CZŁOWIEK NA LINIE
ANDRZEJ KOŁODYŃSKI
Jest w tym filmie piękno i zachwyt. Proszę wybaczyć górnolotne określenia, ale rzadko zdarza się film tak nasycony emocją. Zwłaszcza film dokumentalny – z definicji przecież ograniczający się do informacji. W tym filmie mamy, oczywiście, do czynienia z rozbudowaną warstwą informacyjną, na którą składają się materiały kronikalne, fragmenty amatorskich rejestracji, wywiady, a także fragmenty inscenizowane. Zresztą bardzo zręcznie. Istotne jest jednak, że wyłania się z nich całość pełna pasji, wykraczająca poza prostą relację z wydarzenia, które miało miejsce 35 lat temu. Tak, chodzi o dzień 7 sierpnia 1974 roku. Tego dnia o godz. 7.15 rano francuski linoskoczek Philippe Petit wkroczył na linę rozciągniętą między wieżami nowojorskiego World Trade Center na wysokości niemal pół kilometra nad chodnikami Manhattanu. Na tej linie przez 25 minut tańczył, balansował, leżał i bodaj ośmiokrotnie przeszedł nią tam i z powrotem. Zdumieni obserwatorzy, wpatrzeni w figurkę zawieszoną w powietrzu hen, w górze, mieli jeden komentarz: – „Jakie to piękne!” Policjant ze sprowadzonego pospiesznie patrolu mówi po latach do kamery: – „Wiedziałem, że nigdy czegoś takiego już nie zobaczę!” Zetknięcie się z czymś tak szokująco niecodziennym zmieniło życie niejednego z ludzi, którzy znaleźli się przypadkiem o tamtej godzinie w tamtym miejscu. I byli świadkami „największego przestępstwa artystycznego naszego wieku”.
Był to bowiem wyczyn całkowicie nielegalny. Philippe Petit urodził się w rodzinie cyrkowców, od dziecka uczył się żonglować, na linie stanął po raz pierwszy jako szesnastolatek. Występował na ulicach Paryża pojawiając się na jednokółkowym rowerze, w czerni, milczący i niezwykły klaun-żongler spoza granic teatru czy cyrku, jedyny w swoim rodzaju. Ten samouk jest w gruncie rzeczy bardzo wykształcony w dziedzinie architektury i budownictwa, podczas licznych podróży po świecie poznał różne języki (w filmie wygłasza komentarz płynną angielszczyzną, choć z akcentem), pisze książki, przyjaźni się ze znakomitymi artystami z różnych dziedzin, takimi jak reżyser filmowy Werner Herzog, fotograficzka Annie Leibovitz, nieżyjący już mim Marcel Marceau, pisarz Paul Auster, aktorzy Robin Williams i Debra Winger, muzyk Sting. Jego nazwisko stało się sławne dzięki występowi na linie w Vallauris w 1971 roku dla uczczenia 90 urodzin Pabla Picassa, ale zaraz potem zaczął nielegalne, niebezpieczne popisy, poczynając od wędrówki między wieżami Notre Dame w Paryżu. W 1973 znalazł się w Sydney w Australii krocząc po linie między pylonami słynnego Harbour Bridge, po czym na 8 miesięcy zamieszkał w Nowym Jorku, intensywnie obserwując wznoszenie najwyższych budynków świata – wież World Trade Center. Miał wtedy 25 lat. „Te wieże budowano dla niego” – mówi Annie Alix, dziewczyna, która pokochała go od pierwszego wejrzenia i stała się wierną, całkowicie oddaną współpracowniczką. Jak kilku innych, których poświęceniu i wytrwałości zawdzięcza realizację swoich szalonych planów. Bo niewątpliwie jest „szaleńcem bożym”. I niewątpliwie oddziałuje hipnotycznie na innych. To wyczuwa się z ekranu.
Zadanie, jakim było zdobycie (najdosłowniej) WTC, wymagało pedantycznych i ryzykownych przygotowań. Trzeba było wnieść w tajemnicy na szczyt obu wież ekwipunek ważący niemal tonę, z odpowiednio wytrzymałą stalową liną i liną pomocniczą, umocować zaczepy, wyliczyć odchylenia spowodowane wiatrem, rozwiązać mnóstwo technicznych problemów i w kulminacyjną noc wykonać wszystkie przygotowania w głębokiej ciszy, ukrywając się przed strażą.
Po co to wszystko? Nie ma wyjaśnienia, nie ma żadnego racjonalnego wytłumaczenia, żadnej logiki. „Kiedy mam przed sobą trzy pomarańcze, zaczynam nimi żonglować, kiedy widzę dwie wieże, chcę przejść między nimi na linie” – oto filozofia Philippe’a Petit. Ale kryje się w tym o wiele więcej: wyzwanie dla ludzkiej woli, triumf marzenia nad materią, przeżycie, które staje się całkowitym wyzwoleniem, które ma charakter wręcz ekstazy religijnej. I film Jamesa Marsha w pełni to przekazuje. Znakomicie zmontowany, oddaje nerwowy rytm wysiłku i niezwykłą radość zwycięstwa. Trudno się dziwić, że Jean-Louis Blondeau, przyjaciel i najbliższy współpracownik w tej akcji, nie może powstrzymać łez opowiadając o tym po latach, że każdy ze świadków wypowiadających się do kamery wspomina szczegóły i swoje przeżycia w tonie najwyższego zachwytu, zapominając o samokontroli.
Ale spełnienie było także końcem. Intensywność tego przeżycia wyznaczyła nieprzekraczalną granicę psychologiczną i zniweczyła dotychczasowe związki. Od Philippe’a odeszli zarówno Annie, jak i Jean-Louis. Pewien etap ich życia został zamknięty. Zaraz po zejściu z liny Philippe Petit postawiony został przed psychiatrami, którzy jednak nie dopatrzyli się choroby psychicznej. Określili go enigmatycznie jako „niezmiennego i tryskającego energią”. Sąd skazał go na... darmowy spektakl dla dzieci w Central Parku. Administracja World Trade Center zapewniła mu bezterminowy bilet wolnego wstępu. Philippe Petit po latach ekstrawaganckich popisów (m.in. improwizacja na linie ze śpiewaczką operową Margaritą Zimermann w Operze Paryskiej czy „Most ku pokojowi” w Jerozolimie na kablu łączącym dzielnicę żydowską i arabską) jest dziś rezydentem-artystą przy nowojorskiej katedrze St. John the Divine.
Ale to wydarzenie ma także inne, szersze, choć przecież nie powiązane z nim bezpośrednio konotacje. W dniu, w którym Philippe Petit postawił pierwszy krok nad Manhattanem, z prezydentury zrezygnował Richard Nixon, co rozpoczęło długi okres politycznych przemian trwających, jak twierdzą niektórzy, do dziś. World Trade Center nie istnieje – był przecież tragiczny 11 września, o którym się w filmie wspomina. WTC nie zostanie nigdy odbudowany i dlatego obraz drobnej sylwetki człowieka unoszącej się pomiędzy betonowymi wieżycami robi wrażenie jakiejś rzeczywistości wirtualnej, wykreowanej dla filmu. Czy rzeczywiście zdarzyło się coś takiego? Fortepianowe solo z kompozycji Erica Satie, które jest wspaniałym dźwiękowym tłem tej sceny, w gruncie rzeczy odbiera jej realność. Oglądamy film, film, który musiał powstać, aby utrwalić coś, co było tylko ulotnym spełnieniem snu.
Man On Wire
Reżyseria James Marsh. Scenariusz James Marsh na podst. książki Philippe’a Petit „To Reach The Clouds”. Zdjęcia Igor Martinović. Muzyka Joshua Ralph, Michael Nyman. Występują Philippe Petit, Jean-Louis Blondeau, Annie Alix, Jim Moore, Alan Welner, Paul Mcgill, David Demato, Ardis Campbell. Dokument fabularyzowany. Produkcja Wlk. Brytania – USA 2008. Dystrybucja Best Film. Czas 94 min
Andrzej Kołodyński, Człowiek na linie, „Kino” 2009, nr 3, s. 57-58.
© Fundacja KINO 2009