DELTA
JAN TOPOLSKI
Po latach nieobecności do wioski w delcie Dunaju wraca młody Mihai (gra go naturszczyk, skrzypek Féliks Lajko). Po odwiedzinach u matki i jej kochanka dowiaduje się, że ma siostrę Faunę, o której istnieniu nie wiedział (muza reżysera, Orsolya Tóth). Bohater chce osiąść na stałe i zaczyna budować dom na jednej z wysp. Jego więzy z siostrą zacieśniają się tak, że ta decyduje się z nim zamieszkać - ku rosnącej dezaprobacie rodziny i lokalnej społeczności. Tragedia wisi w powietrzu... Jednak przede wszystkim w powietrzu jakby unosił się niezwykły pejzaż Delty - wiatr, woda, światło, dźwięki. W takim otoczeniu rozgrywa się mityczna historia o naturze i kulturze, o miłości i tabu, o grupie i jednostce.
Proszę Państwa, tego filmu nie można przegapić! Po czternastu miesiącach od powstania na nasze ekrany wchodzi wreszcie "Delta" Kornéla Mundruczó, która polską premierę miała na 8. Erze Nowe Horyzonty. Po raz pierwszy oglądałem film w Budapeszcie, na Magyar Filmszemle, gdzie dostał nie tylko Złotą Taśmę za najlepszą węgierską produkcję roku, ale także nagrodę za muzykę oraz nagrodę krytyków zagranicznych im. Gene'a Moskovitza. Potem film odwiedził jeszcze niemal 40 festiwali, przywożąc z Cannes nagrodę FIPRESCI - oraz, między innymi, CICAE z Sarajewa i Don Kichota z Cottbus. Na wrocławskiej imprezie w konkursie Nowe Horyzonty zdobył w plebiscycie publiczności drugie miejsce i pobudzał do fascynujących rozmów po każdej projekcji. Wszystko to zasłużenie, a nawet za mało. Dlaczego?
"Delta" łączy dwie najistotniejsze wartości kina. Z jednej strony zanurzenie w rzeczywistości, w konkrecie, w detalu - z drugiej lot ku symbolom i metaforom. Tę pierwszą buduje tu przede wszystkim dźwięk: coś, co niegdyś zostało nazwane "soundscape", pejzażem dźwiękowym (kanadyjski kompozytor i teoretyk R. Murray Schaeffer). Jest to całokształt odgłosów danego miejsca, ich warstwy i plany, rytmy i wysokości. W tym filmie są to głównie odgłosy natury: zwierzęta, woda, drzewa. Szum płynącej wody zastępuje wolną część kwartetu smyczkowego "Śmierć i dziewczyna" Schuberta. Warto zwrócić uwagę właśnie na to połączenie (konkretnego) dźwięku i (symbolicznej) muzyki. Jednak najczęściej słychać skrzypce Félixa Lajkó, folkowego muzyka, który zagrał zarazem główną rolę, po tragicznej śmierci Lajósa Bertoka (jemu dedykowany jest film). Jak świetnie łączą się te improwizacje z obrazem rzeki w świetle księżyca albo z podróżą łódką!
Film najdosłowniej opływa woda, woda największej rzeki Europy, która dociera do morza, rozgałęziając się na dziesiątki odnóg, opływając niezliczone wyspy, tworząc nieprzeniknione bagna. Żyją tu zwierzęta, które przede wszystkim słychać. Najważniejszy okazuje się żółw należący do siostry bohatera, który w końcówce, po mozolnym przejściu trzcinowiska i błota, zanurzy się i popłynie z biegiem nurtu. Ale jest też świnia zabijana przez brutalnego ojczyma; złowione w nadmiarze ryby, którymi rodzeństwo dzieli się z mieszkańcami wioski oraz żaby, których "cholernie się ostatnio namnożyło", jak powie wuj bohaterów. Każde zwierzę ma rolę do odegrania i symboliczne znaczenie, a woda, źródło życia, staje się w finale śmiercionośna. Operator Mátyas Erdély i dźwiękowiec Gábor Dalázs dokonują cudów, byśmy wszystko to fizycznie odczuli. Słychać, jak różnie brzmią ścinane pnie drzew do budowy albo kumkanie żab o różnych porach dnia. Widać, jakie jest światło o poranku, a jakie o zachodzie; jaki wiatr jest bryzą, a jaki zwiastuje burzę.
W tej sielankowej naturze rozgrywa się dramat ludzi i dramat kultury. Więź braterska ustępuje powoli miłosnej, co wywołuje wzburzenie otoczenia. Mihai jest "outsiderem", który próbuje na nowo związać się z rodziną i miejscem, skąd pochodzi, odnaleźć korzenie. Zamieszkuje w chacie zmarłego ojca, buduje nowy dom. Jednak w wiosce nie ma miejsca na obcego: gdy wchodzi do baru, cichną rozmowy; gdy odbywa się pogrzeb, nikt go nie zaprasza; gdy chce osiąść, mówią mu, że na wszystko potrzebuje zezwoleń i że nie będzie tak, jak on chce.
Film zbudowany jest więc na dychotomiach. Lokalna społeczność a przybysz z zewnątrz, prawa i rutyna a wolność i indywidualność, rodzeństwo a kochankowie, tabu a uczucie, kultura a natura (czy odwrotnie?), konkretność i symboliczność. Otoczeni przez naturę nieskrępowaną w rozkwicie, wybujałości, popędzie, bohaterowie przyjmują jej prawa.
"Delta" jest błyskotliwie reżyserowana, pełna efektownych ujęć i płynnego ruchu - przesuwania się łodzi po wodzie. Pokazem umiejętności Mundruczó jest scena stawiania dachu domu, kiedy reżyser każe kamerze niemal tańczyć między słupami i deskami, igrać ze słońcem i refleksami, a uzupełnia to fantastyczną polirytmią wbijanych gwoździ. Mamy do czynienia z dziełem w pełni dojrzałym i przemyślanym, wielowarstwowym i totalnym. Kornél Mundruczó (rocznik 1975) jawi mi się dziś jako jeden z najlepszych młodych reżyserów od wielokrotnie nagradzanego debiutu "Miłe dni" z 2002 (m.in. Srebrny Lampart w Locarno), przez ekscentryczną, pokazywaną i w Polsce, filmową operę "Joanna" z 2005 i fascynujące enigmatycznością "Małe apokryfy" z lat 2002 i 2004. Na marzec przygotowuje premierę muzycznego przedstawienia na motywach "Zamku Sinobrodego" Beli Bartóka. Warto śledzić kolejne jego dokonania i zanurzyć się w bogaty świat Delty.
Delta
Reżyseria Kornél Mundruczó. Scenariusz Ivette Biró, Kornél Mundruczó. Zdjęcia Mátyas Erdély. Muzyka Felix Lajkó, Popol Vuh, Franz Schubert. Wykonawcy Félix Lajkó (Mihail), Orsolya Tóth (Fauna), Lili Monori (matka), Sándor Gáspár (kochanek matki). Produkcja Essential Filmproduktion Gmbh, Filmpartners, Proton Cinema. Węgry - Niemcy 2008. Dystrybucja Solopan. Czas 92 min
Jan Topolski, Delta, „Kino” 2009, nr 3, s. 65-66.