Gdzie jest Nemo

GDZIE JEST NEMO
ARTUR ZABORSKI

ImageW potocznym języku krytyki filmowej istnieje kategoria, którą najprościej można określić mianem „starości”. „Zestarzał się” to termin, jakim naznaczamy filmy, które przy ponownym oglądaniu okazują się nieść nieaktualne treści, bądź odziane są w nieświeżą formę. Kiedy zastanawiamy się, które obrazy starzeją się najszybciej, na myśl od razu przychodzą te z gatunku science-fiction. Specjaliści od efektów specjalnych nieustannie muszą zaskakiwać widzów nową jakością. Dekada w tym gatunku to jak wiek w innym.

Podobnie jest z animacjami. Ich forma bardzo szybko pokrywa się kurzem, chociaż uniwersalna najczęściej treść pozostaje długo atrakcyjna. W dobie wyścigu wielkich studiów animacyjnych, na początku którego niezmiennie biegnie Pixar, animacje ulegają przyspieszonej erozji. W latach 90. na widzach robiły wrażenie wygibasy szeryfa z „Toy Story”, w pierwszej dekadzie XXI wieku zachwycaliśmy się podwodnym światem, którego nieruchomi i mobilni mieszkańcy z Nemo na czele podrygiwali wraz z ruchem wody. Ostatnio przecieraliśmy w kinie oczy ze zdumienia, patrząc na układane przez wiatr włosy – każdy z osobna! – Meridy Walecznej. Choć dzisiaj wydaje się to szczytem możliwości animatorów, za kilka lat przekonamy się pewnie, że potrafią ustawić poprzeczkę jeszcze wyżej. Jeśli tak, należy się zastanowić, dlaczego dystrybutorzy proponują nam ponowne spotkanie z bohaterami „Gdzie jest Nemo”. Sceptyk będzie podejrzewał skok na kasę, optymista – ponadczasową wartość treści. Prawda leży, jak zwykle, pośrodku.

17 lat temu w „Toy Story” wśród tradycyjnych zabawek pojawił się znienacka nowoczesny robot Astro. Dziś można potraktować go jako symbol nowej animacji (film Johna Lassetera był pierwszym wykonanym w 100% przy użyciu techniki komputerowej) i antycypację kierunku przemian jej bohaterów. Kolejna dekada była bowiem dla rozwoju tego gatunku tym, czym dla rozwoju społeczeństwa wiek pary i elektryczności. Filmy animowane zaczęły starzeć się szybciej, a postaci wychodzić z ekranu. Nie mam tu na myśli technologii 3D, na tę przyszło jeszcze trochę poczekać, tylko zakrojoną na szeroką skalę akcję marketingową. Bohaterowie filmów na sklepowych półkach upostaciowali się jako maskotki i figurki, a ich podobizny zdobiły szereg gadżetów. To prawda, takie akcje bywały też wcześniej – przypomnijmy sobie choćby plecaki, koszulki, nalepki, a nawet soczki i gumy do żucia z Kaczorem Donaldem. Jednak obecna na nich disneyowska postać to już raczej fenomen popkultury, któremu nie grozi „zestarzenie”. Twórcy, czy może raczej producenci nowej animacji musieli natomiast znaleźć kamień filozoficzny, który pomoże im zatrzymać czas. Niezwykle pomocny w tej kwestii okazał się rynek DVD i Blue-ray, który pozwolił na wielokrotne powracanie do polubionych postaci, bez straty jakości nośnika, charakterystycznej dla VHS-ów.

Tym, którzy mają „Gdzie jest Nemo” w domowej filmotece, należy się ostrzeżenie: możecie spokojnie odpuścić sobie ponowną projekcję w kinie – konwersja do trójwymiaru to niestety pic na wodę. W tym wypadku podbita cena biletu nie przekłada się na podwyższoną jakość dzieła. Natomiast ci, dla których będzie to pierwsze spotkanie z animacją Andrew Stantona i Lee Unkricha, już powinni rezerwować bilet na seans. Bowiem „Gdzie jest Nemo?” nie uległo korozji. Poza interesującą treścią, humorem i warsztatem, o których napisano już chyba wszystko w roku „pierwszej” premiery, dowodzi tego także chlubne połączenie światowych tendencji animacji, która albo próbuje zbliżyć się do rzeczywistości (czego najlepszym przykładem moda na „animowane dokumenty”, jak „Walc z Baszirem”, „Persepolis” czy nasza „Droga na drugą stronę”), albo idzie w stronę inteligentnej rozrywki (tetralogie „Shrek” i „Epoka lodowcowa”, trylogia „Madagaskar”). Przed przystąpieniem do realizacji filmu twórcy „Nemo” przestudiowali szereg podręczników oceanografii i odwiedzili multum oceanariów. Zachowania błazenków, idolków mauretańskich i pokolców królewskich, które oglądamy na ekranie, są w dużej mierze odbiciem tych rzeczywistych. Ten animowany film przyrodniczy we właściwych proporcjach uzupełniono o dość prostą fabułę o uprowadzonej rybce, na ratunek której ruszają inne, oraz szereg „one-linerów”.

ImageJest jeszcze jedna kwestia, która zwraca uwagę po latach – antagonizm pomiędzy światami ludzi i ryb. Zło do oceanu przychodzi z tego pierwszego. Zaślepieni żądzą zysku ludzie nie potrafią dostrzec magiczności tego miejsca, toczącego się tam życia, jego baśniowości. Obraz Andrew Stantona i Lee Unkricha można więc czytać także jako manifest postulujący powrót do tego, co baśniowe. Złem płynącym od żądnego zysku człowieka będzie niewiara w magię innego świata – choćby oceanu, a metaforycznie właśnie baśni. Manifest ten kilka lat później powtórzyli bohaterowie innego filmu z tej samej wytwórni – „Toy Story 3” zdruzgotani faktem, że ich właściciel nie chce się już nimi bawić. Dorosłość, a więc poniekąd wdrożenie w machinę zarabiania pieniędzy, dokonujące się na kolejnych szczeblach edukacji, stała się ostatecznym zabójcą wiary w magię zabawek i baśni.

Abrakadabra, czary i magia pozostają dziś domeną partyzantów, jak seria z Dzwoneczkiem w tytule. Jednak w ostatnim utworze Pixara – „Meridzie Walecznej” – naszpikowanym szczegółami z epoki, tytułowa bohaterka musi zdjąć z matki złe zaklęcie. Czyżbyśmy zatęsknili za dziedzictwem braci Grimm? Pojawiające się na ekranie wariacje na temat „Królewny Śnieżki” potwierdzają tę hipotezę. Nie zdziwiłbym się, gdyby powrót do baśniowości miał okazać się próbą odreagowania skutków kryzysu, jak niegdyś filmy z Kaczorem Donaldem. Czy w tę stronę pójdą twórcy w drugiej części „Nemo”? Przekonamy się w 2016 roku. Jedno jest pewne – kryzys, nie-kryzys, bez maskotek i serii gadżetów na pewno się nie obejdzie.

Finding Nemo 3D
Reżyseria Andrew Stanton i Lee Unkrich. Scenariusz Andrew Stanton, Bob Peterson, David Reynolds (na podst. historii Andrewa Stantona). Muzyka Thomas Newman. Zdjęcia Jeremy Lasky, Sharon Calahan. Polski dubbing Krzysztof Globisz, Olaf Lubaszenko, Joanna Trzepiecińska, Grażyna Wolszczak. Produkcja Walt Disney Pictures, USA 2012. Dystrybucja Disney. Czas 101 min

Artur Zaborski, Gdzie jest Nemo?, „Kino" 2012, nr 11, s. 72-73

© Fundacja KINO 2012

Zmieniony ( 16.11.2012. )