9
TOMASZ JOPKIEWICZ
Narodziny bohatera, który przypomina laleczkę zrobioną z worka, są zagadką, którą on sam próbuje wyjaśnić. Przez moment jest przekonany, że jest sam w zrujnowanym świecie, ale szybko spotyka podobnych do siebie towarzyszy. Wstępne partie filmu będące niemalże powtórzeniem(technicznie o wiele bardziej efektownym) krótkiego metrażu Shane’a Ackera, nominowanego w 2006 roku do Oscara, są najbardziej sugestywne. Ale oryginalny film kończył się akcentem beznadziei i samotności we wrogim postapokaliptycznym pejzażu, gdy wersja długometrażowa niesie obietnicę nowych perypetii, które można wręcz nazwać przygodami.
Film, na którym swoje piętno odcisnął producent Tim Burton, w wielu momentach olśniewa walorami technicznymi, plastyczną sugestywnością i inwencją. Jednak budzi też wątpliwości. Należy bowiem wyraźnie do kategorii „zabawa w Apokalipsę” –mrocznych antyutopii, których nie można jednak traktować ze zbytnim przejęciem, ponieważ posępna sceneria staje się ledwie efektowną dekoracją dla wyczynów kaskadersko-heroicznych. Brak tu tej nieodzownej dawki sarkastycznego, wymieszanego z melancholią Burtonowskiego humoru, który zazwyczaj decyduje o oryginalności jego kina.
Czy jest to tylko kwestia odmiennych źródeł inspiracji? Burton jest przecież zanurzony głęboko w bogatej tradycji literatury i kina grozy, zna na wylot osiągnięcia ekspresjonizmu, twórczość Edgara Allana Poe oraz europejską i amerykańską klasykę. Główny twórca „9”, Shane Acker, garściami czerpie z równie bogatej tradycji, jednak nazbyt zachłannie. A co najważniejsze – istotniejsze jest dla niego hollywoodzkie kino i to świeższej daty. Przemyślana wizja plastyczna skłania widza do rezygnacji z tropienia zapożyczeń i aluzji, ale skojarzenia narzucają się coraz bardziej natarczywie – nie sposób ich ignorować.
Oczywiście, kradnąca dusze machina przypomina słynnego Obcego z kosmicznego cyklu zapoczątkowanego przez Ridleya Scotta, a agresywne roboty budzą skojarzenia z kinem lat 80., z Jamesem Cameronem i ówczesnymi produkcjami Spielberga. Zwłaszcza gdy ekran rozświetlają wiązki zielonych promieni, a tonacja finału staje się sentymentalnie podniosła niczym w „E.T.”.
Tak więc antyutopia zamienia się stopniowo w nieco mroczną zabawę, której reguły są nazbyt detalicznie wyjaśniane. Można to tłumaczyć bardzo prosto: twórcy filmu tak właśnie widzą możliwości percepcyjne współczesnego widza, ale coś przez to tracą – klimat prawdziwego zagrożenia i szczyptę melancholijnej poezji z pierwszej wersji.
Co mogłoby dodać filmowi siły? Z pewnością identyfikacja widowni z usiłującym przetrwać i określić swą tożsamość bohaterem. Podobna sztuka udała się przecież twórcom „WALL-E”. Ale wkrótce okazuje się, że mamy tu właściwie do czynienia z bohaterem zbiorowym – nasza laleczka z napisem „9” na plecach ma licznych krewnych. Wobec niektórych czuje coś w rodzaju sympatii, z innymi pozostaje w stałym konflikcie, zaś waleczna wojowniczka 7 budzi w 9 uczucia wręcz liryczne. Pojawiła się szansa, by na konfrontacji różnych postaw wewnątrz dość zróżnicowanej grupy ocalałych z zagłady budować główny konflikt filmu.
Wydawało się to dramaturgicznie nośne, więcej – mogło prowokować do metaforycznych odczytań „9”. Owe laleczki przypominają bowiem ludzi pod presją wielkiego zagrożenia, ludzi rozpaczliwie usiłujących przetrwać. Z jednej strony jest guru z numerem 1,właściwie uzurpator, narzucający swój autorytet i stawiający nie na walkę z tajemniczą Bestią, ale na przetrwanie. Ta taktyka przynosi nie najgorsze rezultaty, choć stoi za nią siła nie tylko słownej perswazji. Z drugiej strony mamy 9 i 7, którzy stawiają na walkę, choćby miała przynieść ofiary – i zresztą przynosi. Solidarność z innymi musi prowadzić do bezpośredniego starcia z wrogiem. Fabułę – zresztą dość apodyktycznie – ukształtowano tak, by taka postawa wydawała się bardziej sensowna niż droga narzucana przez 1.
Dlaczego jednak to bardzo filmowe przekonanie o konieczności aktywnego przeciwstawienia się zagrożeniu w imię zbiorowości tym razem nie przekonuje? Główna przyczyna tkwi w pewnej pobieżności opisu głównego bohatera. Otóż zanim zdążymy poznać jego lęki, słabości i wahania, zostaje on „z klucza” wyznaczony na postać niezłomną i heroiczną. Przemiana ta następuje zbyt prędko, co wydaje się narzucane przez chęć rozegrania widowiska w chyba przesadnie szybkim rytmie. Ciekawiej na tym tle wypada kostyczny 1, który w kluczowych momentach podporządkowuje się woli większości grupy, ale ciągle zachowuje zgryźliwy dystans do poczynań nowego przywódcy, próbując raz po raz restaurować swą władzę.
A zatem na dramatycznie ważne pytanie o działanie w warunkach skrajnego zagrożenia zostaje udzielona odpowiedź rodem ze standardowego hollywoodzkiego kina akcji: walczcie, a będzie dobrze, musi być dobrze. Pewnie nie powinno to dziwić, mamy do czynienia z wzorcem bardzo mocno zakodowanym w amerykańskiej popkulturze, a co za tym idzie i w umysłach jej twórców. Jeśli za dobrą monetę bierze się rzekomo wstrząsający „głęboki pesymizm” ostatniej części „Batmana”, nie powinno to dziwić. Szkoda tylko oryginalnej marki Burtona, który potrafi przecież przekroczyć przewidywalny horyzont, dotknąć prawdziwego przerażenia i prawdziwego wzruszenia. Ale Burton, zwłaszcza jako producent, musi uważnie przeglądać opasłe raporty o grupach docelowych. A pewnie tym razem wynikło z nich, że przy tak ryzykownym komercyjnie projekcie eksperymentować ponad miarę się nie powinno.
I rzeczywiście, „9” nie jest filmem zbyt śmiałym. To owoc wyraźnego kompromisu, być może świadomej rezygnacji z szansy na oryginalność w imię – nazwijmy to – komunikatywności. Takie kompromisy nieźle się rynkowo sprawdzają. Ale dzięki nim nie wchodzi się do historii kina. Co najwyżej – do historii filmowej fantastyki, a to jednak nie to samo.
9
Reżyseria Shane Acker. Scenariusz Shane Acker, Pamela Pettler. Muzyka Deborah Lurei. Głosów użyczyli Elijah Wood (9), Christopher Plummer (1), Martin Landau (2), John C. Reilly (5), Crispin Glover (6), Jennifer Connelly (7), Fred Tatasciore (7 / spiker radiowy), Alan Oppenheimer (naukowiec), Tom Kane (dyktator). Produkcja: Focus Feature, Relativity Media, Starz Animation. USA 2009. Dystrybucja Monolith. Czas 79 min
Tomasz Jopkiewicz, 9, „Kino" 2009, nr 10, s. 78-79.
© Fundacja KINO 2009