Somewhere. Między miejscami

SOMEWHERE. MIĘDZY MIEJSCAMI
KRZYSZTOF KWIATKOWSKI

Somewhere. Między miejscamiSofia Coppola zna ten świat od dziecka. Jest córką jednego z twórców nowego Hollywood – wielkiego Francisa Forda Coppoli, kuzynką Nicolasa Cage’a. Wychowywała się wśród aktorów, muzyków, artystów. Była świadkiem wielkich triumfów i bolesnych upadków. Bywała w ekskluzywnych domach schowanych za wysokimi murami Beverly Hills i Bel Air, widziała tłumy dziennikarzy i fotoreporterów gromadzących się pod oknami. Ale też poznała smak samotności i poczucie izolacji, które towarzyszą bogom współczesnego Olimpu. W „Somewhere. Między miejscami”, portretując słynnego hollywoodzkiego aktora, opowiedziała także o własnym życiu.

Johnny Marco mieszka w Chateau Marmont – słynnym hollywoodzkim hotelu gwiazd. Ma wszystko, o czym po cichu marzą mali chłopcy myśląc o swojej przyszłości. Wielkie pieniądze, drogie sportowe samochody, sławę, tysiące fanów, a piękne długonogie dziewczyny same pakują mu się do łóżka. Ale jego już to wszystko nie cieszy. Jest znudzony i wypalony. Zasypia uprawiając seks, drażnią go wciąż te same, puste rozmowy. Do konfrontacji z samym sobą zmusi go dopiero córka, którą jej matka podrzuca mu na kilka dni.

Sofia Coppola świetnie wybrała estetykę filmu. Akcja rozgrywa się w powolnym tempie, kamera długo podgląda detale: grymas twarzy, drobny gest. Opieszały, równomierny rytm wprowadza widza w trans. Reżyserka „Między słowami”, jakby na przekór głośnej rzeczywistości celebrytów, robi film wyciszony, nie ekstrawagancki. Kadry są tu niekompletne, zawsze czegoś w nich brakuje. Obiektyw ustawiony jest zbyt blisko albo za daleko, żeby widz dostał pełen obraz. Wrażenie dystansu potęguje też oszczędna, przejmująca kreacja Stephena Dorffa. Dzięki temu nie ogląda się „Somewhere...” jak klipów z programu MTV All Access, „wpuszczającego” widzów za kulisy wielkich eventów. „Somewhere...” działa na podświadomość widza. W czasie seansu publiczność niemal przesiąka nudą codziennej egzystencji gwiazdora i poczuciem beznadziei.

Bo właśnie o tym jest ten film. O pustce i agresywności współczesnego świata. O presji, jaką na człowieka wywierają społeczeństwo, media, otoczenie. W jednej ze scen podziwiany i hołubiony aktor zostaje sam w czasie próby charakteryzacji do nowej roli. Siedzi z twarzą oblepioną lepką mazią. Ten zawód niesie nie tylko sławę, także upokorzenia.

Coppola pokazuje, jak silnie celebrycki system odziera z indywidualności i odbiera tożsamość. Jedna z najlepszych scen filmu rozgrywa się we Włoszech. Bohater odbiera nagrodę za całokształt twórczości. Na widowni siedzi jego córka. Gwiazdor sięga po mikrofon, chce powiedzieć coś od siebie, gdy zza kurtyny wychodzą półnagie tancerki w pióropuszach, a z głośników zaczynają płynąć szlagiery z lat 70. Ludzie nie chcą słuchać swoich idoli. Patrzą na nich jak na wielkie lalki. Nie interesuje ich prawda, wolą sami tworzyć ich wizerunek.

W „Somewhere” nie brakuje momentów zabawnych. Znakomicie podpatrzone są konferencje prasowe, rozmowy z dziennikarzami, pytającymi łamanym angielskim „Jak pan się czuje w słonecznej Italii?”, przemowy powitalne polityków „zaszczyconych przybyciem tak wspaniałego gościa”. Ale to nie jest film o Hollywood. Raczej o człowieku, który zagubił się w życiu. Na całym świecie traktowany jest jak półbóg, ale sława jeszcze bardziej oddala go od normalności. Rodzi alienację. Najbardziej przejmujące są sceny, w których Marco zostaje sam. Kiedy już wychodzą z jego hotelowego pokoju striptizerki albo dziewczyna, z którą spędził noc. I nagle okazuje się, że nie ma nic poza pustką. Mamy przed sobą samotnego faceta, który czuje, że ślizga się po powierzchni życia.

Somewhere. Między miejscamiCzy jest od tego ucieczka? Coppola bardzo delikatnie pokazuje powolne zbliżanie się ojca i córki. Nie ma tu żadnego katharsis ani entuzjastycznego rzucania się sobie w ramiona. Raczej przełamywanie lęku i nieśmiała próba wzajemnego zrozumienia. Uczciwego spojrzenia na siebie – na przekór szalonemu otoczeniu. Aktor powoli odkrywa, jak mało wie o własnym dziecku, jak dalece nie zna ani siebie, ani innych ludzi. Widzi, ile w życiu traci, jaką cenę płaci za sławę. Ale też Coppola nie jest naiwna, zbyt dobrze zna środowisko zgorzkniałych, zapitych gwiazd. Wie, że przez kryzysy przechodzi wiele osób, ale mało kto naprawdę zmienia życie.

Pewnie dlatego w „Somewhere” nie ma happy endu. Zakończenie pozostaje otwarte. Hollywood zna historie celebrytów, którym udało się przetrwać wiele dołków, aby znowu się wznieść. Ale też niedawno kraina snów płakała po jednym z najwybitniejszych artystów swojej generacji – Heathie Ledgerze. Filmowy Johnny Marco stoi jeszcze na rozdrożu.

Autor jest dziennikarzem tygodnika „Newsweek. Polska”

Somewhere
Reżyseria i scenariusz Sofia Coppola. Zdjęcia Harris Savides. Muzyka Phoenix. Wykonawcy Stephen Dorff (Johnny Marco), Elle Fanning (Cleo), Chris Pontius (Sammy), Karissa Shannon (Cindy), Kristina Shannon (Bambi). Produkcja American Zoetrope, Focus Features, Medusa Film. USA 2010. Dystrybucja Forum Film Poland. Czas 97 min

Krzysztof Kwiatkowski, Somewhere. Między miejscami, „Kino" 2011, nr 4, s. 71

© Fundacja KINO 2011

Zmieniony ( 01.04.2011. )