Kuzyni

KUZYNI
PIOTR MIRSKI

Nostalgia w małych dawkach bywa lekarstwem, w dużych – narkotykiem. Może krzepić, może też prowadzić do marazmu i permanentnego odklejenia od codzienności. Najbardziej niebezpieczna – bo przynosząca srogi zawód – bywa jednak wtedy, kiedy ktoś próbuje skonfrontować rzeczywistość ze wspomnieniami o „starych dobrych czasach” i miejscach, gdzie trawa jest zieleńsza. „Kuzyni”, najnowszy film Daniela Sáncheza Arévalo, w żadnym stopniu nie korzystają z tej ambiwalencji. Jego bohaterowie postanawiają powrócić do miejsca, w którym się wychowali, a tam czeka na nich świat jakby zapisany na słonecznej fotografii z dzieciństwa. Sielski, anielski i życzeniowy.

ImageBohaterowie filmu to trzej kuzyni, a decydują się na wizytę w swojej małej ojczyźnie, ponieważ jednego z nich, Diego (Quim Gutiérrez), na dzień przed ślubem opuściła narzeczona. Historia zaczyna się w kościele. Diego, nie szczędząc intymnych szczegółów na temat własnej hydrauliki i pożycia przedmałżeńskiego, wyjaśnia gościom, czemu tego dnia będą nici z zabawy. Na miejscu zostają potem jego dwaj kuzyni, Julián (Raúl Arévalo) i José Miguel (Adrián Lastra), i tu zaczyna się seans samczej solidarności: alkohol, psychotropy, krzyki, łzy i klepanie po plecach. Razem szukają zastępczyni dla uciekającej panny młodej. Nagle pojawia się propozycja: Martina (Inma Cuesta), dawna miłość Diego. Szybko zapada decyzja o powrocie w rodzinne strony i próbie wznowienia romansu.

Na miejscu, w małym miasteczku, czeka na kuzynów lato. Słońce, woda i wieczny festyn. Niby minęło już trochę czasu, jednak wszystko w gruncie rzeczy zostało po staremu. Chociaż właściciel wideoteki się rozpił, to poza regularnym wskakiwaniem do wody nie robi pod wpływem alkoholu nic złego; grunt, że wciąż jest świetnym facetem i zna na pamięć datę powstania każdego filmu. Jego córka pracuje jako prostytutka, ale tego po niej nie widać; można odnieść wrażenie, że robi to tylko po to, żeby dokuczyć ojcu. Reszta to już dosłownie Disneyland: koncerty, karuzele, budki strzelnicze, fajerwerki wybuchające na tle bezchmurnego nieba. A pośród tego żyje Martina, może i wychowująca synka, ale samotna i piękna jak nigdy.

Chociaż cały świat przedstawiony ma w „Kuzynach” coś z wakacyjnego snu, to wątku relacji Diego i Martiny nie da się obronić nawet w kategoriach onirycznych. Bohater wchodzi w życie dziewczyny nie dość, że z butami, to z absurdalnymi deklaracjami świeżo reaktywowanej miłości. Na początku ma to jeszcze pewien urok i sens – ona jest równocześnie zaskoczona i mile połechtana; we dwoje odgrywają szczeniackie zaloty – ale kiedy na horyzoncie pojawia się ponownie narzeczona Diego, historia pruje się w szwach. Taki zwrot akcji mógł zwiastować krwisty hiszpański melodramat lub nawet grecką tragedię, jednak konflikt zostaje zagłaskany, anulowany, spuentowany kilkoma uśmiechami i jedną samotną łezką. Podobnie toczą się losy innych bohaterów: godzą się, odstawiają butelkę, jednemu udaje się nawet błyskawicznie przepracować wojenne traumy.

Ten świat wydaje się zbudowany z kauczuku. Nawet upadek nie przynosi w nim większego bólu. Tani optymizm rodem ze spotkania grupy niedoszłych samobójców i tony trudnego do strawienia lukru gryzą się ze sprawnością, z jaką „Kuzynów” nakręcono. Bohaterowie, chociaż jednowymiarowi, są umiejętnie skontrastowani i zagrani; we trójkę tworzą mały kalejdoskop męskich stereotypów. Diego to wieczny chłopiec, który podkochuje się w nauczycielkach i płacze w poduszkę, aby następnego dnia znaleźć nowy obiekt uczuć. Julián to wąsaty „macho in spe”, jeden z tych, którzy z dumą zabierają synów do burdeli, jeśli oczywiście mają synów i pieniądze na taką wycieczkę. Wreszcie José Miguel, człowiek złamany, z mózgiem zapchanym przez pigułki, oddający się jak niemowlę w ręce nadopiekuńczej dziewczyny.

Poszczególne sceny z ich udziałem mają pewien nerw i dowcip, ale, niestety, kiedy próbujemy wraz z twórcami złożyć je w większą całość, wychodzi na jaw, że trzymają się tylko na słabym kleju banałów. Tak było też w poprzednim filmie Arévalo, „Grubasach”, gdzie całe spektrum tematów – od nadwagi przez miłość po nieplatoniczny związek geja i heteroseksualnej kobiety – sformatowane zostało pod „lifestylowy” morał: trzeba akceptować samego siebie.

Image„Kuzyni” objawiają nadmiar nostalgii nawet jak na standardy przyjętej konwencji. Ową konwencję określa się w USA mianem „homecomingu – powrotu do domu”. I chociaż zrodzone z niej historie z definicji są krzepiące, to zazwyczaj niosą jakiś konflikt: trzeba pogodzić się z dawnymi znajomymi, wyjąć z pamięci ciernie, opatrzyć niezaleczone rany. „Kuzyni” to film tak lekki, że wznosi się ponad to; ponad truizm, że życie – nawet w kinie – nie może być nigdy w stu procentach bajką. W tej półtoragodzinnej sjeście nikt nie trafia na mur z napisem: „rzeczywistość”. Szkoda, że Arévalo, zanadto dbając o dobre samopoczucie bohaterów i widzów, stracił go z oczu.

Primos
Reżyseria i scenariusz Daniel Sánchez Arévalo. Zdjęcia Juan Carlos Gomez. Muzyka Julio de la Rosa. Wykonawcy Quim Gutiérrez (Diego), Inma Cuesta (Martina), Adrian Lastra (Jose Miguel), Antonio de la Torre (Bachi), Raúl Arévalo (Julian), Clara Lago (Clara), Nuria Gago (Yolanda), Alicia Rubio (Tonia), Marcos Ruiz (Dani). Produkcja  Mad Produccions, AXN, Atipica Films, TVE. Hiszpania 2011. Dystrybucja Vivarto. Czas 98 min

Piotr Mirski, Kuzyni, „Kino" 2012, nr 7-8, s. 88

© Fundacja KINO 2012

Zmieniony ( 13.07.2012. )