BAADER-MEINHOF
BŁAŻEJ HRAPKOWICZ
Odkąd cześć utraciła Katarzyna Blum, niemiecka lewicowa organizacja terrorystyczna RAF zdążyła na dobre przeniknąć do zbioru powszechnych wyobrażeń.
Potem popkultura nadała przywódcom RAF-u cechy idoli. Zniknęli ludzie, na ich miejsce przyszły przedmioty powierzchownego anarchistycznego kultu. Natomiast wir historii wessał życiorysy Ulrike Meinhof i Andreasa Baadera w ciąg uniwersalnych interpretacji: znów pozornie szlachetne i słuszne postulaty doprowadziły do absurdalnej rzezi.
Oczywistości te – by nie powiedzieć: truizmy – mogą obrodzić w pytania niewygodne, wywrotowe i w tym sensie polityczne. Nowa Lewica, reprezentowana w Polsce przez środowisko „Krytyki Politycznej”, lansuje tezę, że demokracja wchłania bunt. Zezwala na kontestację i dlatego rozbraja ją na samym wstępie. Bezradność w starciu z nominalnie liberalnym, w rzeczywistości zaś represyjnym systemem może skutkować uznaniem zastraszania za jedyne narzędzie dokonywania zmian. Utożsamieniem buntu z terroryzmem. Nielegalnej działalności z moralnie słusznymi inicjatywami, co zresztą wcale się nie wyklucza. Straszliwe zamachy i inne opłakane efekty czynnego sprzeciwu wobec systemu nie unieważniają wątpliwości, które kładą się cieniem na zerojedynkowym podziale: lewaccy bandyci – nieskazitelni szeryfowie.
„Baader-Meinhof” jest jednak przewidywalny, bo poprzestaje na ogólnikach. Idzie śladem zuniformizowanych opowieści o piekle mordu, które z każdego uczestnika czyni uwikłanego w krąg zemsty straceńca. Bernd Eichinger (niemiecki Jerry Bruckheimer) napisał scenariusz, który nie dostarcza przełomowych rozpoznań, nie przygląda się dzisiejszej recepcji RAF-u, nie prowokuje żadnych przewartościowań. Tekst trafił w ręce Uliego Edela, który nakręcił film poprawny, unikający za wszelką cenę kontrowersji i tendencyjności. Jak na złość, niemieckiego kandydata do Oscara oskarża się właśnie o stronniczość, przejawiającą się rzekomo w gloryfikowaniu terrorystów. Lecz autorzy sami sobie zgotowali ten los. Musi oberwać, kto siedzi okrakiem na barykadzie.
Nie należy się więc spodziewać pełnego, ergo utopijnego obiektywizmu. Edel – wedle założonej z góry metody – sili się po prostu na równomierne rozłożenie racji. Nie potępia Baadera i Meinhof w czambuł, ale z kolei nazbyt mocnym słowem byłaby hagiografia. Szefowie RAF-u otrzymują pewien rys tragiczny, właściwy bohaterom, którzy kończą w roli zakładników uruchomionych przez siebie mechanizmów. Jednak młodzi „bojownicy” są także nieodpowiedzialni, popisują się niekiedy skrajną głupotą, zadziwiają kretynizmem. Ich wyczyny obserwuje śledczy – antyteza tępego aparatczyka, człowiek zdeterminowany, lecz usiłujący zrozumieć ściganych, wczuć się w ich sposób myślenia. Inaczej niż jego zapienieni koledzy. Bowiem władza nie tylko imperialistycznymi świniami stoi.
I tak to się toczy, obie strony barykady dostają porcję zrozumienia, obie zasługują też na przyganę. Edel konsekwentnie tkwi w rozkroku, zachowuje realistyczną konwencję, trzyma się żelaznego ciągu przyczynowo-skutkowego. Film otwierają skąpane w słońcu, radosne obrazki obyczajowych przemian (swobodna nagość w takt piosenki Janis Joplin). Potem górę bierze mroczne widowisko. Świetnie zrealizowana scena niczym nieusprawiedliwionej szarży policji na demonstrujących studentów przygotowuje grunt pod ataki Meinhof, jeszcze publicystki, gromiącej rząd i „amerykański imperializm”. Jej inteligentne, wypowiadane chłodnym, stonowanym głosem sądy stawiają pod pręgierzem również „Bild” Axela Springera, rozkręcający karuzelę paranoi i inwigilacji – tę samą, która popchnęła do morderstwa Katarzynę Blum. Reżyserski wywód załamuje się dopiero, gdy bohaterowie podejmują kluczowe decyzje. Edel kompletnie odpuścił niektóre wątki. W podręcznikowym kinie faktu nie starczyło miejsca na pogłębioną psychologię. Co na przykład sprawiło, że wykształconą racjonalistkę Meinhof skusił terroryzm? Tego się z filmu nie dowiemy.
Literacką faktografię (Eichinger korzystał z książki Stefana Austa) przełożył Edel na ekran dosłownie. Salę kinową potraktował jak aulę i poprowadził wykład. Im bliżej końca, tym bardziej przegadany, ale zdynamizowany na tyle, by nie obciążać nadmiernie powiek. Lekcja historii, której udzielają twórcy, jest akademicka i – mimo kilku potknięć – rzetelna. Dziesięć lat akcji to w „Baader-Meinhof” rozdział zamknięty. Zakrzepły w twardym betonie prawdy historycznej. Ten naiwny historyzm może jednak mimo wszystko spełnić również zadanie popularnonaukowe. Wysokobudżetowy, najdroższy w dziejach niemieckiej kinematografii film Edela to solidne rzemiosło. Wybrzmiewające w finale „Blowin’ in the Wind” Boba Dylana rezonuje bezbłędnie: oto widzieliśmy humanistyczny sprzeciw wobec bezsensownego zabijania. Spodobał się on amerykańskiej Akademii Filmowej, ożywił ponadto dyskusję o RAF-ie na zachód od Odry. To chyba niemałe osiągnięcia, zważywszy że warsztatowa jakość uatrakcyjnia – nie ma co się oszukiwać – intelektualny banał. Ale jeśli komuś się wydaje, że Grupa Baader-Meinhof była lokalną organizacją o rozmachu pseudokibiców Legii demolujących Starówkę – czeka go ogromne zaskoczenie. Działalność RAF-u – jak pokazuje Uli Edel – przybierała nieraz rozmiary znacznie poważniejsze, czego, przyznaję, nie do końca byłem świadom.
Der Baader-Meinhof Komplex
Reżyseria Uli Edel. Scenariusz Bernd Eichinger na podstawie książki Stefana Austa. Zdjęcia Rainer Klausmann. Muzyka Peter Hinderthur, Florian Tessloff. Wykonawcy Martina Gedeck (Ulrike Meinhof), Moritz Bleibtreu (Andreas Baader), Johanna Wokalek (Gudrun Ensslin), Nadja Uhl (Brigitte Mohnhaupt), Alexandra Maria Lara (Petra Schelm), Bruno Ganz (Horst Herold). Produkcja Constantin Film Produktion, Nouvelles Editions De Films, G. T. Film Productions, Dune Films. Niemcy – Francja – Czechy 2008. Dystrybucja Monolith Plus. Czas 150 min
Błażej Hrapkowicz, Baader-Meinhof, „Kino” 2009, nr 3, s. 63.