DAYBREAKERS. ŚWIT
ANDRZEJ KOŁODYŃSKI
Nastał czas wampirów. Tak w każdym razie sądzić można po ilości wampirycznych filmów na naszych ekranach. Filmy różne, wampiry w nich występujące – też. Złe i dobre, jedne zdziczałe w swojej żądzy krwi, inne kulturalne i ograniczające się do krwi zwierząt. Bo krew niezbędna jest dla utrzymania wampirzego istnienia. Właśnie oglądamy kolejny film na ten temat, tym razem z Australii. Przynosi sporo nowego, poczynając od tytułu z symbolicznym odwołaniem do świtu zamiast do zmierzchu czy nocy, kiedy to wampiry, nie znoszące przecież światła słonecznego, czują się swobodnie. Ale uwaga! Nowości czytelne są przede wszystkim dla fanów wampirycznego tematu, którzy wiedzą, po co idą do kina, nie chichoczą w momentach szczególnie krwawych i pokornie przyjmują zarówno nieuniknioną schematyczność, jak i ukryte nielogiczności historii opowiadanej na ekranie. Dla takich widzów „Daybreakers. Świt” Michaela i Petera Spierigów może okazać się jednym z najlepszych, jak dotąd, filmów gatunku. Bardziej wybrednych widzów specjalnie nie zachęcam.
Warto w tym miejscu wspomnieć, że Michael i Peter Spierigowie są braćmi-bliźniakami i że w 2003 roku spróbowali już zabawy z horrorem, robiąc film „Undead”, u nas zatytułowany „Zombie z Berkeley”. I dobrze, bo była to opowieść z gatunku „zombie movie”, rozgrywająca się w bombardowanej przez meteoryty miejscowości Berkeley, nawiedzonej w dodatku przez kosmitów. W związku z tym nie bardzo było wiadomo, o czym właściwie to film, zombie, czyli żywe trupy, jakoś z kosmitami nie chciały iść w parze... Niemniej niektórzy recenzenci dostrzegli ukryty potencjał, ogłaszając proroczo, że przy odpowiednim budżecie młodzi realizatorzy przełamią skromniutką „estetykę kuchennego zlewu” i pokażą coś ciekawszego. No i tak się stało. „Daybreakers” mają rozmach i swobodę superprodukcji, a przy tym dyscyplinę wyobraźni. Niewątpliwie przydała się praktyka braci-realizatorów w reklamie. Chociaż akcja rozgrywa się w roku 2019, miasto-moloch nie różni się specjalnie od metropolii istniejących dzisiaj, efekt polega raczej na kontraście stalowo-betonowego wystroju z naturą, oczywiście australijską, tonącą w słońcu. Dla ludzi jest tam bezpieczniej, ale wampiry posiadają, niestety, szybkie samochody przystosowane do jazdy w najbardziej nawet słoneczny dzień. Więc łowy na człowieka-dawcę krwi nie ustają. Film ma niezłe pomysły inscenizacyjne, szybkie tempo, trochę humoru obok pokaźnej dawki makabry i gwiazdorską obsadę.
Niewątpliwie odkrywczo brzmi teza, że z wampira można się na powrót przemienić w człowieka. To było dotychczas nie do pomyślenia, wampira należało unicestwić za pomocą osikowego kołka wbitego w serce, a czasem jeszcze pozbawić go przy tej okazji głowy. Okazuje się jednak, że istnieje inna możliwość. Wiadomo, że proces przemiany w wampira zaczyna się stosunkowo prosto, od ukąszenia – tak, jak zarażenie wścieklizną – ale ten odwrotny jest znacznie bardziej skomplikowany. W filmie Spierigów wymaga urządzeń laboratoryjnych i odbywa się pośród płomieni, zapewne oczyszczających ciało delikwenta. Zresztą szczegóły nie są widoczne, dowiadujemy się tylko, że to wszystko bardzo jest bolesne. Jeden z trójki bohaterów, o ksywce „Elvis” na cześć Presleya, grany przez Willema Dafoe, na pytanie, jak się czuł w trakcie takiego doświadczenia, odpowiada z wisielczym humorem: „Jak smażony kurczak”. Trudno uniknąć nieco wykraczającej poza film myśli, że Dafoe po roli w „Antychryście” niczym już się nie da zaskoczyć.
Powrót do człowieczeństwa ze stanu wampirycznego jest tematem fantazji braci Spierigów. Używam tego określenia, bo film trudno jednoznacznie zdefiniować z powodu natłoku efektownych, sprawnie użytych zapożyczeń, od „Matriksa” poczynając. Dowiadujemy się, że w pewnym momencie ludzkość w większości opanowana została przez wampiry, co w ciągu dwóch lat (do roku 2019) spowodowało zasadnicze problemy ekonomiczne. Mianowicie brakować zaczęło krwi z powodu gwałtownie malejącej liczby ludzi i wielkie korporacje zmuszone zostały do poszukiwania substytutu, co jednak nie bardzo się udawało. Bardzo dobre są w filmie sceny „rodzajowe”: kolejka do bufetu, w którym podaje się coraz bardziej rozcieńczone krwiste napoje, młode wampiry czyhające złowróżbnie na miejskim skwerku, wygłodniali żebracy, którzy błagają o troszkę krwi... Właśnie w takim momencie do akcji wkracza wampirzy hematolog Ed Dalton, który zdaje sobie sprawę z beznadziejności sytuacji, a w dodatku sprzyja ludziom. Etan Hawke jest w tej roli bardzo przekonujący. To jemu nasza rasa zawdzięczać będzie ocalenie, jako że opracował naukowo i wypróbował na sobie proces przemiany, który zupełnie przypadkowo przeszedł wcześniej pułkownik „Elvis” Cormac. Reszta filmu to gwałtowne walki, pułapki i ucieczki, które nie pozwalają widzowi nawet na chwilę odprężenia. Powtarzam, to się ogląda z napięciem.
Oczywiście, zadać trzeba pytanie o sens filmu. Gdyby tak problem niedoboru krwi zastąpić bliższym rzeczywistości problemem niedoboru ropy naftowej... W każdym razie stwierdzić trzeba, że rozrywka jak zwykle przystrojona została alegorią. Wynika z niej dość oczywista prawda, że rozwój cywilizacyjny prowadzić może na niebezpieczne, zagrażające katastrofą manowce, jeśli jego celem będzie tylko konsumpcjonizm. Trzeba przyhamować, zająć się środowiskiem naturalnym i starać o równowagę natury i cywilizacji. Nie ma nic złego w przypominaniu tak szczytnych zasad, trudno jednak udawać, że ktokolwiek się nimi przejmie, oglądając na ekranie po prostu efektowny balet przemocy i grozy.
Daybreakers
Reżyseria i scenariusz Michael i Peter Spierig. Zdjęcia Ben Nott. Muzyka Christopher Gordon. Scenografia George Liddle. Efekty specjalne Steven Boyle. Wykonawcy Ethan Hawke (Edward Dalton), Willem Dafoe („Elvis” Cormac), Claudia Karvan (Audrey), Sam Neill (Bromley), Michael Dorman (Frankie, brat Edwarda), Isabel Lucas (Alison), Vince Colosimo (Caruso). Produkcja Furst Films, Pictures In Paradise, Lionsgate. Australia – USA 2009. Dystrybucja Kino Świat. Czas 98 min
Andrzej Kołodyński, Daybreakers. Świt, „Kino" 2010, nr 2, s. 76-77
© Fundacja KINO 2010