Martha Marcy May Marlene

MARTHA MARCY MAY MARLENE
KRZYSZTOF ŚWIREK

Film „Martha Marcy May Marlene” przyniósł Seanowi Durkinowi, debiutującemu w pełnym metrażu, nagrodę za reżyserię na festiwalu Sundance. Można powiedzieć, że dobrze świadczy to o festiwalu, który ponoć ostatnimi laty mocno obniżył poziom. Jeśliby sądzić po debiucie Durkina, z amerykańskim kinem niezależnym nie jest źle, przynajmniej od strony twórczej (inaczej może być z produkcją i dystrybucją, ale to inny temat).

ImageFilm jest historią kobiety, która po latach życia w zamkniętej społeczności na odludziu próbuje wrócić do normalności. W kierowanej przez charyzmatycznego guru komunie spędziła kilka lat, i z jakichś, początkowo nieznanych widzom powodów, postanowiła z nią zerwać. Szybko staje się jasne, że zerwanie nie będzie proste: dziewczyna zamieszka z kilka lat starszą siostrą i jej mężem, ale z różnych względów nie potrafi odnaleźć się w nowym życiu. Wciąż powracają traumy niedawnych doświadczeń – przemocy, kontroli i autorytarnej władzy mężczyzn tworzących w sekcie elitę władzy. Okazuje się także, że Martha wraz z oddaleniem się od komuny nie zostawia za sobą światopoglądu, który przez ostatnie lata kształtował jej rozumienie świata. Nie potrafi wrócić do życia, z którym zerwała wstępując do sekty; także dlatego, że nadal nie uważa go za wartość.

Cztery imiona z tytułu filmu odnoszą się do jego głównej bohaterki (granej przez Elizabeth Olsen). Marthą była w życiu, które niegdyś pozostawiła za sobą przystępując do grupy. W sekcie staje się Marcy May, bo tak zadecydował jej lider, Patrick (John Hawkes). Nie tylko nazwał ją na nowo, ale wyposażył w nową wizję siebie jako „nauczycielki i przywódczyni”, zdolnej pokonać ograniczenia narzucane przez masowe społeczeństwo. Lider grupy stopniowo buduje w niej nie tylko uległość wobec hierarchii i zasad społeczności, ale odporność i pewność wobec otaczającego świata. Wyjaśnia, że wartości, którym hołdują ludzie „tam”, w otaczającym ich świecie, są wartościami pozornymi, które szybko bledną wobec życia autentycznego, do którego klucz leży w zasięgu ręki, a dokładniej mówiąc – w zasięgu świadomości. Wystarczy tylko przemienić świadomość, otworzyć ją na to, co nieoczywiste.

W filmie Durkina pokazana jest nie tylko manipulacja, która autonomicznym jednostkom każe poddać się bez sprzeciwów zasadzie grupowego autorytetu. Pokazana jest przemoc zasad, kształtujących „świat na opak” członków sekty, także wiara, która pozostaje w młodej bohaterce filmu po zerwaniu ze społecznością. Chociaż Marcy May staje się na powrót Marthą, nie potrafi wyzbyć się pogardy dla zwykłego życia, nie potrafi na powrót przyjąć wartości, które jej siostrze i mężowi wydają się oczywiste, zgodne ze zdrowym rozsądkiem. Rozsądek Marthy okazuje się uformowany przez nauki religijnego guru do tego stopnia, że dziewczyna dosłownie niemal żyje już w „innym świecie” niż otaczający ją ludzie.

Podstawy tej pracy pedagogicznej lidera sekty leżą w wątkach amerykańskiej kontrkultury. John Hawkes fizycznie może przypominać Charlesa Mansona, ale najlepiej będzie jego wizerunek skojarzyć z całym szeregiem hipisowskich bardów, którzy głosili nędzę życia poddanego ideologii produkcji i konsumpcji. Odrzucenie wartości utylitarnych nie musi oczywiście prowadzić do szaleństwa przemocy ukazywanego w filmie. Ale może – zwłaszcza jeśli do standardowego sprzeciwu wobec życia skoncentrowanego na „mieć” dorzucić szczególny impuls moralnej wyższości. I przekonanie, że zło i dobro podlegają dowolnej definicji, jeśli tylko ową definicję dyktuje szczególny wgląd w przeznaczenie człowieka. Jedną z najlepszych scen filmu jest w tym kontekście rozmowa między Marcy May a Patrickiem, który wyjaśnia dziewczynie, dlaczego morderstwo dokonane przez grupę jest w istocie wyświadczeniem ofierze przysługi. Marcy May na tyle jest nadal „Marthą”, że zgodzi się ze swoim guru jedynie na poziomie logiki, w głębi ducha odczuwając wyrzuty sumienia.

Czy oznacza to, że film Durkina prowadzi nas do prostych wniosków: trzymajmy się uznanych wartości, bądźmy sceptyczni wobec ulepszaczy, krytykujących społeczeństwo w jego obecnym kształcie? Oczywiście nie. Gdyby tak było, nie moglibyśmy zrozumieć, dlaczego Martha „chciała” zostać Marcy May: pozostałoby tylko założenie, że była bardziej naiwna niż większość z nas. A takie zakładanie naiwności innych w istocie samo jest beznadziejnie naiwnym wyjaśnieniem. Tym bardziej, że w filmie otrzymujemy silną sugestię, iż Martha miała powód, by od swojej rodziny uciekać. Po wyjściu z sekty nie trafia zresztą do szczęśliwego świata. Dom i życie jej starszej siostry wydają się puste, małżeństwo – zaledwie poprawne, oparte na unikaniu konfliktów. Brakuje tam szczęścia, co Martha, w sekcie wyćwiczona w krytycznym spojrzeniu, z łatwością wytknie swoim nowym gospodarzom.

ImageOstatecznie twórcy filmu nie oferują rozwiązania. „Martha Marcy...” jest filmem zawieszającym pewne pytania i widzom zostawiającym całą resztę. Niedopowiedzeń tego typu nie powinno się chyba rozumieć jako wartości samych w sobie. Czasem są one prostym rozwiązaniem, mającym jedynie sugerować głębię „nierozwiązywalnych pytań”. W przypadku filmu Durkina zabieg ten jest w pełni usprawiedliwiony i uczciwy, po drodze bowiem nie spotykamy żadnych uproszczeń – otwarte zakończenie wydaje się koniecznością, a nie chwytem.

Najważniejszym, jak mi się wydaje, zarzutem, który wobec tego filmu można postawić, ściśle zresztą związanym z kluczowymi kwestiami opowieści, jest pewien anachronizm. Rodzą się podczas oglądania „Marthy...” pytania, czy aby na pewno ten typ krytyki społeczeństwa, przedstawiony w skrócie wyżej, jest obecnie najsilniejszym konkurentem społecznego „sensus communis”. Ideologia sekty przedstawionej u Durkina jest w istocie oparta niemal w całości nie tylko na etyce, ale także na estetyce kontrkultury lat 60. To osunięcie się o jedno pokolenie wstecz wydaje się symptomatyczne, jakby film opowiadał we współczesnym kostiumie historię sprzed lat.

Pytanie, które ja z kolei chciałbym więc wobec filmu pozostawić otwarte, brzmi: czy dzisiejsza sekta, na wzór tej z filmu, posługiwałaby się etosem autentyczności? Czy nie pobrzmiewałyby w niej inne tony: rozumu, naukowej formuły i programowania życia, dzięki którym nie uciekamy od rzeczywistości, ale właśnie lepiej jesteśmy do niej dostosowani? Czy najbardziej znane współczesne kulty (scjentolodzy, pop-kabała rodem z Hollywood itd.) nie są elitarystyczne, czy nie celują w publiczność możnych tego świata oferując im jeszcze lepszą sprawność w odnoszeniu sukcesu? Gdybyśmy mieli na te pytania odpowiedzieć twierdząco, czego nie chcę przesądzać, mogłoby się okazać, że debiut Durkina jest, owszem, filmem dobrym, ale w swojej istotnej treści spóźnionym co najmniej o parę dekad.

Martha Marcy May Marlene
Scenariusz i reżyseria Sean Durkin. Zdjęcia Jody Lee Lipes. Muzyka Daniel Bensi, Saunder Jurriaans. Wykonawcy Elizabeth Olsen (Martha), Brady Corbet (Watts), Hugh Dancy (Ted), John Hawkes (Patrick), Sarah Paulson (Lucy). Produkcja Fox Searchlight Pictures, Cunningham & Maybach Films, Filmhaven Entertainment, USA 2011. Dystrybucja Imperial Cinepix. Czas 102 min

Krzysztof Świrek, Martha Marcy May Marlene, „Kino" 2012, nr 1, s. 78-79

© Fundacja KINO 2012

Zmieniony ( 23.03.2012. )