BĘKARTY WOJNY
KONRAD J. ZARĘBSKI
Marzeniem Quentina Tarantino jest zapisać się w historii kina jako Sergio Leone przełomu stuleci. I trzeba przyznać, czasem mu się to udaje: patrząc na film „Kill Bill vol. 1” można uznać, że zrobił dla kina kung-fu, azjatyckiego widowiska sensacyjnego, tyle, ile Leone dla westernu i filmu gangsterskiego. Choć - we właściwy sobie sposób. Leone kręcąc „Dawno temu w Ameryce”, fresk o rozwoju żydowskiej mafii, podniósł kanon filmu gangsterskiego do rangi spektaklu operowego, stawiając tym samy kropkę nad „i” w procesie rewizji gatunku, zapoczątkowanej przez „Ojca chrzestnego” Coppoli. Tarantino, kręcąc 10 lat później „Pulp Fiction”, niejako wrócił do źródeł, odzierając swoje historie z patosu, stawiając na ludzkie emocje (także w sferze oczekiwań widzów) i mistrzowsko operując nie tyle obrazem, ile dialogiem.
Sergio Leone zmarł w kwietniu 1989 roku, tuż przed podpisaniem kontraktu na realizację – w międzynarodowej koprodukcji - wielkiego fresku o blokadzie Leningradu. Można się było spodziewać dzieła w jakimś stopniu rewizjonistycznego, choć wydaje się niemożliwe, by decydenci radzieckiej kinematografii pozwolili włoskiemu reżyserowi na jakąkolwiek próbę pastiszu. Dziś można już tylko spekulować, czy blokada Leningradu zyskałaby patetyczną oprawę operową, czy też zostałaby sprowadzona do losu jednostkowego – z naczelnym choćby pytaniem, co trudniejsze: walka z głodem czy z wrogiem?
Swoim sposobem Tarantino ucieka od wielkiej batalistyki - i słusznie: w czasach dominacji efektów specjalnych nietrudno w kinie o bardziej spektakularne widowisko niż szarża blisko 3 tysięcy radzieckich czołgów w bitwie na Łuku Kurskim. Unika też konfrontacji z wojenną klasyką, przyjmując za punkt odniesienia eskapistyczną sieczkę, wypełniającą wypożyczalnie płyt DVD i programy kanałów filmowych w telewizjach kablowych i satelitarnych. Zamiast eksperymentować na, choćby, „Parszywej dwunastce” (1967) Roberta Aldricha, sięga po kopię kopii, czyli, jak nazywają to Amerykanie, rip off [ściągawkę] „Parszywej dwunastki” – film „Quel maledetto treno blindato” (1978) Enzo G. Castellariego, wyświetlany w Stanach – między innymi - jako „Inglorious Bastards” (Haniebne bękarty), w Polsce zaś wydany na DVD jako „Bohaterowie z piekła”. Treść: zgraja amerykańskich dezerterów cudem unikająca wojskowego więzienia – zamiast przedzierać się z Francji do neutralnej Szwajcarii, przyjmuje od francuskiego Resistance zlecenie na wykradzenie z pilnie strzeżonej hitlerowskiej bazy pocisku V2.
Tarantino wziął z filmu jedynie tytuł (świadomie przekręcony, o czym za chwilę) i pomysł, jak wiadomo – cudzy, by amerykańscy partyzanci penetrowali terytorium zajmowane przez Niemców. Cała reszta to swobodne buszowanie reżysera po kinie wojennym wysokich i niskich lotów – od wspomnianej „Parszywej dwunastki” po „Wielką włóczęgę” (1966) Gerarda Oury (sposób na przeprowadzenie zamachu na Hitlera) i nawet „Szeregowca Ryana” (1998) Stevena Spielberga (propagandowy film hitlerowski, którego premiera ściąga Hitlera do Paryża), nie mówiąc o dziesiątkach podobnych bzdur o komandosach, wypełniających z sukcesem misje nie do wykonania.
Podzielona na pięć części, ociekająca krwią komiksowa fabuła rozwija się w wartkim tempie – z jednej strony z graniczącą z cynizmem pogardą dla faktów historycznych, z drugiej z czułą dbałością, by każdy otrzymał to, o czym marzy. Amerykańscy Żydzi sieją postrach i spustoszenie wśród hitlerowców w Europie, więcej – dokonują udanego(!) zamachu na Hitlera, zadając tym samym kłam obiegowym sądom, jakoby Żydzi w czasach II wojny światowej nie potrafili walczyć. Murzyn podpalający wypełnione nazistami kino staje się bohaterem wojennym, choć ze względu na obowiązującą w armii amerykańskiej segregację rasową długo czarnoskórym nie dawano broni do ręki, zaczęło się to zmieniać dopiero po Pearl Harbor. Także skazani przez kino na role tępych głupków Niemcy mają swoje powody do satysfakcji: jeden z nich, o wyraźnie antyfaszystowskich poglądach, znajduje miejsce w amerykańskim oddziale, drugi, zagorzały nazista (nagrodzony w Cannes brawurowy Christoph Waltz), jest świetnie wyedukowanym oficerem o błyskotliwym umyśle detektywa – głównym przeciwnikiem tytułowych bohaterów. Uhonorowano także w odpowiedni sposób Żydów: ofiary Holokaustu zyskują nie tylko prawo do zemsty, ale i same jej dokonują – postępując w sposób równie brutalny jak ci, którzy dokonywali eksterminacji.
Ale Tarantino swej zabawy w kino nie ogranicza tylko do efektownej żonglerki filmowymi cytatami i motywami. Jednym z bohaterów czyni krytyka filmowego, który wprawdzie zna się na kinie niemieckim, ale nie zauważył na ekranie, że Niemcy zamawiają trzy piwa inaczej niż Anglicy. Uczestnicy rozgrywanej na ekranie popularnej gry „Kim jestem?”, polegającej na odgadywaniu haseł z kart, umieszczonych na czole zgadującego, obracają się w kręgu kina: na kartach aż roi się od gwiazd – od Poli Negri po King Konga. Zamach na Hitlera ma miejsce w kinie podczas premiery filmu, który Goebbels nazywa „hitlerowskim »Sierżantem Yorkiem«”, przygotowywany niezależnie inny zamach ma zostać dokonany poprzez podpalenie łatwopalnych – nitrocelulozowych – taśm filmowych, a poprzedzać go ma nakręcony w domowych warunkach film amatorski. Nazwiska i imiona ogółu bohaterów są bezpośrednim odwołaniem do gwiazd kina lat 40. i 50. – jak choćby Aldo Raine’a, postaci granej przed Brada Pitta, do Aldo Raya, weterana II wojny, który został później popularnym aktorem, bądź Wilhelma Wickiego (Gedeon Burkhard), którego postać upamiętniać ma dwóch niemieckich reżyserów, Georga Wilhelma Pabsta i Bernharda Wickiego.
To tylko kilka z licznych przykładów filmowej erudycji Tarantino: „Bękarty wojny” są niczym nieskrępowaną zabawą w kino i samym kinem, której głęboki smak doceniać się będzie w miarę wielokrotnego oglądania filmu. To, co rzuca się na pierwszy rzut oka, to bardzo swobodne operowanie wieloma językami na ekranie. Już w pierwszej sekwencji filmu dialog prowadzony zrazu po francusku nagle przechodzi w angielski, by w kulminacyjnym momencie znów wrócić do francuszczyzny. Amerykanie mówią po angielsku z amerykańskim akcentem (i próbują mówić po włosku – z akcentem jeszcze gorszym), Francuzi po francusku, a Niemcy po niemiecku. Dla widzów amerykańskich, źle znoszących napisy na ekranie, był to zapewne szok. Wszak w filmach amerykańskich mówi się zazwyczaj po angielsku, akcentując obcość bohaterów poprzez zróżnicowanie akcentu. W „Bękartach wojny”, których zniekształcony tytuł angielski („Inglourious Basterds” zamiast poprawnej formy „Inglorious Bastards”) sugeruje grę językową, Tarantino idzie jeszcze dalej: każe jednej z postaci, gestapowcowi, rozpoznawać miejsce urodzenia Niemców po ich akcencie. Scena wywołująca zrazu salwy śmiechu prowadzi do krwawej kulminacji, co dowodzi niezwykłego instynktu kina, jakim obdarzony jest twórca.
Sęk w tym, że to akurat o Quentinie Tarantino doskonale wiadomo. Podobnie jak to, że ma dość specyficzne poczucie humoru i lubi się kinem bawić. Inna sprawa, że dowodzenie tego poprzez kręcenie filmu za 70 mln dolarów wydaje się jedynie sztuką dla sztuki. A raczej zabawą dla zabawy.
Inglourious Basterds
Scenariusz i reżyseria Quentin Tarantino. Zdjęcia Robert Richardson. Scenografia David Wasco. Wykonawcy Brad Pitt (por. Aldo Raine), Melanie Laurent (Shosanna), Christoph Waltz (płk Hans Landa), Eli Roth (sierż. Donny Donowitz), Michael Fassbender (por. Archie Hicox), Diane Kruger (Brodget Von Hammersmark). Til Schweiger (sierż. Hugo Stiglitz). Produkcja A Band Apart – Zehnte Babelsberg Film – Visiona Romantica, USA – Niemcy 2009. Dystrybucja UIP. Czas 153 min
Konrad J. Zarębski, Bękarty wojny, „Kino" 2009, nr 10
© Fundacja KINO 2009