GIGANTE
ANDRZEJ KOŁODYŃSKI
Zapewne powinno się tłumaczyć tytuł tego filmu jako „Olbrzym", ale jego bohater, Jara, olbrzymem nie jest. To po prostu krępy, chociaż dość potężny mięśniak. Uprawia kulturystykę z zamiłowania, ale także ze względów zawodowych. Pracuje przecież jako strażnik w supermarkecie. Poza tym jest małomówny i nieśmiały, łagodny i nie wykazuje specjalnej bystrości. Takie wielkie dziecko. Czy tego wystarczy na bohatera filmu? Okazuje się, że tak, w dodatku wielu widzów uważa, że z takim właśnie bohaterem oglądamy jedną z najpiękniejszych historii miłosnych, jakie przyniosło nam kino ostatniego okresu.
Kino latynoskie, dodajmy. „Gigante" jest bowiem debiutem argentyńskiego reżysera Adriana Binieza zrealizowanym w Urugwaju z pomocą twórców znanego już u nas filmu „Whisky". Sam Biniez zagrał tam epizod. Kim jest ten młody (35 lat) reżyser i jak się znalazł w Urugwaju - przeczytać można w wywiadzie w KINIE 9/09. Z tegoż wywiadu wynika jeszcze, że to przedstawiciel pokolenia, które zawodu filmowca nie uczy się w szkołach, woli praktykę z kamerą wideo w ręku, a wzorów szuka u takich twórców jak Tsai Ming-Liang i Jafar Panahi. Bardzo charakterystyczne! A więc nie u europejskich mistrzów czy hollywoodzkich rzemieślników. Co nie znaczy, że Hollywood ich nie pociąga, a z europejskich nagród bardzo się cieszą. Biniez zdobył ich trzy na Berlinale, jedną - prestiżową Nagrodę Alfreda Bauera - do spółki z Andrzejem Wajdą. Ciekawe zestawienie - zasłużony weteran i debiutant, co jednak potwierdza tylko ogólnie znaną i przestrzeganą na festiwalach prawdę, że w kinie nie wiek i doświadczenie się liczą, lecz siła konkretnego filmu. A „Gigante" jest mocnym filmem, choć kameralnym w kształcie i wyciszonym w narracji.
Historia opowiedziana na ekranie jest bardzo prosta. Ochroniarz obserwujący swój „teren" na monitorze w służbowej kabinie zwraca uwagę na dziewczynę pracującą na nocnej zmianie jako sprzątaczka. Sprzątaczek jest wiele, ruszają do pracy jak bojowy oddział, ale ta akurat zwróciła jego uwagę. Jest sympatyczna. Drobna i ładna. Najwyraźniej samotna. Trochę podkrada z półek, ale któraż z tych kobiet tego nie robi? No i w ten sposób Julia (oczywiście, Jara dowiaduje się jej imienia) staje się jego obsesją. Chociaż to określenie nie oddaje istoty rzeczy. Lepiej powiedzieć, że najpierw staje się przedmiotem zaciekawienia, potem fascynacji, a z czasem - miłości. Tak, łagodny „mięśniak" zakochuje się w dziewczynie oglądanej na monitorze miłością czystą i nieśmiałą. Zaczyna chodzić za Julią po ulicach miasta, ale nie ma odwagi jej zaczepić. Idzie za nią do kina, ale interesuje go nie film (zresztą horror), lecz reakcja Julii. Przeżywa męki widząc, jak próbuje poderwać ją jakiś przypadkowy mężczyzna - bez rezultatu, bo to także pechowiec. No i tak to się toczy.
Nie ma tradycyjnie rozbudowanej akcji z dramatycznymi perypetiami. A więc jeszcze jeden przykład latynoskiego minimalizmu. Tak, warto się zastanowić nad znaczeniem tego pojęcia, na czym tak naprawdę polega. Spróbujmy wyliczyć to, co zauważalne. A więc na dostrzeganiu przez kamerę bardzo drobnych, najdrobniejszych szczegółów zachowania ludzi. Taka obserwacja wypełnia z powodzeniem całe sekwencje, bawi i wzrusza, bo jest serią nieustannych odkryć. Ludzie nieświadomi tego, że są oglądani, zawsze czymś zaskakują. Dalej: na umiejętności uchwycenia ukrytego rytmu, w jakim rozwijają się nijakie z pozoru sytuacje. Bo przecież zawsze jest w nich jakiś ruch, przebieg od - do, wyraźna, spontanicznie wyłaniająca się dramaturgia. Dalej: na poczuciu humoru. Latynosi mają bystre oko i dostrzegają wszelkie śmiesznostki! Nie budują z nich scen, wystarczy zwrócenie uwagi - co brzmi prosto, ale jest przecież sztuką. No i wreszcie na prawdzie kreacji. Horacio Camandule jest po prostu sobą, a Leonor Svarcas nie próbuje w żaden sposób dać do zrozumienia, że świadoma jest obecności kamery (podwójnej, bo przecież obserwuje ją także kamera Jary).
Wszystkie te składniki nie występują osobno, lecz tworzą zwartą strukturę. Zwartą wewnętrznie. I podlegają prawu rozwijającej się fabuły, która z wolna, naturalnie, zmierza do wyraźnego zamknięcia. Jako widzowie w kinie oglądamy proces stopniowego dojrzewania bohaterów do siebie. Kiedy wreszcie są razem, nie potrzeba już słów. Daleki plan z tych dwojgiem siedzących razem na miejskiej plaży wystarczy. Porozumiewają się - i to jest oczekiwanym finałem opowieści. Nie są ważne życiowe losy, lecz przemiana wewnętrzna. Opowieść o niej jest prawdziwie filmowa, nie literacka. Dlatego jej ulotna materia nie poddaje się opisowi. Krytyk musi złożyć broń. Czy powinien streszczać nikłe zdarzenia, które dzieją się na ekranie? Nikłe, a przecież tak istotne. Ale jak łatwo zagubić ich klimat - a to może tylko zniechęcić do filmu. Lepiej więc ich nie opisywać. Należy tylko zapewnić widza, że jeśli odbierać będzie obraz bezpośrednio z ekranu, zaskoczony zostanie jego gęstością i bogactwem. „Gigante" to mały, skromny film, który się odczuwa. Przepraszam za to niezręczne słowo, ale nie znajduję innego. Odczuwa się - intensywnie i radośnie, a tego w kinie nie doświadczamy zbyt często.
Gigante
Reżyseria i scenariusz Adrián Biniez. Zdjęcia Arauco Hernandez Holz. Wykonawcy Horacio Camandule (Jara), Leonor Svarcas (Julia), Ariel Caldarelli (szef), Fernando Alonso (Julio), Diego Artucio (Omar), Fabiana Charlo (Mariela), Andrés Gallo (Fidel), Federico García (Mathias). Produkcja CTRL Z Films. Urugwaj - Argentyna - Niemcy - Hiszpania 2009. Dystrybucja Agencja Promocji Manana. Czas 84 min
Andrzej Kołodyński, Gigante, „Kino" 2009, nr 9, s. 74.
© Fundacja KINO 2009