THE LIMITS OF CONTROL
MICHAŁ OLESZCZYK
Nie trzeba cenić poetów pióra, żeby stać się poetą ekranu, ale Jim Jarmusch połączył jedno z drugim. Jego „Truposz" (1995) był poematem, ale równocześnie oddawał hołd wizjom Williama Blake'a. Najnowszy film, „The Limits of Control", zaczyna się mottem ze „Statku pijanego" („Prądem rzek obojętnych niesion w ujścia stronę, / Czułem, że już nie wiedzie mnie dłoń holowników..."), po czym oferuje nam eksplozję obrazów porównywalną z poezją Rimbauda. Po seansie nie mamy wątpliwości, że doświadczyliśmy spotkania z talentem niemal przerastającym kino; rozsadzającym je od środka, tak jak Rimbaud rozsadził swego czasu gorset obowiązujących konwencji poetyckich.
Trudno pisać o filmie, który wychodzi poza paradygmat kina takiego, jakim je znamy. Dzieło, które ma w tytule „granice", przekracza je o kilkanaście długości - tym, kto ostatecznie traci „kontrolę", jest u Jarmuscha widz. Krytyk jest w tej grze upośledzony podwójnie: po pierwsze, sam jest widzem jak inni; po drugie, ma „obowiązek" kontrolować, a następnie zdać buchalteryjny raport z przebiegu owej kontroli. Wydaje się, że w przypadku „The Limits of Control" należałoby z recenzji zrezygnować, bo tym razem to film recenzuje widza; to on wydaje się górować nad nami. Ale niech tam, spróbować nie zawadzi.
Bohaterem snutej przez Jarmuscha opowieści jest bezimienny czarnoskóry gangster (?) o kamiennym wyrazie twarzy (Isaach de Bankolé), nazwany w napisach końcowych Samotnym Mężczyzną. W pierwszych scenach otrzymuje zlecenie od francuskiej (może kreolskiej?) mafii, dotyczące... nie wiemy, czego tak naprawdę - i nie dowiemy się aż do końca. Dyrektywy są enigmatyczne: kalambury mieszają się w nich z filozofią ("Idź do podwójnych wież i czekaj na skrzypce"; a zaraz potem: „Rzeczywistość jest arbitralna"). Zadanie polega na podróży przez Hiszpanię i odbyciu ciągu spotkań z tajemniczymi postaciami, z których każda daje zaszyfrowane wskazówki dotyczące etapu następnego. Same spotkania są także rodzajem szyfru: pewne elementy muszą zaistnieć, by do spotkania w ogóle doszło (zamówienie podwójnego espresso, krążący po niebie helikopter, zdobione pudełko zapałek oraz hasło: „Nie mówisz po hiszpańsku, prawda?").
Mężczyzna milcząco wysłuchuje filozoficznych rozważań każdej postaci, ale nie możemy wiedzieć, czy cokolwiek z nich rozumie bądź absorbuje. Nie wiemy, iloma językami włada, ani nawet z jakiego kraju pochodzi (gdy dzieci droczą się z nim i pytają, czy jest „il gangster americano", odpowiada, że nie - ale, jak słusznie zauważają malcy: „Może on tylko tak mówi!").
Pierwszy i trzeci rozmówca Mężczyzny powiada, że nawet przedmioty zmieniają się z czasem; skrzypce wchłaniają każdą wygraną nutę, tak że nigdy nie są dokładnie takie same - zmiana jest wszechogarniająca, nawet jeśli pozostaje niedostrzegalna. Jest to ostrzeżenie dla widza, by zbyt łatwo nie przeoczył możliwości przemiany w samym bohaterze. Mimo milczenia, mimo kamiennej twarzy i mimo że w trakcie filmu Mężczyzna zdaje się zmieniać jedynie kolor swych identycznie skrojonych garniturów (fioletowy na oliwkowy, oliwkowy na popielaty) - tak naprawdę dochodzi w nim do sejsmicznych przesunięć. Rodzi się w nim bunt.
Tak jak Ghost Dog z „Drogi samuraja" buntował się przeciw swemu panu w imię dobra ucieleśnionego przez małą dziewczynkę, tak Mężczyzna ostatecznie zbuntuje się w imię uczucia do pięknej nieznajomej, którą poznał w trakcie podróży, ale której erotyczne awanse odrzucił. Gdy stanie się jej krzywda, bohater wykona etyczny zwrot o 180 stopni, o który nie mogliśmy go wcześniej podejrzewać: zapatrzeni w powierzchnię i nieświadomi głębi.
„The Limits of Control" jest filmem porażająco pięknym - ten wyświechtany epitet, znaczący w naszej recenzenckiej nowomowie tyle, co „robiący wrażenie", tutaj odzyskuje swój pierwotny sens. Zdjęcia Christophera Doyle'a stanowią popis inwencji i oszczędności: kamera pozostaje stabilna, zazwyczaj nieruchoma - ale kompozycja kadru zawsze olśniewa. Zaczyna się to już od pierwszego widoku Mężczyzny, ćwiczącego jogę (?) i filmowanego od góry tak, że cała jego postać zdaje się zawieszona w przestrzeni niby kosmonauci z „2001: Odysei kosmicznej" Kubricka. Potem jest tylko piękniej. Partie filmu sfilmowane wśród nowoczesnej architektury Madrytu są pod względem wizualnym tak ekscentryczne, że stawiają na głowie starą definicję Irzykowskiego: u Jarmuscha kino jest widzialnością obcowania materii z człowiekiem, nie na odwrót. Architektura otaczająca Mężczyznę jest bardziej wymowna od niego samego (jak powiada przedostatni rozmówca, grany przez Gaela Garcię Bernala: „Odbicie zdaje się czasem prawdziwsze od tego, co odbijane"). Rzecz w tym, że logika filmu prowadzi bohatera od wszechwładztwa architektury do krajobrazu pustyni - to w tym ostatnim będzie on musiał dokonać konfrontacji z sobą samym.
Jest to także film o kinie, uosobionym tutaj przez postać Tildy Swinton. Gra ona drugą rozmówczynię mężczyzny i wypowiada kwestię będącą najlepszą recenzją „The Limits of Control" (pasującą zresztą do każdego arcydzieła): „Najlepsze filmy przypominają sny, co do których nie jesteśmy pewni, czy w ogóle nam się przyśniły". Swinton jest amalgamatem kina, jego eklektycznym mitem: nosi kowbojski kapelusz, prochowiec detektywa z filmu noir, platynową perukę i kozaki w panterkę. Pod koniec filmu Mężczyzna doświadczy zdublowanego obrazu tej postaci: najpierw zobaczy ją na plakacie filmowym, a następnie w rzeczywistości - za każdym razem dziać się z nią będzie coś złego - i ta scena będzie jak spełnione proroctwo; kino dotknie w niej rzeczywistości, a różnica między odbiciem a rzeczywistością się zatrze.
Uniwersum Jarmuscha jest całkowicie świeckie, ale jego bohater pozostaje pielgrzymem - w tym sensie przypomina zarówno Williama z „Truposza", jak i Dona z „Broken Flowers" (a także Chrisa z debiutanckich „Nieustających wakacji": prekursora ich wszystkich). Samotny Mężczyzna poszukuje harmonii ze światem albo harmonii poza światem - i tak naprawdę cały film każe nam wątpić, którą z nich dwóch Mężczyzna ukochał bardziej. Uczestnictwo w nielegalnym procederze sugeruje opcję drugą: spokój Mężczyzny bierze się nie z kontaktu z rzeczywistością, ale z odcięcia się od niej (w tym odczytaniu fizyczne ćwiczenia, wykonywane przez bohatera wielokrotnie, byłyby rodzajem mantry, umożliwiającej przeniesienie się na poziom świadomości wyższy od powszedniego). A jednak końcowa interwencja, której natury nie wypada zdradzić, zaświadczy o czymś przeciwnym: Mężczyzna zechce być częścią świata, mimo że wcześniej (w rozmowie z Azjatką) deklarował całkowitą odeń niezależność.
Mężczyzna - który wielokrotnie odwiedza w tym filmie muzeum i kontempluje sztukę zarówno figuratywną, jak i abstrakcyjną - na końcu wybierze abstrakcję, która nie uwodzi podobieństwem do rzeczywistości. Co więcej, zmieni garnitur na bluzę z wzorem przypominającym ślad tygrysich pazurów. Nawet on - rzekomo niezmienny i niedotykalny - doświadczył straty, rozpoznał naturę rzeczywistości i jej obrazu, a także (jak sam mówi) „posłużył się wyobraźnią". Rzecz. Obraz. Wyobrażenie. Kto nauczył się z nimi obcować, może zacząć „prawdziwą" podróż, powiada Jarmusch. I zarazem kończy swój film - mężczyzna wychodzi z kadru, a stabilna kamera Doyle'a dosłownie spada ze statywu, obraz się prześwietla, rozmywa i następuje nagłe cięcie do czarnego ekranu. Zostajemy sam na sam z ciemną salą i wielokrotnie powtarzanym w dialogach zdaniem: „Ten, co ma się za potężniejszego od innych, powinien odwiedzić cmentarz; bo tam zobaczy, czym jest życie - garstką prochu zaledwie". Wielki film.
The Limits of Control
Reżyseria i scenariusz Jim Jarmusch. Zdjęcia Christopher Doyle. Opracowanie muzyczne Jay Rabinovitz. Wykonawcy Isaach De Bankole (Mężczyzna), Alex Descas (Kreol), Jean-Franc,Ois Stevenin (Francuz), Oscar Jaenada (Kelner), Luis Tosar (Skrzypce), Paz De La Huerta (Naga), Tilda Swinton (Blondynka), Youki Kudoh (Molekuła), John Hurt (Gitara), Gael Garcia Bernal (Meksykanin), Bill Murray (Amerykanin), Héctor Colomé (drugi Amerykanin), Norma Yessenia Paladines (urzędniczka). Produkcja Entertaiment Farm, Pointblank Films. Hiszpania - USA - Japonia 2009. Dystrybucja Best Film Czas 116 min
Michał Oleszczyk, The Limits Of Control, „Kino" 2010, nr 2, s. 78-79
© Fundacja KINO 2010