FREE RAINER BŁAŻEJ HRAPKOWICZ  Zaczyna się mocno. Tytułowy Rainer - twórca hitowych programów telewizyjnych - przybywa do studia, aby obserwować nagranie swojego nowego show, w którym od wyniku wyścigu plemników zależy, czy uczestniczka odjedzie w romantyczną podróż z panem numer jeden, dwa, trzy. Chory pomysł, estetyczny kicz, sterowana, entuzjastyczna publiczność o niezbyt inteligentnych twarzach; tak w filmie Hansa Weingartnera wygląda telewizja od wewnątrz. Jest ogłupiająca, koszmarna, sprzedaje rozrywkę na poziomie rynsztoka. "Prime time" to czas półgłówków i esencji idiotyzmu. A stoi za tym właśnie Rainer - uzależniony od narkotyków arogant, który rozbija się samochodem w rytm ostrej muzyki, pieniędzy ma w bród, a mózgu - jak się wydaje - poważny deficyt. Jego styl życia, jakby karykatura hipisowskiego "sex, drugs and rock & roll", wygląda dokładnie tak, jak początek filmu Weingartnera - jest dynamiczny i przesycony środkami "wzmacniającymi". W jego życiu jest wszystko (piękna dziewczyna, sukces zawodowy, ładne mieszkanie) i nic. Dominują pustka, blichtr i fałsz - jak w firmowanej przez niego telewizji. Narysowane grubą kreską otwarcie filmu dobrze oddaje formalny zamysł autora "Edukatorów". Początkowymi sekwencjami rządzi karykatura, skrajna groteska i dosadna satyra. Akcenty rozłożone są równomiernie, tworząc czytelne opozycje. Konkluzja okazuje się banalna - telewizja stoi na żenującym poziomie, a fakt, że ludzie ją oglądają, stanowi smutny dowód powszechnego prymitywizmu. Ale myślowe oczywistości i ugruntowane stereotypy, na których bazuje Weingartner, to tylko podstawa do filmowej prowokacji, która wywróci je do góry nogami. Bożek decydentów stacji telewizyjnych - oglądalność - stanie się ofiarą szlachetnej manipulacji, której autorem będzie - tak, Rainer. Pod wpływem Pegah, dziewczyny, której dziadek zaszczuty przez jeden z programów Rainera, zapłacił za to życiem - mężczyzna ulegnie przemianie. Dotrze do niego, że telewizja wcale nie musi ogłupiać, a wręcz przeciwnie: może - o zgrozo! - spełniać misję. Rainer zbuntuje się przeciwko systemowi i spróbuje odsłonić spisek, który miałby polegać na fałszowaniu wyników oglądalności. Z cynicznego kapitalisty przeistoczy się w idealistycznego lewicowca, wygodne życie zamieni na egzystencję kontrkulturowego wyrzutka. I dokona prawdziwej rewolucji.
Weingartner doskonale zdaje sobie sprawę z naiwności takiego rysunku bohatera, świadomie odzierając całość z jakichkolwiek pozorów wiarygodności. Bezwstydnie używa fabularnych klisz, żeby uzasadnić metamorfozę Rainera, ufundowaną głównie na motywie nawróconego grzesznika. Opowiada schematyczną bajkę, lecz nie idzie najprostszą drogą - żadnego spisku bowiem nie ma. Ku swemu rozczarowaniu Rainer odkrywa, że ludzie rzeczywiście oglądają wyścigi plemników. Rzeczywista konspiracja złowrogich biznesmenów w celu oszukania nieświadomego społeczeństwa byłaby wyjaśnieniem zbyt trywialnym, nawet jak na uproszczoną formułę, której Weingartner używa. Nie, tu chodzi o coś więcej.
Współpracująca z Rainerem Pegah wpada na pomysł, żeby to oni fałszowali wyniki oglądalności. Dywersja ma na celu wyniesienie na szczyty popularności ambitnych pozycji - dyskusji o literaturze, filmów Fassbindera, etc. Wraz z pewnym znerwicowanym zwolennikiem spiskowych teorii i zwołaną naprędce grupą bezrobotnych, Pegah i Rainer wcielają swój plan w życie. I oto dzieje się rzecz niesłychana - manipulacja przynosi efekt. Szefowie stacji telewizyjnych wpadają w panikę, demoniczny Maiwald, były zwierzchnik i przyjaciel Rainera, wrzeszczy na zebraniu: "wymyślcie mi coś inteligentnego, tego oczekują widzowie!" Ciekawe rozmowy, analizy socjologiczne i polityczne, dokumenty, filmy - wcześniej emitowane późną nocą - trafiają do "prime time'u". Większość społeczeństwa jest zachwycona, na ekranie oglądamy same radosne twarze ludzi pogrążonych w lekturze książek i chwalących nowe ramówki telewizyjne. Następuje prawdziwa eksplozja intelektu, której nie zatrzyma nawet interwencja Maiwalda, zmuszającego Rainera i jego ekipę do ucieczki przed policją. Słupki oglądalności pozostają bez zmian, trend się utrzymuje. Nadal króluje Fassbinder i "nudna", czarno-biała klasyka kina. Bo dla Weingartnera problemem nie jest rzekoma ludzka głupota. On w nią nie wierzy. Przekonuje za to, że o tym, jak wyglądają nasze telewizyjne potrzeby, decydują tak naprawdę szefowie koncernów medialnych. Wyśmiewa sposób myślenia dyrektorów programowych, którzy ustalają porę emisji pewnych programów na trzecią nad ranem, następnie obserwują żałosne siłą rzeczy statystyki i wysnuwają stąd wniosek, że program nie nadaje się do "prime time'u".
Trudno Weingartnerowi nie przyznać racji. Zrzucanie winy za mierny poziom telewizji na karb niewyszukanego gustu mas to zbyt łatwe, za szybko zamykające dyskusję wytłumaczenie, którym szefowie stacji wygodnie zdejmują z siebie odpowiedzialność. Tymczasem przeświadczenie, że atrakcyjność i wartość intelektualna to wartości sprzeczne, jest mitem. I Weingartner nie odkrywa tu Ameryki. Tam właśnie od paru lat trwa na przykład prawdziwy boom na seriale, które w sporej liczbie przypadków biją rekordy oglądalności, będąc jednocześnie interesującymi propozycjami artystycznymi - by wspomnieć choćby "Dextera" czy "24 godziny". Pierwiastek komercyjny może łączyć się ze sztuką i Amerykanie udowodnili to już wielokrotnie. W Polsce, niestety, jeszcze nie potrafimy w ten sposób patrzeć na telewizję.
Ostrze filmu Weingartnera nie jest jednak wymierzone tylko w rządzący się regułą błędnego koła przemysł telewizyjny. Unosi się bez wątpienia nad "Free Rainer" lewicowy duch, wyrażający się w chęci rozsadzenia systemu od środka, buntu przeciwko jego mechanizmom. Kiedy w finale Rainer - wyzbywszy się ostatecznie egoizmu i poznawszy moc ludzkiej solidarności - odnajduje razem z przyjaciółmi kolejne pole do szlachetnego oszustwa, wymowa filmu wykracza poza telewizję. "Free Rainer" wydaje się bowiem w istocie krytyką całego mechanizmu kreowania mód, wyimaginowanych potrzeb, sztucznego tworzenia konsumentów. Weingartner uderza w kulturę kapitalizmu, a jego bohaterowie przekonująco ujawniają niedorzeczność i szkodliwość konsumpcyjnej machiny, wykorzystując jej mechanizmy do własnych celów. Kwestią otwartą pozostaje jednak siła tego uderzenia. Wątpliwości wzbudza zwłaszcza ostentacyjna i konsekwentna utopijność propozycji Weingartnera. Gdyby film zakończył się nagłą stylistyczną woltą w stronę realizmu, a Rainer, dajmy na to, trafił do więzienia, krytyka systemu nabrałyby wyrazistości. Ale Weingartner do samego końca kurczowo trzyma się obranej formuły, zmierzając ku optymistycznemu rozwiązaniu. Rainera i spółki oszustwa w szczytnym celu wciąż będą miały miejsce - wbrew logice. Czy jest to autorski gest desperacji, rozpaczy nawet? A może wyraz wiary, że taki bunt jest dzisiaj mimo wszystko możliwy? Mam wrażenie, że z "Free Rainer" jest trochę tak, jak z piosenką Johna Lennona "Imagine" - nieważne, ile razy ją zdyskredytujemy za zbyt daleko posunięty idealizm, zawsze gdzieś w głębi będzie się tliła iskierka nadziei, że być może wizja "braterstwa ludzi" ma szansę kiedyś się sprawdzić. Wojciech Mann pisał swego czasu o dziełku ex-Beatlesa: "A może wyjdzie na jego?" Cóż, gdyby wyszło po myśli Weingartnera, też nie byłoby źle.
Free Rainer - Dein Fernseher Lugt
Reżyseria Hans Weingartner. Scenariusz Katharina Held, Hans Weingartner. Zdjęcia Christine A. Maier. Muzyka Adem Ilhan, Andreas Wodraschke. Wykonawcy Moritz Bleibtreu (Rainer), Elsa Schulz Gambard (Pegah), Milan Peschel (Phillip), Gregor Bloeb (Maiwald), Tom Jahn (Bernd). Produkcja Coop 99 - Kahuuna Films, Austria - Niemcy 2007. Dystrybucja Vivarto. Czas 129 min. Błażej Hrapkowicz, Free Rainer, „Kino” 2008, nr 10, s. 78-79.
© Fundacja KINO 2008 |