30 DNI MROKU
ANDRZEJ KOŁODYŃSKI
Znacie? Znamy. Ale to nie znaczy, że nie obejrzymy raz jeszcze, i to z zaciekawieniem. Bowiem powtórzenie formuły nigdy nie jest identyczne. Jej istota nie ulega zmianie, ale okoliczności towarzyszące – owszem. A więc mamy jeszcze jeden film o ataku wampirów. W miejscu odciętym od świata, gdzie grupka niedobitków robi, co może, żeby się ratować. Chodzi o miasteczko Barrow na Alasce, najdalej wysunięte na północ, w którym przez 30 dni panuje noc. Wampirom nie zagraża zatem blask słońca i mogą sobie poużywać. No to zabierają się za ludzi. Niespodzianek nie ma.
Ale reakcje na film Davida Slade’a okazały się zaskakująco rozbieżne. Od opinii, że to najlepszy film wampiryczny od czasów „Draculi” Coppoli, czyli od roku 1992, aż po wybrzydzanie, że w tym opowiadaniu niczego się nie wyjaśnia. Przeciwnicy i zwolennicy zgadzają się jednak w jednym: że wampiry są tu wreszcie wampirami, budzącymi strach potworami, a nie wegetariańskimi przystojniakami przyjaźnie współżyjącymi z ludźmi. Powracamy więc niejako do źródeł.
Zapewne nie jest to specjalnie ważne dla generalnego obrazu współczesnej kinematografii, ale na obszarze kina gatunków ma znaczenie. Bo w ostatnich latach wampiryczna odmiana horroru uległa rozmyciu, zwłaszcza w serialach telewizyjnych i w filmach z cyklu „Blade”, nie mówiąc o niedawnej ekranizacji powieściowego hitu Stephanie Meyers. Tym razem temat zaczerpnięty został z komiksu i potraktowany z brutalnym realizmem ociekających krwią filmów „gore”. A przy tym żadnych ekspresjonistycznych efektów, cieni i udziwnionych „artystycznych” kompozycji. Wampiry wyskakują z różnych miejsc jak atakujące drapieżniki, są szybkie, zręczne i silne. I groteskowo brzydkie. To należy podkreślić. Groteska z samej swej natury służy śmieszności, ale równie dobrze potrafi wywoływać przerażenie. Jak w piekielnych wizjach Boscha. Gromada potworów na ekranie jest właśnie taka – należycie odczłowieczona. Owszem, porozumiewają się ze sobą w jakimś dziwnym języku (pewien recenzent z anglosaskim uchem zastanawiał się nawet, czy to nie węgierski albo rumuński...), częściej jednak warczą i ryczą (elektronicznie) i, z wyjątkiem nastawionego filozoficznie i w jakimś stopniu najbardziej człowieczego przywódcy (Danny Huston), nie są skłonne do rozmów. Przybywają nagle, znikąd, równie nagle odchodzą.
Wątła fabuła filmu nie niesie żadnego metaforycznego przesłania. Na ekranie przedstawiona zostaje sytuacja śmiertelnego (dla ludzi) zagrożenia, ale z mało wyrazistymi bohaterami. Nawet główna para – szeryf Eben (Hartnett) i zdecydowana na odejście od niego żona (George), której nie udaje się opuścić miasta przed „czasem mroku” – przedstawiona zostaje sztampowo. Przeciwnicy filmu mieliby rację, gdyby paradoksalnie nie była to jednak zaleta dla utrzymywanego konsekwentnie stylu suchego sprawozdania. Nie zakłócają go epizody, takie jak makabryczny atak dziewczynki-wampira w składzie żywnościowym. Może mniej jasna jest pozycja wyraźnie literackiej figury Przybysza (Ben Foster), wzorowanej na obłąkanym Renfieldzie z klasycznej wersji opowieści o Draculi. Ukazuje się najpierw na tle skutego lodami statku, potem zabija psy, niszczy telefony komórkowe, unieruchamia jedyny helikopter i złowieszczo stwierdza, że rosnący chłód to „nie przyroda”. To znak, że zbliża się śmierć. Robi dużo więcej niż same wampiry. A nieoczekiwane ujęcia z góry poszerzają perspektywę i przekształcają filmową scenę pokrytego śniegiem miasteczka w efektowny teatr grozy.
Nie trzeba lekceważyć tego rodzaju „małych” filmów. To one są podstawą repertuaru. Na ich tle rozbłyskują hity ekranu, ale to od ich przeciętnego poziomu zależy poziom kinowej rozrywki na co dzień. Reżyser David Slade wie, co robi. Jako solidny rzemieślnik stawia sobie zadania przede wszystkim o charakterze technicznym, utrzymuje bardzo filmowy rytm narracji i unika jak może telewizyjnej rutyny w rozwiązaniach sytuacyjnych. Jego kameralne widowisko wymaga dużego ekranu. I może nie bez znaczenia jest informacja, że Barrow to wprawdzie rzeczywiście istniejące małe miasteczko na Alasce, ale w filmie zbudowane zostało w plenerze Nowej Zelandii i całkowicie pokryte fałszywym śniegiem...
30 Days Of Night
Reżyseria David Slade. Scenariusz Steve Niles, Stuart Beattie, Brian Nelson wg komiksu Steve Nilesa i Bena Templesmitha. Zdjęcia Jo Willems. Muzyka Brian Reitzell. Wykonawcy Josh Hartnett (szeryf Eben Oleson), Melissa George (Stella, jego żona), Danny Huston (wampir Marlow), Ben Foster (przybysz), Mark Boone Jr (Beau), Mark Rendall (Jake Oleson), Amber Sainsbury (Denise), Joel Tobeck (Doug), Manu Bennett (z-ca szeryfa), Craig Hall (Wilson). Produkcja Columbia Picts, Dark Horse Entertainment. USA-Nowa Zelandia 2007. Dystrybucja Kino Świat. Czas 113 min
Andrzej Kołodyński, 30 dni mroku, „Kino" 2009, nr 5, s. 66.
© Fundacja KINO 2009