GENERAŁ NIL
RAFAŁ MARSZAŁEK
Film Bugajskiego „Generał Nil" miał trudną genezę. Ekranową biografię Augusta Fieldorfa najpierw kontestowała rodzina tytułowego bohatera. Zastrzeżeń przez nią zgłoszonych nie trzeba z góry odrzucać, choćby niektóre z nich wydawały się osobliwe. Wprawdzie niezrozumienie praw fikcji ekranowej często zakłóca odbiór filmów z historii najnowszej, ale problem naturalnie wyostrza się tam, gdzie twórcy operują prawdziwymi nazwiskami i autentycznymi wydarzeniami z przeszłości. W takim wypadku autorskie zobowiązania wobec publiczności nabierają specjalnego charakteru. Chyba dlatego film Ryszarda Bugajskiego nosi ostatecznie podtytuł „na motywach biografii Fieldorfa". Wyłoniły się również opory politycznej natury. Opowieść o Fieldorfie-Nilu wchodzi na ekrany niedługo po premierach filmów o Popiełuszce i Kuklińskim. Słusznie czy niesłusznie, wszystkie te nowe filmy uchodzą w oczach antagonistów wyłącznie za wykwit tzw. polityki historycznej, lansowanej przed kilkoma laty przez młodych konserwatystów. Środowisko, które „wybrało przyszłość", gorszy się wskrzeszaniem upiorów przeszłości. Tęskni ono za obrazem Polski, której nareszcie (? R. M.) nikt nie musiałby zdejmować z krzyża. Fieldorf ze swoją biografią - rzeczywistą, jeszcze wcześniej niż ekranową - szczególnie tu zawadza. Jego męczeństwo, jak pisał Zbigniew Brzeziński, symbolizuje losy całego pokolenia. Nie z krzyża go zdjęto, tylko z szubienicy. Nie powstał z martwych, tylko rozpłynął się w nicości. Wrzucono go do jakiegoś bezimiennego dołu, zalano cementem i tak już zostało. Ciszej nad tą jamą?
Wbrew spodziewaniu historia Nila opowiadana przez autora „Przesłuchania" wyzbyta jest naturalistycznych akcentów. A była ku temu pokusa. Fieldorf, poddany strasznej psychicznej presji, przesiedział - na betonowej podłodze kilkumetrowej izolatki - całe dwa lata. Kamera Bugajskiego i Śliskowskiego schodzi do podziemi nie po to, by epatować okrucieństwem. Gdy na górze klei się Polska podległa, tutaj na dole wymiera Polska niepodległa. Los ludzi z podziemi został zdeterminowany, ich odejście w niebyt jest tylko kwestią czasu i sposobu. Sąsiedztwo w celi polskich patriotów z hitlerowskim przestępcą to symboliczna prawidłowość, którą długo mylono z bardzo ponoć szczególnym, osobistym dramatem innego stalinowskiego więźnia, Kazimierza Moczarskiego.
Podobnie jak „Katyń" Wajdy, opowieść Bugajskiego wchodzi na obszar pozostawiony odłogiem przez nasze kino. Jest to kraj sprzedany po skończonej wojnie i ponownie skolonizowany; rozbite i zatomizowane społeczeństwo popchnięte ku niepojętej przyszłości. Ci, którzy realistycznie myślą o teraźniejszości, bezwiednie stają się jej jeńcami albo - jak Nil - ofiarami. Życie tytułowego bohatera osiąga wymiar tragiczny jeszcze wcześniej, nim go dopadną siepacze. Dowódca organizacji NIE w oczach podkomendnych uchodzi za sztandarową postać ruchu oporu, podczas gdy on sam uważa opór za spóźniony i beznadziejny. Ujawnienie się Nila nie czyni go cywilem, bo nowy ustrój nie może istnieć bez ideologicznego wroga. Olgierd Łukaszewicz, aktor o najwszechstronniejszym talencie, buduje swoją kreację na tym rozdarciu uczuć i na przywiązaniu do wartości. Jest wiarygodny jako „człowiek przedwojenny", jeden już z ostatnich. Taki, jakim go zapamiętał współwięzień, rabin Chaim Lichtsztajn: „Emila cechowała niesłychana wprost prawość, jakaś niepojęta wprost ufność (...). Na śledztwie niczego się nie zapierał, ani jednego gestu nie zrobił dla swojej obrony".
Przebieg obrad Sądu Najwyższego odtwarza Bugajski ze wszystkimi nazwiskami, od prezesa poczynając, na protokolantce kończąc. Spisane będą czyny i rozmowy. To rzecz elementarna. Reszta przecież i tak utonie w potokach i odmętach życia. Zbrodniarze umierają zazwyczaj w czystej, ciepłej pościeli, a ci nieliczni z nich, którzy jeszcze żyją, dotleniają się podczas parkowych spacerów. Zdarza się, że ich spokój zakłóca jakiś prześladowca-oszołom. Z drugiej strony, wczorajsi specjaliści bez trudu osiągają rangę uniwersyteckich autorytetów, jak ów stalinowski sędzia, którego dzieła stały się kanonem wiedzy dla kilku generacji prawników. „Wszystko tu stare / stare są hycle / od moralności socjalistycznej" - pisał konwertyta Ważyk jeszcze w 1955 roku. Od owych czasów oczywiście w tej sferze trochę się zmieniło. Trochę.
Przy całej ostrości osądu Bugajski unika uproszczeń. Nawet owych pięcioro służalczych sędziów ma indywidualne rysy, nawet pośród nich odzywa się sumienie, choćby w końcu miało skapitulować w geście Piłata. Sumienie zachowuje też Tadeusz, złamany w śledztwie towarzysz broni generała (Maciej Kozłowski w swojej życiowej roli). Wypowiadane przezeń słowa jakby powracały złowrogim refrenem, palce zmiażdżone obcęgami coś mówią do Nila na usprawiedliwienie. Do pamiętnego finału „Wniebowstąpienia" Larisy Szepitko nawiązuje w „Generale Nilu" przejmujący obraz egzekucji. Idący na śmierć bohater spotyka się wzrokiem z młodym chłopakiem uratowanym przezeń kiedyś z transportu, a teraz w mundurze asystującym katowskiemu rzemiosłu. U Szepitko mały chłopiec był świadkiem historii... Przerażony młodzieniec u Bugajskiego tę historię już żłobi, bo dał się wepchnąć w grząską koleinę. I tam, i tutaj wzrok skazańca wyraża to samo: nie odwracaj wzroku, zapamiętaj mnie, pomyśl.
Film ma siłę obrazową. Kamieniołom zbudowany jest z drobin. Sople lodu wyrąbywane ze ściany transportu może uda się skroplić i przemienić w życiodajny wrzątek. Nędzarzy powracających z radzieckiego łagru na peronie wita orkiestra i dobre słowo: witajcie w ojczyźnie. Czyżby ta orkiestra fałszowała? Bolesław Bierut miłuje dzieci i solennie, po gospodarsku skazuje na śmierć niewinnych ludzi. W mokotowskim więzieniu skazańcy wywoływani na korytarz naszeptują strażnikowi do ucha swoje nazwiska niczym dozgonną tajemnicę.
Niedługo po orzeczonym wyroku sędzia A. samotnie wychodzi z gmachu sądu zwanego najwyższym. Na rękach ma krew, niewidoczną, ale nie do zmazania. Nagle zatrzymuje się na schodach, jakby o czymś zapomniał. Zawraca, jakby chciał coś odzyskać. Przemierza kilka stopni w górę, a potem znowu w dół. Pochyla się, liczy, coś mu nie pasuje. Tych stopni zawsze było przecież dziesięć, a teraz jest jedenaście. Jak to możliwe?
W wielkiej scenie zawiera się cała paranoja opisywanej epoki. Utwór Bugajskiego opowiada nie tylko o ludzkiej tragedii, ale o społecznej schizofrenii, która ułaskawiona frazesem i leczona hipnozą, dolega nam aż do dzisiaj. Zło, które naszło na Polskę po 1945 roku, zdążyło przeniknąć głęboko, aż do korzeni.
Generał Nil
Reżyseria Ryszard Bugajski. Scenariusz Ryszard Bugajski, Krzysztof Łukaszewicz. Zdjęcia Piotr Śliskowski. Muzyka Shane Harvey. Wykonawcy Olgierd Łukaszewicz (generał August Fieldorf), Alicja Jachiewicz (Alicja Fieldorf), Zbigniew Stryj (Stefan Bajer), Jacek Rozenek (pułkownik Józef Różański), Maciej Kozłowski (Tadeusz Grzmielewski), Artur Dziurman (pułkownik Józef Czaplicki). Produkcja WFDiF (Warszawa), Monolith Films, Telekomunikacja Polska, Fundacja Filmowa Armii Krajowej. Polska 2009. Dystrybucja Monolith Films. Czas 120 min
Rafał Marszałek, Generał Nil, „Kino" 2009, nr 4, s. 61-62.
© Fundacja KINO 2009