BALLADYNA
IWONA KURZ
W reklamie proszku do prania „Ociec, prać?" - pytali bracia Kiemliczowie w początkach polskiej transformacji. Odwołujący się do Sienkiewicza spot Polleny 2000 należał wówczas do najbardziej bodaj popularnych - obok podpasek ze skrzydełkami promowanych „z pewną taką nieśmiałością" przez Annę Patrycy. Felietonista „Gazety Wyborczej" kpił wówczas, jak pamiętam, że przecież literatura stanowi niewyczerpane źródło inspiracji dla „copywriterów" wszelkiej maści. Lady Makbet lub Balladyna, na przykład, mogłaby zakrzyknąć: „krwi plama... jak zmyć tę plamę?!". Krew oczywiście, jak to w reklamach, zostałaby przedstawiona w postaci płynu o kolorze niebieskim (czego status władczyń nie usprawiedliwia, bo obie stają się nimi przez zbrodnię, a nie z urodzenia). Reklama, sama stanowiąc spektakularny przejaw nowych czasów, widomy sygnał rzeczywistej transformacji, wskazywała zarazem, że dokonuje się także przemiana obyczajowa i kulturalna. Można było mówić głośno o podpaskach, na nowo trzeba było zdefiniować miejsce kultury wysokiej i stosunek do niej. „Balladyna" Dariusza Zawiślaka stanowi idealny wytwór nieporozumień z tym związanych.
I Szekspir, i Słowacki - na długo przed teorią kultury masowej - świadomi byli istnienia różnych rejestrów kultury. „Balladyna", w której dużo przecież z Szekspira, w tym także go naśladuje, że przywołuje różne języki i różne sfery. Gdzieś się jednak ta różnorodność, przynajmniej teoretycznie, ma składać w dzieło spójne i sensowne. To niekoniecznie są walory filmu Zawiślaka, który - choć zrealizowany został „na podstawie dramatu Juliusza Słowackiego „Balladyna"" - dokonuje w istocie głębokiej redukcji utworu. Rzecz dzieje się we współczesnym Nowym Jorku czy raczej - niezależnie od autentycznych plenerów - na tle wyobrażenia o nim, a z fabuły zostaje zasadniczy zarys: zła siostra, która po trupach do celu (na Facebooku bohaterka przedstawia się jako „bezkompromisowa zimna suka"), i nazwiska, jak Skierko i Chochlik (noszą je dziennikarze telewizyjni), dla ozdoby. Raz na jakiś czas z niejasnych powodów pada zdanie lub dwa ze Słowackiego, co w całym kontekście brzmi jak majaczenie.
„Gdzie młócą żyto, tam plewy z omłotku / Lecą pod niebo. / Stój za gumna progiem / I nie rozplątuj znów na kołowrotku / Szczero-sumiennym - zaplątanych pasem / Dziwnej przeszłości" - recytuje w pewnym momencie Fon Kostryn do Kirkora (Kirka), na wszelki wypadek dodając jednak, że „chodzi po prostu o to, że żona nie będzie ci nosić kwiatków na grób". Tyleż to „po prostu" prostackie, co - nietrafione. W dramacie słowami tymi przekonuje Fon Kostryn Balladynę, by nie myślała o swoich uczynkach. Skierowanie ich akurat do Kirkora (Kirka) mija się z tekstem i z sensem; nie jedyny to przykład, choć wymowny, swobody, z jaką poczyna sobie autor filmu z dramatem. Ma to tę dobrą stronę, że film zdecydowanie nie nadaje się dla szkół - na jego podstawie pierwowzoru odtworzyć nie sposób, więc bryk to żaden.
Kilka kwestii uderza w tej propozycji filmowej. Pierwsza to pozornie nowoczesne myślenie, że skoro utwór porusza „kwestie uniwersalne" (fakt, ludzie dla władzy mordują się od zarania), to można go przetłumaczyć na dowolne okoliczności, dowolnie zorganizować i dowolnie przedstawić. W efekcie między tym, co uniwersalne, a tym, co swoiste, lokalne dokonuje się radykalna redukcja - do kliszy, najtańszego stereotypu. Wszystko widzieliśmy, wszystko znamy, obcujemy z kiczem w najczystszej postaci - czerwień, księżyc, i nawet Nowy Jork. Przez kicz rozumiem tu obrazy łatwe, nie wynikające z autorskich poszukiwań, gotowe i sprawiające najwyraźniej przyjemność swemu twórcy. Filmowi ma towarzyszyć komiks, można by zatem uznać, że to efekt zamierzony. Lecz określenie „komiksowy" jako synonim dla „maksymalnie uproszczony" już dawno przestało być aktualne.
Jak daleko może posunąć się adaptator w dopasowywaniu dzieła do własnych potrzeb i wyobrażeń? Z jednej strony wartość, jaką jest wolność twórcy, podpowiada, że może on wszystko. Z drugiej strony, mamy już w Polsce precedensowy wyrok w sprawie naruszenia dóbr tłumaczki (tak!) utworu, który został zbyt swobodnie potraktowany w adaptacji teatralnej. Nie wydaje się, że możliwe jest w tej mierze jakieś rozwiązanie systemowe. Odpowiedzi udziela zwykle samo dzieło, wytwór adaptatorskich zapędów. Przeciwko filmowi Dariusza Zawiślaka przemawia zatem nie to, że zbyt swobodnie potraktował pierwowzór, lecz to, że nie wiadomo, po co go potraktował. W istocie Słowacki przeczytany tu nie został - nie zadano sobie w każdym razie pytania o sens dzieła i jego ewentualną aktualność (mechaniczne przeniesienie we współczesność, nawet „bajeczną", nie jest tu odpowiedzią), a przede wszystkim kompletnie pominięta została, nie bójmy się tego słowa, jego forma. Język Słowackiego nie jest jedynie dodatkiem do akcji czy narzędziem opisu - on też czy może nawet przede wszystkim wymaga translacji na język filmowy.
Pozornie nowoczesną odpowiedzią na tę kwestię jest wykorzystanie dla promocji filmu nowych mediów, klucza do współczesnej komunikacji. Film promowany jest w tej chwili na Facebooku i Twitterze, gdzie stworzone zostały wirtualne profile Balladyny - postaci, dziewczyny, która lubi się zabawić i wykazuje niewielką troskę o normy. Znów, jest to przede wszystkim trywializacja (i zarazem relatywizacja - Balladyna jako „fajna laska" wśród znajomych, to mniej więcej tak jak Tomasz Bagiński zapowiadający swój film o Powstaniu Warszawskim jako „fajną rozwałkę"). Przeświadczenie, że cokolwiek wynika z obecności na popularnym portalu, samo w sobie stanowi wielkie komunikacyjne nieporozumienie. W ścieżce dźwiękowej pojawia się Chopin, a potoczne skojarzenie jego muzyki z ludowością owocuje rytmem młócki. Wszystko na dodatek ujęte w ramy niby rozgrywki szachowej, choć scenariusz bliższy jest raczej strukturze gry w kółko i krzyżyk.
Jest zatem wokół filmu bardzo dużo - chęć uczczenia Roku Słowackiego, modne portale, ma być też komiks i gra planszowa, jest też zapewne konieczność zadośćuczynienia wartościom programu Media Plus Unii Europejskiej, który film dofinansował. Nie tyle to jednak europudding, co raczej „eurowyprzedaż" z amerykańskim akcentem. I z dojmującym brakiem - Słowackiego właśnie.
Balladyna
Reżyseria i scenariusz (na podstawie dramatu „Balladyna" Juliusza Słowackiego) Dariusz Zawiślak. Zdjęcia Konrad Spyra. Muzyka Chris Rafael. Wykonawcy Faye Dunaway (dr Ash), Sonia Bohosiewicz (Balladyna / Alina), Mirosław Baka (Kirk), Rafał Cieszynski (Chris), Sławomir Orzechowski (detektyw Ribb), Stefan Friedmann (pan Lotter), Władysław Kowalski (ojciec). Produkcja Dariusz Zawiślak, Legend 44, Tele 5, Trygon Film, Media Plus. Polska - USA 2009. Dystrybucja Adyton International. Czas 90 min
Iwona Kurz, Balladyna, „Kino" 2009, nr 9, s. 78-79.
© Fundacja KINO 2009