CICHE ŚWIATŁO MARIA KORNATOWSKA Z wielkim upodobaniem ogląda globalna widownia komedie romantyczne - co potwierdzają statystyki i rankingi - ale znikły ze światowych ekranów filmy płomiennych namiętności, filmy o miłości silniejszej nad wszystko, nawet śmierć. Catherine Breillat, znana francuska realizatorka, autorka "Une vieille maitresse" (2007), jednego z rzadkich okazów wymierającego gatunku uważa, że to w XVIII stuleciu, w epoce arystokracji, ludzie przeżywali wielkie i burzliwe romanse. Arystokracja nie walczyła o przetrwanie. Miała czas na rozwijanie wyobraźni, na życie swobodne, wśród pięknych dekoracji. Dziś emocje zastąpił seks. Klasy średnie dążące do kariery, majątku i stabilizacji, pochłonięte konsumpcją, nie mają ani czasu ani energii na uczucia przekraczające codzienność. Mieszczanienie prowadzi do egzystencji konwencjonalnej. Carlos Reygadas, wschodząca gwiazda reżyserska światowego kina, chcąc w "Cichym świetle" pokazać dramat uczuć nieserialowych, musiał zawędrować aż do trwającej w kulturowej odrębności enklawy mennonitów w północnym Meksyku. Wyznawcy rygorystycznego etycznie odłamu protestantyzmu, prześladowani, a jednak wyrzekający się przemocy, wyemigrowali z Niemiec w drugiej połowie XIX stulecia.
Ich dzisiejsi potomkowie posługują się wprawdzie nowoczesną techniką, ale żyją we własnym, zamkniętym świecie. Nie akceptują rozwodów, odrzucają nakazy mody, nie uznają potrzeby rozrywki. Szanują tradycję, przestrzegają starych obyczajów, mówią dziwnie brzmiącym, anachronicznym staroniemieckim językiem. Meksykański reżyser z niesłychanym pietyzmem, ryzykując komercyjną katastrofę, odtworzył w "Cichym świetle" obyczajowość i zwolnione rytmy ich życia. Przypomina się "Słowo" (1954) Carla Th. Dreyera, inny surowy dramat protestancki, którego akcja rozgrywa się w izolowanej jutlandzkiej wiosce, a metafizyczność przenika się z cielesnością. Reygadas myślał niewątpliwie o wielkim Duńczyku robiąc film niby inny, a przecież podobny, może i zamierzony jako hołd dla autora "Męczeństwa Joanny D'Arc". Protestantyzm, surowa moralność przystają do scenerii Jutlandii. Inaczej z Meksykiem. Reygadas potrafi jednak niezwykle świadomie opowiadać obrazem, nadając mu wielowymiarowość i wieloznaczność, potrafi też budować sugestywny klimat. Zostajemy bez reszty wciągnięci w opowieść, której sens dociera do nas raczej intuicyjnie niż racjonalnie. W tę opowieść Reygadas wciąga nas powoli, jakby testując nasze możliwości pójścia za nim do końca, aż do ostatniej, zaskakującej sekwencji. Prowadzi nas w swoją przestrzeń. W pejzaż rozległy, skalisty, pozaczasowy. Zbliżenia twarzy bohaterów i głębia przestrzeni tworzą wewnętrznie zrytmizowaną, niemal muzyczną kompozycję. W esejach o malarstwie pisał Beaudelaire: „wyobraźnia czyni pejzaż”, w innym miejscu notował: "jeśli to, co nazywamy pejzażem jest piękne, to nie dzięki sobie, lecz dzięki mnie, dzięki idei lub uczuciu, które z nim wiążę". Pejzaż "Cichego światła" istnieje obiektywnie, ale spojrzenie reżysera, spojrzenie kamery nadaje mu piękno, nasyca znaczeniami i uczuciami. Zmienia w scenę antycznej tragedii. Opowieść jest realistyczna, uderza autentyzmem szczegółów, kostiumów, rekwizytów, zachowań, zarazem jednak przeniknięta duchowością, metafizyczna. Niby wszystko z ciała jest i na ziemi się dzieje, ale czuje się obecność owego "milczącego światła", nie dającą się zdefiniować, niepojętą. Życie meksykańskich mennonitów jest proste, zwyczajne, wypełnione pracą, domowymi obowiązkami, rodziną. Ascetyczne. I nieoczekiwanie, trochę jak grom z gwiaździstego nieba, spada na dwoje z nich namiętność. Pragnienie wzajemnej bliskości, kontaktu, dotyku. On ma żonę, dzieci, niebo gwiaździste nad sobą i prawo moralne w sobie. Rama filmu - wizja roziskrzonego gwiazdami firmamentu - może przywoływać Kanta, a może też nieść inne znaczenia, z metafizycznymi włącznie. Konflikt sumienia i namiętności jest esencją "Cichego światła". Ale namiętność jest tu mniej sprawą ciała, bardziej duszy. Wyrazem odwiecznej ludzkiej potrzeby przekraczania granic i ograniczeń. Jest siłą, która może niszczyć, zabijać, ale i przywracać życie. Ta historia miłosnej pasji, śmierci, a może i zmartwychwstania ma głęboki sens religijny. W "Cichym świetle" grają naturszczycy, wybrani spośród członków mennonickiej społeczności. Ich twarze, jakby wyjęte z płócien mistrzów północnego malarstwa, odległe od dzisiejszych standardów urody, przykuwają wzrok swą fascynującą innością. Trudno powiedzieć, że dobrze grają, po prostu są tymi ludźmi. Szkoda wielka, że tak rzadko ostatnimi czasy obcujemy z dziełami tej miary, co "Ciche światło", z dziełami filmowej sztuki. Stellet licht Scenariusz i reżyseria Carlos Reygadas. Zdjęcia Alexis Zabe. Scenografia Gerardo Tagle. Wykonawcy Cornelio Wall (Johan), Miriam Toews (Esther), Maria Pankratz (Marianne), Peter Wall (ojciec), Elisabeth Fehr (matka), Jacobo Klassen (Zacarias). Produkcja No Dream Cinema - Mantarraya Prods. - BAC Films - Arte France Cinema - Motel Films - Imcine/Foprocine - Estudios Churubusco - Ticoman - World Cinema Fund - Het Nederlands Fonds Voor De Film, Meksyk-Francja-Holandia 2007. Dystrybucja Gutek Film. Czas 144 min. Maria Kornatowska, Ciche światło, „Kino” 2008, nr 10, s. 76.
© Fundacja KINO 2008 |