AUSTRALIA KONRAD J. ZARĘBSKI
Zapytany w jednym z wywiadów o swój najnowszy film, Baz Luhrmann sięgnął po taką metaforę: "Kiedy mówimy o "Casablance" nie myślimy o konkretnym miejscu na mapie, ale o stanie ducha. Także Australia w moim filmie nie jest konkretnym miejscem, ale tym wszystkim, co się z Australią kojarzy". Trzeba przyznać, że reżyser znalazł bardzo użyteczny klucz do opisu swego dzieła.  Jako Australijczyk, w dodatku mający za sobą dzieciństwo na skraju buszu, doskonale wie, jak wygląda i z jakimi problemami boryka się jego rodzinny kraj. Ale jako obywatel świata, spędzający wraz z rodziną mnóstwo czasu poza Australią, powinien wiedzieć, że dla wielu jego kontynent to odległy ląd strusi emu, kangurów i królików, z racji tej odległości budzący nieodpartą ciekawość. Ta właśnie ciekawość zadecydowała w latach 70. ubiegłego stulecia o międzynarodowym sukcesie australijskiego kina, którego Luhrmann jest szczęśliwym beneficjentem. Być może dla niektórych Australia bywa pojęciem abstrakcyjnym, może nawet stanem ducha - ziemią obiecaną, położoną z dala od problemów świata, dla innych jednak jest krajem na antypodach, gdzie wszystko wygląda inaczej. Jak? Na to pytanie Baz Luhrmann nie daje odpowiedzi. Z prostej przyczyny: jego film, jakkolwiek rozgrywa się w Australii, jest zręczną kompilacją wątków i motywów zaczerpniętych z kina amerykańskiego. Tak zręczną, że można na "Australię" patrzeć jak na odważny pastisz. Odważny, bo zbudowany na niezwykle solidnych podstawach: sam Luhrmann przyznaje się do inspiracji "Przeminęło z wiatrem", "Olbrzymem", "Stąd do wieczności" i "Afrykańską królową", a przy okazji cytuje na ekranie "Czarnoksiężnika z krainy Oz" (a konkretnie piosenkę "Over the Rainbow"). Inni dorzucają jeszcze "Rzekę Czerwoną" i "Lawrence'a z Arabii", a także niedawne "Polowanie na króliki", które uświadomiło międzynarodowej widowni tragedię tzw. Skradzionego Pokolenia - dzieci ze związków aborygenów i białych, decyzją australijskiego rządu odbierane rodzicom i poddawane przymusowej resocjalizacji, czyli - mówiąc wprost - przerabianiu na białych. Jednak uznanie "Australii" za pastisz nie było intencją twórcy, więcej - zostałoby odebrane jako wyjątkowa złośliwość. Przecież po premierach filmu "Moulin Rouge" i broadwayowskiej inscenizacji opery "Cyganeria" Pucciniego Baz Luhrmann oświadczył, że zamyka dominujący dotąd w jego twórczości okres "Czerwonej Kurtyny", a to oznacza początek nowego rodziału w jego życiu: sięgnięcie po epikę. Początek był fatalny: projekt filmu o Aleksandrze Macedońskim z Leonardo DiCaprio i Nicole Kidman spalił na panewce. Także prace nad "Australią" były ciężkie i długotrwałe. W pierwszej wersji miał to być film o pierwszych brytyjskich osadnikach - ludziach obsługujących kolonię karną i ich rodzinach, o wyzwoleńcach, których nie było stać na opłacenie powrotu do Anglii, wreszcie o rdzennych mieszkańcach - aborygenach, którzy musieli do swych wyobrażeń o świecie wprowadzić postać białego człowieka. Ostatecznie akcję filmu - bez zbytniej, jak się wydaje, ingerencji w fabułę, przesunięto na przełom lat 30. i 40. ubiegłego wieku, okres nie tyle ciekawszy z punktu widzenia historyka, co bardziej fotogeniczny - w tym sensie, że pozwalający na ekranową dyskusję z obrazem świata, utrwalonym przez kino. Na tym przecież zasadzała się istota kina Baza Luhrmanna z wcześniejszego okresu. Z jedną wszak istotną różnicą: do tej pory Luhrmann penetrował głównie film muzyczny - gatunek mocno steatralizowany, wręcz zatopiony w ścisłych ramach konwencji. Jeśli udało mu się tę konwencję zburzyć lub wpisać w konwencję innego medium - a jedno i drugie przychodziło mu dotąd bez trudu - odnosił sukces.
Lady Sarah Ashley przybywa do Australii we wrześniu 1939 roku przekonana, że prowadzący tam hodowlę krów mąż ją zdradza. Na miejscu poznaje prawdę - sąsiedzi Ashleyów próbują wykupić farmę za drobną część wartości, a szansą na przetrwanie jest załatwienie kontraktu na dostawę mięsa dla wojska. Mąż jednak tego nie załatwi, bowiem zostaje zamordowany. Sarah zostaje sama, mając do pomocy Drovera (to nie nazwisko, ale określenie funkcji koordynatora poganiaczy w trakcie spędu bydła) i Nullaha, dwunastoletniego półkrwi aborygena, którego matka powierzyła jej opiece, by uchronić go przed przymusową resocjalizacją. Jeśli uda się doprowadzić liczące 2.000 sztuk bydła stado do oddalonego o szmat drogi Darwin, lady Ashley otrzyma wystarczającą sumę, by uratować majątek i wrócić do Anglii.
Oto punkt wyjścia opowieści o dumnej Angielce, która podejmuje się zadania ponad siły i dzięki facetowi równie twardemu jak ona oraz małemu aborygenowi, za którym stoi nie tylko obserwujący go z ukrycia dziadek szaman, ale i cała mistyczna kultura jego nacji, swój cel osiąga. Mimo knowań innych hodowców, docierają do Darwin - w chwili, gdy miasto staje się celem bombowego ataku Japończyków, rozzuchwalonych sukcesem Pearl Harbor. Dla całej trójki ta wyprawa okazuje się podróżą inicjacyjną. Nullah, szczęśliwie unikając losu większości swoich rówieśników o podobnym statusie społecznym, nie tylko broni się przed rasistowską polityką białego rządu, ale i zgodnie z kulturowymi wymaganiami swojej nacji osiąga poziom emocjonalnego rozwoju, umożliwiający pasowanie go na mężczyznę. Włóczęga Drover odnajduje drogę do życiowej stabilizacji, odkrywając w sobie potrzebę osiedlenia się i założenia rodziny. Sarah nie tylko osiąga cel, ale przede wszystkim poznaje tajemniczą i - zdawałoby się - nieprzyjazną ziemię, gdzie niemal wszystko mierzy się inną miarą, więcej - uczy się ją kochać i cenić.
Czy nie takie było też przesłanie "Przeminęło z wiatrem"? Luhrmann twierdzi, że jego dzieło miało się stać kwintesencją australijskości - cokolwiek to określenie miałoby znaczyć. Powinowactwo z legendarnym filmem, wyprodukowanym przez Selznicka, jest aż nadto widoczne: tam chodziło o wskrzeszenie zduszonej przez zwycięskich Jankesów godności Południa, tu - o obudzenie szacunku dla własnej przeszłości, pokazanie jak emigrancki tygiel potrafi w obliczu zagrożenia zjednoczyć się w jeden naród. Ale - w przeciwieństwie do Selznicka - Luhrmann ma odwagę upomnieć się o uporczywie pomijanych: naród australijski nie będzie jednym narodem, dopóki nie doceni dorobku i kultury aborygenów, soli tej ziemi. Nie jest to jednak polemika z pierwowzorem, ale znak mody, by nie powiedzieć - politycznej poprawności: niewykluczone, że we współczesnej ekranizacji prozy Margaret Mitchell znalazłby się wątek z czarnoskórym bohaterem, uprawiającym wudu. O tym, że twórca "Australii" nie myślał o polemice, świadczy choćby wizualna strona filmu: australijskie pejzaże fotografowane są z takim samym pietyzmem, jak plenery "Przeminęło z wiatrem", ba - całość utrzymana jest w podobnej kolorystyce.
Tak więc Australijczycy doczekali się swego "Przeminęło z wiatrem" - dzieła o epickim rozmachu, nieco może przydługiego i nazbyt szczegółowego w prowadzeniu wątków, ale za to wystawnego (budżet 160 mln dolarów) i z udziałem rodzimych gwiazd o międzynarodowej renomie (Nicole Kidman jako Lady Ashley, Hugh Jackman jako Drover, wreszcie Bryan Brown i aborygen David Gulpilil w drugim planie). Czekali na nie z ogromnym zaciekawieniem, o czym świadczą rekordowe wyniki australijskiego otwarcia. My, na antypodach najmniejszego kontynentu świata, mamy prawo do większego sceptycyzmu. I do stawiania pytań. Czy "Australia" Baza Luhrmanna mówi więcej o obcej, nieznanej krainie, o której mamy zazwyczaj dość mgliste wyobrażenie, czy też o samym twórcy, wkraczającym na obce sobie, choć nie do końca nieznane terytorium kina epickiego?
Australia
Reżyseria Baz Luhrmann. Scenariusz Baz Luhrmann, Stuart Beattie, Ronald Harwood, Richard Flanagan wg pomysłu Baza Luhrmanna. Zdjęcia Mandy Walker. Muzyka David Hirschfelder. Scenografia i kostiumy Catherine Martin. Wykonawcy Nicole Kidman (Lady Sarah Ashley), Hugh Jackman (Drover), Brandon Walters (Nullah), Bryan Brown (King Carney), David Gulpilil (King George). Produkcja Bazmark, Twentieth Century Fox. Australia - USA 2008. Dystrybucja Imperial - Cinepix. Czas 165 min.
Konrad J. Zarębski, Australia, „Kino” 2009, nr 1, s. 72-73.
© Fundacja KINO 2009 |