Mistrz

MISTRZ
BARTOSZ ŻURAWIECKI

Podobno w Ameryce zawrzało, podobno twórcom grożono śmiercią, podobno widzowie, zwabieni obietnicą skandalu, ruszyli tłumnie do kin. Wszystko dlatego, że nowy film Paula Thomasa Andersona ma stanowić zakamuflowaną biografię L. Rona Hubbarda, założyciela kościoła scjentologicznego, do którego należą gwiazdy Hollywoodu. Nie znam się na wierzeniach scjentologów, nie bardzo mnie interesuje historia tego ruchu, spieszę więc donieść, że bez problemu da się obejrzeć „Mistrza” abstrahując od doraźnego kontekstu. To nie są wewnętrzne rozrachunki szołbiznesu. To kontemplacyjna opowieść o tym, że rozum i instynkty potrzebują siebie nawzajem.

ImageWłaśnie dobiegła końca II wojna światowa. Freddie Quell (Joaquin Phoenix), który świetnie czuł się w kompanii braci strzelających do „żółtków”, teraz nie może znaleźć sobie miejsca. Freddie to nie jest skomplikowany typ faceta. Wręcz przeciwnie. Zaczepny, agresywny, autodestrukcyjny, wielbi wódę i żeńskie organy płciowe. Próbuje się po wojnie ustatkować, zakłada jakiś biznes, znajduje sobie kobietę... Wszystko na nic. Nie potrafi zakotwiczyć się w żadnym racjonalnym porządku.

W czasie jednej z pijackich wędrówek Freddie trafia na statek, na którym rezyduje Lancaster Dodd (Philip Seymour Hoffman). Ten dobrze ubrany guru głosi jakieś mętne koncepty będące połączeniem modnych wówczas teorii – psychoanalizy i reinkarnacji. Wraz z całą świtą wędruje od miasta do miasta, zatrzymując się przeważnie w willach bogatych, egzaltowanych dam, które hojnie łożą na działalność Mistrza. Freddie szybko staje się kimś w rodzaju ochroniarza Dodda – inaczej mówiąc, wali po pysku każdego, kto odważy się skrytykować jego nauki.

Plebejusz zmanipulowany przez wygadanego hochsztaplera? Anderson robi wszystko, by wymknąć się z tego prostego schematu. Freddie i Lancaster na przemian przyciągają się i odpychają. Dodd oficjalnie krytykuje siłowe rozwiązania Quella, ale naprawdę imponuje mu bezpośredniość chłopaka. Freddie chce przyswoić sobie mądrości i metody Mistrza, jednak nadal widzi wszędzie gołe baby. Nietrudno też dostrzec w ich relacjach miłosną, a nawet erotyczną fascynację niższego wyższym i wyższego niższym (kłania się Gombrowiczowski „parobek”). Na przeszkodzie w połączeniu tych przeciwieństw stoi żona Dodda, Peggy (Amy Adams), surowa strażniczka cnót męża, a także dwór zazdrosny o względy, jakie przywódca okazuje nieokrzesanemu dzikusowi.

„Mistrz” stanowi dla mnie trawestację Szekspirowskiej „Burzy”, przynajmniej wątku Prospera i Kalibana. Kaliban wcale nie jest tutaj więźniem Prospera. Zachowuje swą wolność, wolność popędów. Ma jej więcej niż zakleszczony w garniturze i teoretycznych rozważaniach mędrzec. De facto barbarzyńca jest bardziej potrzebny myślicielowi (chociażby jako ów brutalny „bodyguard”) niż myśliciel barbarzyńcy. Wpisuje się to zresztą w naczelny „topos” twórczości Andersona, za jaki uznać można – począwszy od „Boogie Nights” – zmaganie z autorytetem, często stawianym w dwuznacznym świetle.

W baśniową interpretację pchają „Mistrza” także zdjęcia Mihaia Malaimare’a Jr. (znanego dotąd głównie z wystylizowanej oprawy wizualnej ostatnich dzieł Francisa Forda Coppoli). Film otwiera sekwencja przedstawiająca idylliczne krajobrazy wysp Pacyfiku. Ale i później pieczołowicie otworzona Ameryka przełomu lat 40. i 50. XX wieku wygląda niczym kraina ze snu czy raczej z transu, w jaki próbuje wprowadzić słuchaczy Dodd.

ImageJednakże właśnie słabość tytułowego bohatera dzieli „Mistrza” od spełnienia. Zwierzęciu w ludzkiej skórze, zagranemu sugestywnie przez bełkoczącego pod nosem Phoenixa, o zamroczonym alkoholem wyrazie twarzy, zostaje bowiem przeciwstawiony mięczak. Seymour Hoffman świetnie pasuje do ról nieatrakcyjnych fizycznie osobników, którzy różnymi sposobami starają się pokryć kompleksy wynikające chociażby z ich pospolitego wyglądu. Ale Doddowi – który chce być zarówno intelektualistą, jak i szołmenem – brakuje charyzmy jednego i drugiego. W gruncie rzeczy więc od prostaczka Freddiego różni go głównie fasada dobrych manier.

Wyrafinowana reżyseria i podniosła muzyka Jonny’ego Greenwooda umiejętnie markują głębię. Więcej jednak w filmie Andersona ładnych obrazków niż przenikliwych obserwacji.

The Master
Reżyseria i scenariusz Paul Thomas Anderson. Zdjęcia Mihai Malaimare Jr. Muzyka Jonny Greenwood. Wykonawcy Joaquin Phoenix (Freddie Quell), Philip Seymour Hoffman (Lancaster Dodd), Amy Adams (Peggy Dodd), Laura Dern (Helen Sullivan). Produkcja The Weinstein Company, Ghoulardi Film Company, Annapurna Pictures. USA 2012. Dystrybucja Gutek Film. Czas 137 min

Bartosz Żurawiecki, Mistrz, „Kino" 2012, nr 11, s. 65

© Fundacja KINO 2012

Zmieniony ( 02.08.2013. )