BRACIA KARAMAZOW Zelenki randka z diabłem
PIOTR WOJCIECHOWSKI
Motto: Cóż jest esencją Nietzschego? Poderwanie istnienia prawdy i śmierć Boga. To samo Dostojewski. Można powiedzieć, że jest jakimś jego krewniakiem. Nietzsche zapowiadał przyjście nihilizmu europejskiego - i jego przepowiednie się sprawdzają.
Czesław Miłosz w rozmowie z Cezarym Gawrysiem i Józefem Majewskim "Dostojewski badał choroby ducha" (Więź, nr 3/2000)  Nowa Huta - mityczne miejsce Polaków. Tu komuniści chcieli zbudować robotnicze miasto bez Boga, ze spiżowym Leninem w centrum. Tu robotnicy zbudowali kościół, aby mógł go poświęcić arcybiskup Karol Wojtyła. Tu w ulicznych zamieszkach ZOMO zabijało ludzi, a w hucie Wałęsa wzywał "Solidarność" do zwycięstwa, przemawiając z pomostu do tłumu swoich zwolenników. Miejsce to wybrał czeski reżyser, aby zrobić film według najważniejszej powieści Fiodora Dostojewskiego. Jego zamiarem było wciągnięcie widza w podwójną grę. Chciał pokazać arcydzieło giganta literatury, chciał uruchomić cały dramaturgiczny potencjał "Braci Karamazow". I w tym samym filmowym seansie chciał przywołać Dostojewskiego mistyka i filozofa, unieważniając zarazem wszystkie wielkie pytania zawarte w powieści. Do pierwszego zadania potrzebny był mu kontekst legendy Kombinatu, polski kontekst. Do tego drugiego zadania, unieważniającego, miał się przydać czeski film, czeski teatr, czeskie aktorstwo. Aktorzy z Pragi, których przywiózł, których z filmowym rozmachem wprowadził w kombinat - świetnie dźwigali i przedstawiali Dostojewskiego grając na wzniesionym nad halą odlewni podeście. I świetnie - wychodząc z ról, wychodząc z teatru w stronę filmu - podważali sens wielkich pytań swoją rubasznością, obyczajowym konkretem, inną, nowoczesną, zredukowaną skalą wartości. Kulisy i garderoby grały przeciw scenie. Powstało wybitne dzieło, niewątpliwie. A jednocześnie dzieło, które samo wątpi w swoją filmowość. Siłą kina jest iluzja rzeczywistości, ustanowienie fikcyjnego świata, który przyjmuje widza i karmi go swoją prawdą. Nie tak wcale rzadkie filmy, które tworzą iluzję, aby ją potem poddać podejrzeniom, rozedrzeć, skłócić wewnętrznie - bywają czasem wielkie, ale nie mogą już być filmowe w pierwotnym sensie tego słowa. Widz jest zagubiony i zdradzony, nawet jeśli ulega estetycznemu zachwytowi. Nie wie, gdzie jest.
Zelenka tak właśnie, w pewnym rozwichrzeniu, przedstawia film o teatrze, pokazuje spektakl i kulisy, aktorów i widzów. Tekst Dostojewskiego bywa sensem tego filmu, bywają momenty, gdy redukowany jest on do pretekstu w filmowym eseju o teatrze. Aktorstwo jako profesja oddaje hołd aktorstwu-posłannictwu i zarazem drwi z niego. Rzeczywistość pocięta jest na warstwy fikcji, zaburzona, pokawałkowana. Aktor filmowy gra aktora teatralnego w jego sceniczności i w jego prywatności, widza spektaklu teatralnego podejrzewa się, że też jest aktorem, co ulega zaprzeczeniu przez prawdziwą śmierć tego widza - prawdziwą niby, ale jakże teatralną, bo publiczną, widowiskową, a nawet dokonaną za pomocą teatralnego rekwizytu.
Brawurowa wirtuozeria inscenizacyjna Petra Zelenki wydaje się ignorować problem iluzji rzeczywistości, oglądamy ten film jakby zaproszeni nie na seans, a na pewną grę na poły artystyczną, na poły towarzyską. Tak jakby reżyser wezwał nas, chodźcie, popatrzcie, zdaje się, że znalazłem sposób na wyzwolenie się z tej przeklętej dostojewszczyzny. Zobaczcie, jak tym pogramy, jak to zgrabnie będzie udawać prawdziwy film. Chodźcie, potrzeba mi tu Polaków i Czechów, razem zdejmiemy z siebie to jarzmo, jakie nam wtłacza na ramiona genialny epileptyk, Rosjanin, piewca prawosławia, wierny syn imperialnej idei.
Spotkanie ducha czeskiego z duchem polskim musi mieć w sobie wielki potencjał, to wynika z wielkiego obszaru podobieństw i chyba nie mniejszego obszaru różnic. Czeskie rozumienie wiary i niewiary, czeskie rozumienie polityki, czeskie rozumienie powinności moralnych, czeskie rozumienie miłości, czeskie rozumienie tragizmu - to wszystko jest dla Polaków bliskie i obce zarazem, atrakcyjne i nie do przyjęcia. Ten potencjał spotkania przeczuł Petr Zelenka, postanowił pokazać jego siłę na ekranie. Zachciało mu się wziąć jako medium kogoś z gigantów. Nie musiał szukać daleko, bo zafascynował go spektakl wystawiony w jednym z praskich teatrów. "Karamazovi" w reżyserii Lukasza Hlavicy idą w Dejvickim Divadle od ośmiu lat. Zelenka przywiózł aktorów z tego spektaklu do Polski, do Nowej Huty. Hala produkcyjna, jakie świetne miejsce - piece bluzgają pióropuszami ognia, sypią rozjarzony żuzel. Piekło! I te wielkie haki zwisające z suwnic - toż to są te żelazne haki, którymi diabły ciągną do piekła grzeszne dusze w tyradach Aloszy Karamazowa... Tu się dopiero można chichrać z piekła z całą czeską swobodą.
Prawie się to wszystko udało. Film dla ludzi, artystyczny, festiwalowy. Ale wbrew zamiarom wynika z niego, że nie Zelenka unieważnił metafizyczne pytania Dostojewskiego, ale przeciwnie, Dostojewski zdradził Petra Zelenkę, przeegzaminował go, zdjął z niego płaszcz Prospera. Ekranizacja arcydzieł literatury nader często tworzy podobne sytuacje.
Niewiele jest szans "przezwyciężenia" Dostojewskiego na płaszczyźnie artystycznej, bo to on właśnie pokazuje, że traktuje widza serio, on właśnie dopuszcza liczne racje, rozpisując swoje rozdarcie na głosy wielu umęczonych życiem bohaterów, wiążąc ich w spór, wlokąc przez mękę istnienia. Staje się wobec tłumu postaci, z których każda idzie własną drogą. Dostojewski doprowadza życiowe konsekwencje wyborów moralnych do kresu, do ostatecznej konsekwencji, a także do absurdu. Jeśli wierzy się, że Bóg jest - całe zło świata ogarnia się wybaczeniem, zbrodniarza przygarnia się jak brata. Jeśli Boga nie ma, nie ma też wybaczenia, ale i nie ma winy - bo najgorszy nawet występek, ostateczna podłość są dozwolone, nie ma na nie sankcji. Najśmieszniejsze robione poza sceną grymasy aktora, który gra Smierdiakowa, osypują się jak zbędny makijaż, gdy Dostojewski pokazuje nam grozę tej postaci i ukryte w niej lustro naszej epoki - epoki niewinności, wytłumaczeń, dementi. Co z tego, że to Smerdiakow zabił ojca, skoro jest podwójnie niewinny - bo dowody wskazują, że według prawa karę powinien ponieść jego starszy brat Dymitr. A racje moralne pokazują winę Iwana Karamazowa, on bowiem zlecił mord, on uzasadnił konieczność i on sam jest świadomy wagi czynu. Smierdiakow nie jest w stanie korzystać z niewinności, bo poniżany całe życie, zaprogramowany jest na klęskę. Wiesza się i waga tej śmierci, o której się tylko mówi, musi przewyższyć wagę tej doklejonej roli, groteskowej śmierci, jaką kończy się ekranowy żywot robotnika - Mastalerza.
Zamysł Zelenki odnośnie pokazania Dostojewskiego w sposób dwuznaczny i przewrotny tylko częściowo się udał. Bo okazała się skazą w Zelenkowskim pomyśle właśnie rola Andrzeja Mastalerza. Polski aktor odegrał ją świetnie, subtelnie, przekonywająco - tym dobitniej pokazując, że tędy właśnie biegnie pęknięcie spójnego filmowego pomysłu, tu pomyłka. Chciał mieć Zelenka w swoim spektaklu polskiego robotnika, widza, chciał na niego zwalić i ciężar metafizycznych pytań, i brzemię absurdu, jakie wynika z ich unieważnienia, chciał żeby to było mocne, organicznie ze spektaklem spojone. Jest w inscenizacji wątek Iliuszy, umierającego biednego chłopczyka. Więc aby mieć filmowy rym do tej postaci, napisał Zelenka rolę nadzorcy hali, który ogląda przedstawienie, a jednocześnie czeka wieści ze szpitala. Jego synek jest operowany po ciężkim wypadku. Tu, w tej sali, siedmiolatek spadł z pomostu. Ojciec, odpowiedzialny za bezpieczeństwo, może czuć się winny. W trakcie spektaklu przychodzi wieść o śmierci. Ojciec upija się, ogląda dalej, przychodzi żona, kłótnia. I już po spektaklu samobójstwo. Robotnik strzela sobie w głowę, co jest możliwe, bo myśliwska amunicja, którą przechowuje w szufladzie razem z rodzinnymi zdjęciami, całkowicie przypadkowo pasuje do antycznego pistoletu-rekwizytu, jaki aktorzy przywieźli z Pragi. Wszystko to psychologicznie mało prawdopodobne, w dziedzinie faktów naciągane, przyklejone. Tak, jakby świetny reżyser nie czuł, że sobie tym epizodem strzela samobója.
Dopisując tę rolę, tę śmierć chłopczyka i jego ojca, Zelenka szukał filmowego rymu dla śmierci powieściowego Iliuszy. Szukał artystycznego ornamentu. Nie uwzględnił chyba tego, że to już w powieści pojawił się rym daleko mocniejszy, echo tragicznej rzeczywistości. W maju 1878 roku zmarł na epilepsję Alosza, trzyletni synek pisarza. Dostojewski był wtedy w trakcie pisania "Braci Karamazow".
Teatr argumentów, teatr racjonalny, musi próbować zamienić tragedię w groteskę. W wywiadzie z 14 lipca 2008 ("Gazeta Wyborcza", rozmawia Mariola Wiktor) reżyser przyznał: "Czechom brakuje dzisiaj ideałów (...). Ani religia, ani historia, polityka, ani my sami nie jesteśmy dla siebie święci. No, może z jednym wyjątkiem. Rozrywka jest święta! Pieniądze, pragmatyzm i wygodne życie. Dobrze żyć to wartość w moim kraju".
Czy nie jest to ten "europejski nihilizm", którego nadejście widział Miłosz w przepowiedniach Nietzschego i Dostojewskiego? Być może inscenizacja powieści Dostojewskiego w praskim teatrze chciała stawiać Czechom pytanie - czy żadne wartości? Film Petera Zelenki uwalnia się od tego pytania. Myślę, że ktoś, kto się wygodnie rozsiadł przy piwku i za durniów uważa wszystkich spierających się o zło i dobro, wiarę i ateizm, ma jednak bliżej do wiary w diabła niż do wiary w Boga. Jak Iwan Karamazow właśnie. Nie mogę w tym miejscu postawić kończącej recenzję kropki. Są bowiem w tym ekranowym spektaklu dwa akcenty, które wymagają pojęciowego powiązania. Pierwszy to scena, w której stary Karamazow chce opluć ikonę, "bo Boga przecież nie ma!" W trakcie próby jedyną ikoną, jaka jest pod ręką, okazuje się portret Jana Pawła II. Bo jesteśmy w Polsce, w Nowej Hucie. A potem, po tym akcie "adoracji przez profanację", w jednej z zawieszających sceniczną akcję przerw, Zelenka pokazuje nam parę tancerzy - są młodzi, tańczą z powagą i maestrią coś klasycznego. Ich obecność jest "z innego spektaklu". Między zło i dobro, między zdradę i wierność, między prawdę i łgarstwo wchodzi potężne w swojej bezbronności piękno. Tak jakby Zelenka przypominał nam, że Jan Paweł II w liście do artystów jednym zdaniem cytował właśnie Dostojewskiego, mówiąc o jego "proroczej intuicji: Piękno zbawi świat". Tak jakby Zelenka czytał ten list z 1999 roku. Może nie czytał, ale jako artysta ma prawo do proroczej intuicji.
Karamazovi Scenariusz i reżyseria Petr Zelenka. Zdjęcia Alexander Surkala. Muzyka Jan A. P. Kaczmarek. Wykonawcy Ivan Trojan (Stary Karamazow), Lenka Krobatova (Gruszeńka), David Novotny (Mitia), Martin Mysicka (Alosza), Michaela Badinkova (Katia), Igor Chmela (Iwan), Radek Holub (Smierdiakov), Roman Luknar (reżyser), Pavel Simcik (Hospodsky), Marek Matejka (komisar Soudce Polak), Andrzej Mastalerz (kier. techniczny hali). Produkcja Warsaw Pact Film Production, Prvni Verejnopravni, Ceska Televize. Polska - Czechy 2008. Dystrybucja Gutek Film, Czas 119 min.
Piotr Wojciechowski, Zelenki randka z diabłem„Kino” 2009, nr 2, s. 30-32.
© Fundacja KINO 2009 |