2 DNI W PARYŻU GRAŻYNA ARATA Pamiętacie państwo Dominique, tajemniczą blond piękność, wcielenie francuskiej żony Karola – bohatera „Białego”, komediowej części trylogii Krzysztofa Kieślowskiego? To właśnie ona, Julie Delpy, od kilkunastu lat grająca i reżyserująca w Stanach, pojawia się na ekranie w „2 dniach w Paryżu” jako francuska narzeczona... Amerykanina. I tym razem nie przynosi szczęścia najdroższemu, mającemu podobnie jak Karol, zdecydowane trudności ze zrozumieniem i akceptacją egzotycznych obyczajów Francuzów. Julie Delpy jest scenarzystką, reżyserką, montażystką, autorką muzyki i współproducentką „2 dni w Paryżu”, komedii porównywanej przez francuską krytykę do dzieł Woody Allena. Podobnie jak Mistrz, Julie potrafi sprawnie używać kąśliwych komentarzy i zaskakujących analiz, budujących dynamikę akcji. W przeciwieństwie do większości filmów hollywoodzkich, lubujących się ostatnio w obsadzaniu Francuzów w rolach stereotypowych zdrajców i psychopatów, inteligentna i dowcipna komedia Julie maluje zbiorowy portret Francuza, pełen smaczków, polotu i złośliwości, bliski rzeczywistości, choć ukazanej karykaturalnie. Pretekstem do dywagacji na temat przywar rodaków, ale również do traktowanej z przymrużeniem oka obserwacji związków miłosnych, partnerskich czy rodzinnych, jest banalna podróż zakochanych. On – Amerykanin, architekt wnętrz, ona – Francuzka, fotograf, podobnie jak on mieszkająca w NowymJorku. Wracając z Wenecji, zatrzymują się na dwa dni w Paryżu, aby odetchnąć atmosferą romantyzmu i spojrzeć na miasto okiem zachwyconego turysty. Niestety, poetyckie plany legną w gruzach z wielu, zupełnie nieistotnych powodów.
Po pierwsze, taksówki, a raczej ich notoryczny brak, wywołujący gigantyczne kolejki na postojach, a w nich atmosferę zawiści jak z ery kartkowego socjalizmu. Nastrój „wojny o taryfę” szokuje oczywiście mieszkańca Manhattanu, przyzwyczajonego do dyskretnej i skutecznej obecności taksówek, pojawiających się na gwizdnięcie. Zdobycie środka transportu nie oznacza końca kłopotów, wprost przeciwnie. Trzeba odbyć podróż w towarzystwie gadatliwych, bezczelnie podrywających, nierzadko dumnych ze swych rasistowskich przekonań kierowców. Marion wdaje się z nimi w nieustające, dynamiczne lub wręcz agresywne pogawędki, których Jack jest biernym, ale i coraz bardziej zdenerwowanym podmiotem. Rola cudzoziemca, z którego każdy Francuz musi się trochę naigrawać, zwłaszcza gdy cudzoziemiec okazuje się Amerykaninem – nie jest łatwa do zaakceptowania, nawet jeśli ma się spore poczucie humoru. Poczucie osamotnienia i niezrozumienia rośnie, w miarę jak ukochana odnajduje bliskie jej sercu gry i kody. Dlaczego on nie rozumie tego, co jest takie proste? Po drugie, rodzinka. Kolejnym powodem wizyty w Paryżu jest spotkanie z rodziną Marion – zagraną przez prawdziwych rodziców Julie Delpy: aktorów Marie Pillet i Alberta Delpy. Rodzinka anarchistyczno-artystyczna, gdzie ojciec biega po kuchni, strasząc zwłokami królika, lub bawi się w chuligana, niszcząc lakier na cudzych samochodach, matka chwali się przed przyszłym zięciem miłosnymi podbojami, a wszyscy wybuchają gniewem i wyzwiskami przy byle okazji, ale jednocześnie śmieją się, kochają i solidarnie nabijają z Amerykanina. Marion jest rozdarta między miłością i potrzebą ochrony najdroższego a prześmiewczym nastrojem innych, któremu w końcu ulega. Nastroszona mina Jacka, który nie rozumie, dlaczego robi się z niego balona (a balony w tym filmie grają kluczową rolę!), razi coraz mocniej na tle rozbawionych twarzy Francuzów, zwłaszcza że na jego obrażone miny Marion odpowiada zdziwieniem: „Dlaczego się gniewasz? Przecież to śmieszne!” Po trzecie, kuchnia. Wyrafinowana, sławna kuchnia francuska zredukowana jest w filmie Delpy do jej najbardziej szokujących elementów – eksponowanych na targu prosiaków z tragicznymi ryjkami, obdartych ze skóry królików czy ozorów wołowych. To prawda, że niektóre aspekty francuskiej „oryginalności” kulinarnej szokują oczy przyzwyczajone do mięsa w postaci steków opakowanych w celofan. Tylko we Francji zobaczyć można reklamę, w której prosięta i kury zachęcają do użycia musztardy lub innej przyprawy – tutejsi konsumenci są bowiem przekonani, że szczytem marzeń każdego żyjącego stworzenia jest osiągnięcie stanu dobrze przyprawionego gulaszu lub potrawki. No i wreszcie, po czwarte, wszechobecność triumfującego erotyzmu. Jack wydaje się osaczony przez buchającą, atakującą z każdej strony wolność i lekkość, z jaką spadkobiercy Markiza de Sade traktują uwodzenie i seks – nie do przyjęcia z punktu widzenia powagi purytańskiej moralności. Luz i flirtująca zalotność, z jaką były przyjaciel Marion obsypuje ją komplementami, dzieląc się następnie z aktualnym narzeczonym uwagami o jej intymnych zaletach, jest dla zdezorientowanego Jacka jedną wielką psychiczną udręką. Wydaje mu się, że Marion znalazła się w centrum tłumu podnieconych, myślących tylko o jednym samców i że ona dzieli z nimi ten wszechobecny, frywolny stan ducha. Jeżeli nawet leciwi rodzice Marion nie mają ochoty wyleczyć się z tej permanentnej seksualnej obsesji, to najwyraźniej choroba ta dotyka cały kraj i wszystkich jego mieszkańców! Niewinne gesty przekształcają się w wyobraźni Jacka w dowody krańcowego wyuzdania – to prawda, że w Stanach najbardziej niewinny z nich grozi oskarżeniem o molestowanie seksualne. A wreszcie jeszcze jeden dowcip w złym tonie na komórce Marion – i całe zaufanie rozsypuje się jak domek z kart. I tak kończy się anty-romantyczna komedia Julie Delpy: miłosnym fiaskiem spowodowanym ciągiem rozpaczliwie głupich kulturowych nieporozumień. Czy jednak można z filmu Delpy wyprowadzić jakieś wnioski, czego robić nie należy? Nie zadawaj się z cudzoziemcami? Nie podróżuj po kraju narzeczonej i w żadnym wypadku nie odwiedzaj jej rodziców? Nigdy nie przyjeżdżaj do Francji i unikaj spotkań z byłymi adoratorami aktualnej sympatii? Każdy może wyciągnąć takie i inne daleko idące wnioski, ale najbardziej trafne wydaje się ostrzeżenie: bądźmy czujni, bo nigdy nie wiadomo, z jakiej strony pojawić się może zagrożenie miłosnego związku. „Dwa dni w Paryżu” to film, w którym poczucie niemal dokumentalnej obserwacji podkreśla użycie ruchomej kamery, pewna nonszalancja w traktowaniu kadru, zdecydowany brak makijażu, dekoltów, nienagannych fryzur i eleganckich kostiumów. Komedia Delpy opiera się na błyskotliwych dialogach, wpisanych w proste, elokwentne sytuacje, oraz na bezbłędnej grze głównych bohaterów, zadziwionych deszczem niemiłych niespodzianek. A miało być tak romantycznie i pięknie... Julie Delpy, jakby trochę zawstydzona tłumaczy, że realizuje podobne filmy jak te, w których grywa jako aktorka, bowiem producenci nie chcą finansować jej projektów „egzotycznych”, na przykład opowiadających o wojnie japońskich gangów. Ale widz pomyśli w duchu, że czasem braki producenckiej fantazji mają jednak swoje dobre strony... 2 Days in Paris Scenariusz, reżyseria, muzyka, montaż Julie Delpy. Zdjęcia Lubomir Bakchev. Scenografia Barbara Marc. Wykonawcy Julie Delpy (Marion), Adam Goldberg (Jack), Daniel Brühl (Lukas), Marie Pillet (matka Marion), Albert Delpy (ojciec Marion). Produkcja Back Up Media – Polaris Films – Tempete Sous Un Crane – 3L Filmproduktion, Francja, Niemcy 2007. Dystrybucja Kino Świat. Czas 96 min. Grażyna Arata, 2 dni w Paryżu, „Kino” 2008, nr 5, s. 79-80.
© Fundacja KINO 2008 |