GRA DLA DWOJGA
MICHAŁ OLESZCZYK
Ray i Claire, bohaterowie najnowszego filmu Tony’ego Gilroya, poznają się 4 lipca 2003 roku, w Dniu Niepodległości. Kolejne pięć lat spędzają natomiast na walce o niepodległość: nie kraju, ale własną. Czym jest związek, jeśli nie kompromisem? Czym jest kompromis, jeśli nie bombą zegarową zwiastującą konflikt i rozstanie? Pan Koval i panna Stenwick stają przed dylematem, zrzuconym na nasze barki przez romantyków: jak kochać, by pozostać zakochanym? Odpowiedź, jaką kino daje od wielu dekad, jest jedna i ta sama: należy wystrzegać się stateczności. Jednym z najlepszych na to sposobów jest stały kontakt z występkiem – czy to po stronie prawa (William Powell i Myrna Loy w detektywistycznych komediach z lat 30.), czy po tej drugiej („Bonnie i Clyde” w latach 60.).
Ray i Claire – w momencie, w którym ich poznajemy – realizują wariant numer jeden. On jest agentem MI6, ona – CIA. Jednak owe pięć lat (opowiadane przez Gilroya niechronologicznie) przynosi zmiany: obydwoje porzucają swe agencje na rzecz wywiadu innego rodzaju. Szpiegują dla dwóch zwalczających się korporacji z branży kosmetycznej. Dość szybko orientujemy się, że Claire jest szpiegiem podwójnym – już zwiastun filmu ujawnia, że w istocie Ray i Claire planują swoich zwaśnionych pracodawców wyprowadzić w pole.
A zatem bunt antykorporacyjny. Był obecny już w pierwszym filmie Gilroya, „Michael Clayton”, tyle że tam wszystkie nuty brzmiały serio – tutaj każda wygrywana jest dla zabawy. Już sekwencja czołowa (zapewne najlepsza w kinie tej dekady) zapowiada tonację całości: oto drobny choleryk Paul Giamatti i potężny Tom Wilkinson jako szefowie dwóch korporacji rzucają się sobie do gardeł w precyzyjnie rozegranym, odtworzonym w zwolnionym tempie balecie. Symetryczna budowa kadru oddająca i „dwoistość”, i „dwulicowość” oryginalnego tytułu; bezbłędna ilustracja muzyczna – ujawniają, że Gilroy jest jednym z najbardziej świadomych artystów tworzących dziś hollywoodzkie kino gatunkowe.
Widać to także w zaciąganych przezeń długach. Jego dialog raz po raz pobrzmiewa filmami Prestona Sturgesa (najbardziej w scenie, w której długa tyrada Raya o tytanach rynku mrożonej pizzy zostaje spuentowana krótkim „Znalazłam inną pracę”, rzuconym przez Claire). Pasjonujące podchody trudniących się oszustwem kochanków – to z kolei „Złote sidła” Lubitscha. I wreszcie element najsilniej łączący Gilroya z tradycją Hollywoodu: wiara w gwiazdy ekranu. Wypada bowiem odnotować, że parę bohaterów grają w tym filmie Clive Owen i Julia Roberts. Byli razem już w „Bliżej”, ale wszyscy chcieliśmy więcej. Kiedy w pierwszej scenie Owen podrywa Roberts („Nawet jeśli jeszcze się nie znamy, to na pewno powinniśmy się poznać”), aż chce się klaskać. Oczywiście, że należało ich znowu wymyślić! Seksapil i błysk w oku to międzynarodowe skarby; publiczna własność, której kino nie powinno nam żałować.
Rzecz jednak w tym, że bohaterowie od początku do końca pozostają graczami o wielkie pieniądze. Nie mogą sobie ufać, a jednocześnie niczego bardziej nie pragną niż wzajemnego zaufania. Sednem opowieści Gilroya nie jest brak zasad i zakazów, ale właśnie próba ich ochrony w świecie, który je depcze. Kiedy Owen decyduje się dla dobra przekrętu na seks z zahukaną pracownicą biurową, to Gilroy wygrywa całą tę sekwencję z humorem najwyższej próby. A jednak, gdy wieści o zdradzie chlustają w nieruchomą twarz Roberts w długim, statycznym ujęciu, nie jest jej do śmiechu. Nie znajduje riposty – jej gniew jest autentyczny i omal nie kończy budowanej latami „współpracy”. Stawka w grze – owe miliony dolarów – są w tej historii tylko metaforą wzajemnego zaufania i wierności, o które zawsze najtrudniej.
Gilroy to pierwszorzędny technik. Lubi oddzielać to, co ludzie mówią, od ciała: już „Michael Clayton” zaczynał się od ujęć aseptycznych korporacyjnych wnętrz, podczas gdy zza kadru dobiegały ponure plugastwa. W „Grze dla dwojga” ta sama strategia powraca raz po raz, nawet w pierwszym ujęciu Nowego Jorku, w którym dopiero powolny zjazd w dół ujawnia rozmówców, świetnie słyszalnych od samego początku. A jednak, gdy przychodzi co do czego i Julia Roberts nachyla się, aby zalotnie szepnąć w ucho Owena najważniejszą kwestię filmu („Przyznaj się, że ty też mi nie ufasz”), Gilroy decyduje się na ogromne zbliżenie. Bliskość ust i ucha jest ironiczna, bo szeptane słowa deklarują faktyczny dystans. Zaufanie nigdy nie będzie pełne, chyba że ktoś żywi je do siebie samego. Nazywa się ono wówczas pychą i nieprzypadkowo pod koniec filmu Giamatti wygłasza swą buńczuczną mowę wprost do własnego – powiększonego ustawionymi za mównicą ekranami – ucha.
Gdy bohaterowie deklarują wzajemny brak zaufania, Gilroy przybliża do nich kamerę na tyle, na ile tylko się da. Natomiast kiedy w finale ci sami ludzie siedzą obok siebie nieruchomi, zdruzgotani, upozowani na wystygłą parę z ostatniego ujęcia „Psa andaluzyjskiego” Buñuela, odsuwa się od nich na kilkanaście metrów. Sen o miłosnym perpetuum mobile się roztrzaskał; wieczna nowość i ekscytacja okazały się tylko częścią większego planu, układanego na górnych piętrach wieżowców z początku filmu.
Kończy się przygoda, zaczyna stateczność. A że Gilroy ustawił kamerę tak daleko, tylko od nas zależy, czy dostrzeżemy, że dopiero teraz Ray i Claire po raz pierwszy chwytają się w tym filmie za ręce.
Duplicity
Scenariusz i reżyseria Tony Gilroy. Zdjęcia Robert Elswit. Muzyka James Newton Howard. Wykonawcy Clive Owen (Ray Koval), Julia Roberts (Claire Stenwick), Tom Wilkinson (Howard Tully), Paul Giamatti (Richard Garsik), Dan Daily (doradca Garsika), Lisa Roberts Gillan (asystentka Tully’ego). Produkcja Laura Bickford Productions, Medienproduktion Poseidon Filmgesellschaft, Relativity Media, Universal Pictures. USA – Niemcy 2009. Dystrybucja UIP. Czas 125 min
Michał Oleszczyk, Gra dla dwojga, „Kino" 2009, nr 5, s. 58-59.
© Fundacja KINO 2009