ILE WAŻY KOŃ TROJAŃSKI?
BOŻENA JANICKA Ciekawe zjawisko: już po raz trzeci w ostatnich miesiącach nasze kino oferuje nam coś lepszego, z całym samozaparciem twierdząc, że towar jest gorszy. Dystrybutor "Małej Moskwy" obstaje przy wersji, że "Mała Moskwa" jest po prostu melodramatem, reżyser "Rysy" - że bohater jego filmu był niewątpliwie agentem SB, a teraz reżyser "Ile waży koń trojański?" przekonuje, że jego film to komedia romantyczna. Może i tak, a ściślej mówiąc też, lecz komedia romantyczna nie jest tym, czego w polskim kinie brakuje najbardziej. Tymczasem w rzeczywistości (i przede wszystkim) Machulski opowiada o nas - z peerelowskiego wczoraj przeniesionych w dziś.
 Bohaterka filmu o znów modnym imieniu Zosia zdaje się nie bez powodu jest psychologiem. Pomysł filmu opiera się bowiem na pewnym zjawisku psychologicznym: otóż każdy człowiek (przynajmniej dorosły), żyje jednocześnie jakby na trzech planach: w przeszłości, w teraźniejszości i przyszłości (tej planowanej lub wyobrażonej), łączących się w jego psychice w niepodzielną całość. Na jawie odróżniamy te płaszczyzny doskonale, lecz co nam się właściwie śni, czy to jest wczoraj, dziś czy jutro - nie wiemy. Tu pomieszane jest wszystko. Z tej konstatacji wyprowadzony został pomysł filmu, bardziej skomplikowany niż wplatanie w jakąś dzisiejszość odprysków wczoraj czy klasyczny chwyt z komedii science-fiction, kiedy to bohater zna przyszłość, bo został stamtąd jakimś sposobem przetransportowany. Tu jest dokładnie tak, jak w psychice człowieka - i jak w kinie, gdzie od snu o przeszłości, który nawiedził Zofię w jej obecnym dzisiaj, można płynnie przejść do snu z wczorajszego dzisiaj, któremu przyśniło się jutro... Przepraszam, ale prościej tego pomysłu przedstawić się nie da.
Z takiej perspektywy opowiada tę historię autor. Historię, a właściwie dwie: swoistą historię ostatnich dziesięciu lat PRL-u (chociaż akcja kończy się w roku 2000) - oraz pierwszego małżeństwa Zofii, zakończonego rozwodem i szukania przez nią, z głęboką wiarą, że ktoś taki istnieje, wymarzonego właściwego partnera.
A więc - po pierwsze - obraz PRL-u. Mimo fantastyczności pomysłu (Zofia zna przyszły bieg zdarzeń) - najzupełniej realistyczny. Pomysł też właściwie nie jest fantastyczny, wracając we wspomnieniach do peerelowskiej przeszłości wiemy przecież, co było dalej. Świetny punkt wyjścia dla komedii, którą oczywiście - romantyczną czy mniej - jest film Machulskiego. Z tej perspektywy można się z tamtych czasów śmiać na pełnym luzie, przywołując np. najbardziej syntetyczny dowcip z tamtej epoki: - "Co jest najlepsze w świecie? - Komunizm. - A najgorsze? - Że u nas". Inna sprawa, że opowiadający ten dowcip pewnemu Szwedowi pan Darek dodaje gratis równie śmieszną historyjkę o tym, jak jeździł do Szwecji na handel i wpuścił w maliny frajerów, czyli szwedzką policję, co Szwedowi jednak nie wydaje się zabawne.
Pan Darek - czyli pierwszy mąż bohaterki filmu, Zosi, a więc poniekąd wprowadzenie w realia komedii romantycznej, za jaką uważa swój film reżyser. Głupia sprawa - wmawiać autorowi, że zrobił coś ciekawszego niż twierdzi, że zrobił, ale tak to mniej więcej wygląda. Komedia romantyczna - a właściwie jej tzw. clou, happy end tak słodki, że może zemdlić - została przerzucona na początek, by w scenach opowiadających, jak do tego doszło, objawić się raczej jako niepokojąco trzeźwa komedia obyczajowa o współczesnych kobietach. Takich, jakimi były dwadzieścia lat temu i są dzisiaj, bo sytuacja się zmieniła, ale metody, jakimi panie walczą o swoje - niekoniecznie.
A więc Zofia wychodząc za Darka popełniła błąd, ale naprawia go bezbłędnie. Dzięki odpowiednim przygotowaniom Darek przyłapany zostaje in flagranti (rzecz jasna miał kochankę), rozwód puszcza pana Dareczka w "skarpetkach" (ku ubolewaniu innej kobiety - pani mecenas, która wolałaby "bez skarpetek"). No i sposób, w jaki Zosia funduje sobie dziecko, używając już prawie rozwiedzionego Dareczka jako instrumentu, bo dziecko, do tego poczęte w małżeństwie, a nie poza, mieć trzeba koniecznie... A potem zaczyna się intensywne szukanie następcy pana Darka, który byłby w lepszym gatunku, przypominające - co tu kryć - polowanie na upatrzonego. Żona upatrzonego (bo ma żonę) to wprawdzie wredna lalunia, ale nawet anielica naruszyłaby nietykalność cielesną jakiejś brunetki (to nasza Zosia), która traktując tamtą jak powietrze informuje jej małżonka, że za kilka lat to ona, brunetka, będzie jego żoną.
Niewykluczone, że kilkanaście minut stuprocentowej komedii romantycznej znalazło się na początku filmu głównie dlatego, by panie na widowni pamiętały w trakcie oglądania reszty, że jednak wyjdą na swoje. Bo panie wprawdzie wiedzą o sobie to, co wiedzą, ale niekoniecznie są zachwycone, kiedy mężczyźni wiedzą również. Mądre panie w pewnym wieku - bo film jest dla nich, jeśli bohaterka w fazie happy endu ma czterdziestkę - docenią również elegancję autora, który w szarmanckim geście dorzucił informację, że Zofia jest "nieziemsko piękna" oraz dodał jej babcię w osobie Danuty Szaflarskiej, zdolnej ocieplić wizerunek każdej wnuczki.
I jeszcze tajemniczy tytuł. Wyjaśnia się dosyć prosto: jest to pytanie dziecka, zdaje się, że jedna z klasycznych zagadek popularnych w podstawówkach. Mnie ten tytuł przypomniał pewien fragmencik z publikowanego kiedyś "humoru z zeszytów szkolnych". Brzmiał tak: "Ulisses wtargnął do Troi przebrany za drewnianego konia". Wygląda na to, że Machulski przebrał się za komedię romantyczną, by nam uprzytomnić, że dwadzieścia lat temu przeniosło nas z jednej rzeczywistości w całkiem odmienną. I że "my" to nie żadna abstrakcja, lecz kobiety i mężczyźni, a jeśli w wieku pani Zosi i powyżej - na pewno nie jednowymiarowi, lecz co najmniej dwu. Pani Zosia pod wpływem szczęścia na nowej drodze życia zdumiewająco - by nie powiedzieć cudownie - wyszlachetniała, ale jej były mąż, pan Darek, pozostał dawnym panem Darkiem. I to on, niezniszczalny pan Dareczek wydaje się najbardziej realną postacią naszej wspólnej komedii romantycznej, która zaczęła się dwadzieścia lat temu.
Ile waży koń trojański?
Scenariusz i reżyseria Juliusz Machulski. Zdjęcia Witold Adamek. Muzyka Jacek Królik. Wykonawcy Ilona Ostrowska (Zosia), Maciej Marczewski (Kuba), Robert Więckiewicz (Darek), Danuta Szaflarska (babcia), Sylwia Dziorek (Florka), Maja Ostaszewska (Lidka), Katarzyna Kwiatkowska (Marta). Produkcja Studio Filmowe Zebra - Monolith Films - Telekomunikacja Polska SA - Wytwórnia Filmów Dokumentalnych i Fabularnych. Współfinansowanie Polski Instytut Sztuki Filmowej. Dystrybucja Monolith Films. Czas 118 min. Bożena Janicka, Ile waży koń trojański?, „Kino” 2008, nr 12, s. 68-69.
© Fundacja KINO 2008 |