnych środowiskach („excuse le mot”) – są kurwiszonami. Niewątpliwie specyfika środowiska.
Na ekranie występuje liczna grupa młodych aktorów, bardzo dobrych, jeśli chodzi o zabawę w konwencję. Krytycy amerykańscy używają raczej trudnego do przetłumaczenia terminu „playacting”, przeciwieństwa „wcielenia się” w rolę. Tego rodzaju gra, choć irytująca, jest efektowna, ale nie sposób uwierzyć w tak przedstawioną postać. Jest tylko znakiem. Jednak wśród robiących miny kukiełek wrażenie prawdy sprawia przynajmniej dwóch wykonawców. To Anton Yelchin, który gra młodego, tracącego niewinność Zacka-ofiarę. Oraz Justin Timberlake, znany skądinąd jako pop-gwiazdor z zespołu NSYNC, były chłopak Britney Spears, no i oczywiście (teraz) solista. Ale na ekranie – żadnej zgrywy, przejmująca kreacja. Pilnuje Zacka i nie chce jego śmierci.
No właśnie, dochodzimy do kwestii morderstwa. Napisy pracowicie numerują świadków, którzy wystąpią później w sądzie: jest ich ponad trzydziestu! Czy te chłopaki, decydując się na popełnienie morderstwa z zimną krwią, były rzeczywiście takie głupie, czy może ogłupione narkotykami? Czy nigdy nie obejrzeli do końca w telewizji jakiegoś filmu sensacyjnego, zbyt zajęci obłapywaniem dziewczyn, żeby zdać sobie sprawę z istnienia policji i sądu? Czy nie wiedzieli, że za porwanie w stanie Kalifornia grozi wprawdzie 15 lat więzienia, ale za morderstwo o wiele, wiele więcej? Bezmiar głupoty pokazanej w filmie po prostu poraża. Oczywiście, panika następuje po fakcie, nikt wtedy nie przybiera wyzywających póz, tylko nawiewa, jak może. Ale na ucieczkę za późno.
Film odrzuca, ale trzeba przyznać, że robi też wrażenie, bo przekazuje jakieś poczucie obezwładniającej atrofii moralnej. Jest w tym prawda, chociaż tylko naskórkowa, nie sformułowana intelektualnie. O młodzieży, o czasach, o kulturze. I nie potrafią zepsuć jej przeprowadzane niewiadomo po co wywiady z Bruce’em Willisem czy ze straszliwie pobrzydzoną Sharon Stone. Widocznie potrzebne były nazwiska.
Alpha Dog
Reżyseria i scenariusz Nick Cassavetes. Zdjęcia Robert Fraisse. Muzyka Aaron Zigman. Wykonawcy Emile Hirsch (Johnny Truelove), Justin Timberlake (Frankie), Anton Yelchin (Zack Mazursky), Fernando Vargas (Tiko Martinez), Vincent Hartheir (Pick Giaimo), Ben Foster (Jake Mazursky), Alec Vigil (Bj Truelove), Shawn Haloy (Elvis), Amanda Seifried, Nicole Dubos, Regine Rice, Laura Nativo (dziewczęta), Bruce Willis (Sammy Truelove, ojciec), Sharon Stone (Olivia Mazursky, matka), Harry Dean Stanton (Cosmo Cadabeeter), Matthew Barry (dziennikarz). Produkcja Sidney Kimmel Ent., A-Mark Ent., Alpha Dog LLC, VIP2 Mediefonds. USA 2006. Dystrybucja Epelpol. Czas 117 min.
Andrzej Kołodyński, Alpha Dog, „Kino” 2008, nr 5, s 67-68.