DOM ZŁY
ANDRZEJ KOŁODYŃSKI
Co się wydarzyło w ciągu czterech lat, które dzielą pierwszą i drugą część filmu Wojciecha Smarzowskiego? Najbardziej dramatyczne wydarzenia, te, od których zaczyna się opowiadana historia, mają miejsce jesienią 1978 roku. A w filmie nakładają się na nie zimowe obrazy z roku 1982. Starsi widzowie wiedzą, że zaśnieżony pejzaż na ekranie jest scenerią stanu wojennego. Młodsi chyba nie. A pytanie o to, co się zdarzyło „pomiędzy", pozostaje bez odpowiedzi.
Trudno jednak zastanawiać się nad luką w narracji, skoro na ekranie dzieje się tak dużo. Jesienną nocą 1978 roku w „domu złym" na odludziu, gdzieś chyba w krośnieńskim, dokonana została makabryczna zbrodnia. Poprzedziła ją popijawa, początkowo przyjazna - rozpoczęta jako tradycyjny akt gościnności ze strony gospodarza, który przyjął nieoczekiwanego gościa. Gość nazwiskiem Środoń zatrzymał się w obejściu Dziabasów w drodze do pegeeru, gdzie objąć miał posadę zootechnika. Przybył z Wybrzeża. Rzucił tam wszystko, uciekając i od śmierci żony, i od napiętej sytuacji politycznej. Wiemy: Wałęsa tworzył właśnie wtedy komitet założycielski wolnych związków zawodowych. Ale Środoń chciał tylko znaleźć sobie jakieś schronienie, zacząć gdzieś daleko od nowa. I po drodze znalazł się u Dziabasa.
W trakcie coraz bardziej wylewnej rozmowy zarysowała się kusząca możliwość rozpoczęcia wspólnego interesu. Dużego interesu, wspartego pieniędzmi ukrywanymi przez gospodarza pod podłogą. Wprawdzie z przeznaczeniem na samochód dla syna-jedynaka Januszka, samochód nowej marki Polonez, którego produkcja została właśnie z szumem ogłoszona. Ale udany interes mógłby te pieniądze pomnożyć. Dlaczego więc wydarzenia potoczyły się w zupełnie innym kierunku? Dlaczego przyjazna popijawa doprowadziła do dzikiego wybuchu krwawej przemocy? Dlaczego zamordowani zostali ludzie? To, co naprawdę zaszło w „domu złym" Dziabasa, próbuje po czterech latach odtworzyć śledztwo milicyjne, a głównym podejrzanym jest Środoń. Wówczas przeżył. Ale nikt nie chce wierzyć w jego wersję. Nie pomoże rozpaczliwa, fatalna próba ucieczki. Dochodzenie ma szybko doprowadzić do rozwiązania sprawy, czego wymaga przybyły nieoczekiwanie samochodem ślizgającym się po lodowej drodze ktoś z góry. I w tym samochodzie odbywa konfidencjonalne rozmowy z porucznikiem Mrozem, dowodzącym grupą śledczą. Winny został już wyznaczony, chodzi tylko o ułożenie ostatecznej wersji.
Trudno streszczać ten film jak zwyczajny thriller kryminalny. Owszem, intryga rozumiana jako następstwo wydarzeń ma taki charakter. Ale to nie jest tylko kryminał, to także film o polskiej rzeczywistości tamtego czasu. Ciemnej i podłej, tonącej w alkoholu, zakłamanej do ostateczności. Wszystko ma swoje drugie, tragiczne oblicze. Właśnie taki, podwójny w wymiarze życiowym, okazuje się los starego Dziabasa, którego Marian Dziędziel gra z patosem godnym Szekspirowskiego króla Lira. Wszystko, co robi, okazuje się złudne, ukochany syn Januszek jest tylko bandziorem i pijakiem, wszystko pozbawione jest perspektyw. Dziabas szaleje pod wpływem alkoholu, poczucia zdrady i klęski. Taki jest również los jego żony Bożeny (Kinga Preis) – żałosnej, ale jednocześnie groźnej Lady Makbet z polskiej prowincji. Porównanie ironiczne, ale dokonał go sam twórca filmu. Bożena prowokuje sytuację bez wyjścia kierowana żądzą odwetu i płaci za to karę ostateczną. A w wymiarze politycznym tragizmem naznaczone jest działanie porucznika Mroza (Bartłomiej Topa), jedynego sprawiedliwego w lokalnym światku zdegenerowanej socjalistycznej władzy, który desperacko każe sobie wyrwać zaszyty esperal, aby bez zahamowań stoczyć pojedynek ze skorumpowanym prokuratorem.
Być może część widowni, ta młodsza, nie zdoła rozpoznać politycznych tropów i nie ulokuje kluczowych wydarzeń z ekranu w szczególnych warunkach stanu wojennego na odciętej od świata prowincji. A to przecież ważne, w gruncie rzeczy zmienia perspektywę. Zapewne widz ograniczający się do odczytania tylko tego, co stanowi powierzchnię filmu, spróbuje odebrać go jako moralitet. Ponadczasowy. Ale „Dom zły" rangi moralitetu nie osiąga. Moralitet wymaga jednoznaczności zarówno w przedstawianiu, jak i w ocenie wartości. Jednak dzisiejsze kino od jednoznaczności ucieka, czas ekranowego moralitetu przeminął. I zgodnie z dominującą tendencją Smarzowski miesza konwencje, pozwala, aby zbudowana na ekranie sytuacja rozwijała się samorzutnie, jakby tracił, a może nawet nie chciał mieć nad nią artystycznej kontroli. Groza sąsiaduje ze śmiechem, Smarzowski bez wahania zamienia tragedię w makabreskę. Jest to efektowne, ale działa naskórkowo. Taka jest scena porodu w finale, w zamierzeniu niewątpliwie symboliczna, jednak w kontekście wszechobecnej przemocy i gwałtu przynosząca tylko kolejny akcent emocjonalny. Pozostaje też kwestia tytułu. Tytuł nigdy przecież nie jest przypadkowy. Należałoby uznać, że przymiotnik zły użyty w niecodziennym szyku sugeruje dużo więcej - odwołanie do pojęcia zła immanentnego. Wywodzącego się z natury ludzkiej, nie tylko z szopki politycznej. Jednak to nie mieści się w sensacyjnej fabule filmu. W gruncie rzeczy dość płaskiej, choć pełnej wyrazistych szczegółów i realistycznych odnośników do czasów, które dziś wydają się nam już tylko egzotyczną przeszłością.
Dom zły
Reżyseria Wojciech Smarzowski. Scenariusz Łukasz Kośmicki, Wojciech Smarzowski. Zdjęcia Krzysztof Ptak PSC. Muzyka Mikołaj Trzaska. Wykonawcy Arkadiusz Jakubik (Środoń), Marian Dziędziel (Dziabas), Kinga Preis (Dziabasowa), Bartłomiej Topa (porucznik Mróz), Katarzyna Cynke (Lisowska), Sławomir Orzechowski (Zięba), Robert Więckiewicz (prokurator Tomala), Eryk Lubos (Petrycki), Grzegorz Wojdon (sierżant Jasiak), Lech Dyblik (Zajdel). Produkcja Film It, SPI International Polska, Polska 2009. Dystrybucja ITI Cinema. Czas 106 min
Andrzej Kołodyński, Dom zły, „Kino" 2009, nr 11, s. 74
© Fundacja KINO 2009