Aż poleje się krew There Will Be Blood, reż. Paul Thomas Anderson, USA 2007 AŻ POLEJE SIĘ KREW MICHAŁ OLESZCZYK Piękno przyrody zaskoczonej obecnością człowieka, nakłuwanej pierwszymi słupami i rusztowaniami; chyba nikt nie pokazał tego równie wspaniale, jak Altman w "McCabe i pani Miller" i Malick w "Niebiańskich dniach". I oto przychodzi nowy film Paula Thomasa Andersona, godny porównania z tamtymi. Nie dziwimy się więc, gdy napisy końcowe obwieszczają, że scenografię stworzył stały współpracownik Malicka, Jack Fisk; że "Aż poleje się krew" dedykowane jest Altmanowi.
Porównania Andersona z Altmanem słyszało się już przy wielowątkowej "Magnolii" (1999), niezwykłym filmie o grzechach ojców i gehennie synów, spuentowanym egipską plagą spadającą na Los Angeles. W późniejszym "Lewym sercowym"(2002) na miłosną pieśń wybrał Anderson piosenkę z Altmanowskiego "Popeye'a".
 W "Aż poleje się krew" pozostaje Anderson w rodzinnej Kalifornii, tyle że cofa się w czasie - akcja zaczyna się w roku 1898 i kończy w 1927, prowadząc od pierwszej bryłki srebra wydobytej własnoręcznie przez Daniela Plainview do moralnej ruiny tegoż w wielkim pałacu, którego ta bryłka była zaczątkiem, mimo iż bogactwo zbudowane zostało na ropie naftowej. Nominalnie film stanowi adaptację wydanej w 1927 roku książki Uptona Sinclaira "Oil!": komunistycznej powieści rozwojowej, w której o wojnie polsko-bolszewickiej pisze się jako "polskiej inwazji na Rosję"; całość wieńczy zaś kapitalistyczna apokalipsa (wybór Calvina Coolidge'a na prezydenta) i jutrzenka nadchodzącej Światowej Rewolucji. Anderson zaczerpnął od Sinclaira tylko i wyłącznie zarys wyjściowej sytuacji i dwa czy trzy fragmenty dialogowe - jego film przygląda się czemuś zupełnie innemu niż walka klas, a mianowicie spustoszeniu ludzkiego serca. Plainview, grany przez Daniela Day-Lewisa, już nazwiskiem obwieszcza światu, że wie, czego chce. "Plain view": jasny widok, wizja bez zakrętów i komplikacji. "I like speaking plainly" - powiada do słuchaczy - i mimo że kłamie, bo w istocie potrafi używać języka do krętactw, to kiedy przychodzi co do czego i zaczyna mówić o samym sobie, dotyka kluczowych spraw ze wstrząsającą bezpośredniością. Jest w tym filmie scena, w której bohater zwierza się domniemanemu bratu z tej "wielkiej potrzeby konkurowania", którą nosi w sobie. Powiada tam między innymi, że "nie lubi większości ludzi; że życzy innym porażki; że widzi w innych przede wszystkim zło".
Daniel Day-Lewis gra swego imiennika w ten sposób, że w pierwszym momencie umyka nam bezdenny pesymizm tych słów. Wypowiadane są z tą samą zastygłą ironią, co wszystkie poprzednie, możemy więc nie zauważyć, że nie tylko ironia jest w nich zastygła: Daniel też już dawno odłączył się od życia. Film, odwrotnie niż książka, nie opisuje rodzinnej przeszłości bohatera, wiemy więc tylko tyle, że Daniel nie ma ukochanej kobiety, że podróżuje z synem i że spotyka brata. Aliści pod koniec okazuje się, że brat naprawdę nim nie jest a syn - to już sugestia samego Daniela, w którą można wierzyć bądź nie - także nie był jego prawdziwym potomkiem.
Tematem filmu jest wyparty wstręt wobec własnej bezduszności: dwukrotnie poi Daniel swego syna alkoholem (raz w wieku niemowlęcym, raz po ogłuchnięciu chłopca); woli go oszołomić niż przytulić. Jest też jedna scena niekłamanej czułości, ale Anderson ustawia ją w ten sposób, że to czułość przychodząca poniewczasie: Daniel najpierw gasi płonący szyb, potem spieszy do syna, a na pytanie o stan jego zdrowia odpowiada zimno: "Nie, nie ma się lepiej". Tragedia Daniela polega na tym, że wie o własnym martwym sercu. Kiedy wysyła syna do odległej szkoły, nie mówiąc mu przedtem ani słowa, że go wyśle, odczuwa - może nie targnięcie sumienia - ale odrazę do swojej nieumiejętności okazywania, a w istocie doznawania uczuć.
Tak się jednak składa, że ów wydrążony człowiek ma jednocześnie pewne cechy boskie: kiedy wykupuje od osadników ziemię pod odwierty, jego pierwsza obietnica pochodzi wprost z modlitwy "Ojcze nasz": da ludziom chleba ich powszedniego. Kilka scen potem - znów tropem modlitwy - odpuszcza winy i "dzieje się wola jego", kiedy zakazuje okrutnemu ojcu bicia córki. Plainview jest w pewnym sensie metaforą Boga, który nie kocha tego co stworzył; który swoje dzieło koniec końców zdradza.
Daniel ma konkurenta w postaci charyzmatycznego przywódcy Kościoła Trzeciego Objawienia, niejakiego Eliego Sunday'a. Anderson raz jeszcze zastąpił neutralne nazwisko z powieści Sinclaira nazwiskiem znaczącym (Plainview był w książce zwykłym Rossem, Sunday - Watkinsem), przenosząc metaforyczny ciężar opowieści właśnie na te dwie postaci. Eli rozbudowuje swój kościół i swą fortunę, "wyganiając demony" z otumanionych wiernych i walcząc nieustannie z Danielem o wpływy (i duchowe, i finansowe). W finale to właśnie między nimi dojdzie do konfrontacji i drugi raz poleje się - zapowiadana w tytule - krew.
Z postacią Eliego wiąże się ponadto jeden z najdziwniejszych zabiegów Andersona, który wciąż nie znalazł przekonującej wykładni. Książkowy Eli miał brata Paula (głównego rewolucjonistę) - nie było żadnych wątpliwości, że są to dwie różne postacie. Tymczasem Anderson nie tylko obsadził w obydwu rolach tego samego Paula Dano, idzie dalej: podsuwa pytanie, czy nie są oni jedną i tą samą osobą. Co prawda w napisach końcowych pojawia się i Paul, i Eli Sunday, przedtem Eli wrzeszczy do ojca, jak głupim synem jest Paul, ale kto wie, czy nie mówi tak naprawdę o sobie; o drugim sobie, którym pogardza i którego chciał wygnać z własnego ciała niczym demona w scenie kazania. W podobnym ironicznym kluczu można czytać finałową tyradę Daniela, gdy powiada, że "to Paul był prorokiem, to on miał rację."
Jeśli otworzymy się na tę wątpliwość, nagle dostrzeżemy jak symetrycznie współgra ona z innymi wątkami filmu. Czy Eli ma brata...? Ani chybi, analogiczne pytanie stawia sobie Daniel, kiedy zaczyna podejrzewać, że niejaki Harry - podający się za syna jego ojca, tyle że z innej matki - może być oszustem. Jeśli Daniel pyta zasadnie: "Czy mam brata?", to jego syn może pytać pod koniec: "Czy mam ojca?", ponieważ koniec końców Daniel wypiera się pokrewieństwa. Jeśli dodamy do tego biblijny trop w postaci Abla, ojca Eliego; jeśli przypomnimy, że błagający o litość Daniela Eli powtarza w panice: "Jesteśmy braćmi!" to otrzymamy obraz świata, w którym więzy rodzinne są problematyczne bądź iluzoryczne - świata, w którym natura (więzy krwi) nie daje człowiekowi oparcia.
W finale "Magnolii" mały geniusz Stanley mówi do swego nieczułego ojca: "Musisz być dla mnie milszy". Podobne błaganie, choć bezgłośne (bo dorosły H. W. Plainview posługuje się językiem migowym), powtarza syn ojcu w "Aż poleje się krew". Zostaje ono odrzucone, a opuszczony patriarcha dopuszcza się w chwilę potem krwawej zemsty na wieloletnim adwersarzu. Jedyna nadzieja, to małżeństwo dwójki dorosłych już dzieci, z których każde przeżyło zdradę ojca: bitej dziewczynki z początku filmu i H. W. Tylko w milczeniu, w odcięciu się od świata i od brudu codzienności może zakwitnąć miłość.
"Aż poleje się krew" to przedziwny, mylący film, zadający więcej pytań niż się z początku zdaje. Finałowa scena, z Danielem i Elim walczącymi ze sobą w pudełkowej scenerii podwójnego toru kręglarskiego, pełna gardłowych inwektyw Day-Lewisa puentowanych piskami Dano, osiąga prawdziwą wielkość: jest komedią absurdalnej przemocy (smakuje Kubrickiem). I dopiero kiedy uświadomimy sobie, że jest to przemoc wyrosła z głodu ropy naftowej; głodu, który kształtuje naszą współczesną geopolitykę, śmiech więźnie w gardle.
Film kończy się zdyszanym: "I'm finished" Daniela (zarazem: "Skończyłem", jak i "Jestem skończony"). Szaleństwo tego niezwykłego antybohatera nie byłoby nawet w połowie tak fascynujące, gdyby nie szaleństwo reżyserskie, na jakie porwał się Anderson. Altman mógłby być dumny.
There Will Be Blood Reżyseria i scenariusz (na podstawie powieści Uptona Sinclaira) Paul Thomas Anderson. Zdjęcia Robert Elswit. Muzyka Jonny Greenwood. Wykonawcy Daniel Day-Lewis (Plainview), Paul Dano (Eli Sunday), Kevin J. O'connor (Henry Brands), Ciaran Hinds (Fletcher Hamilton), Russell Harvard (H.B. Ailman). Produkcja Ghoulardi Film Company - Paramount Vantage - Miramax Films, USA 2007. Dystrybucja Forum Film. Czas 158 min.
Michał Oleszczyk, Aż poleje się krew, „Kino” 2008, nr 3, s. 72-73.
|