Sugar Man

SUGAR MAN
JAN TOPOLSKI

Historia tak niewiarygodna, że musi być prawdziwa. Lata 80., RPA: protest songi niejakiego Rodrigueza stają się hymnem opozycji wobec apartheidu. Wszyscy znają słowa na pamięć, płyty w kilku reedycjach rozchodzą się w kilkuset tysiącach egzemplarzy. Dwóch pasjonatów – właściciel sklepiku muzycznego i muzykolog z detektywistycznym zacięciem – postanawia dowiedzieć się, kim właściwie był Rodriguez i dlaczego słuch o nim zaginął. Późne lata 60., USA: młody budowlaniec, trochę włóczęga, trochę buntownik, śpiewa po barach Detroit o niesprawiedliwości życia. I choć producenci liczący na spieniężenie samorodnego talentu nagrywają mu dwa albumy, to sprzedają się one w pojedynczych egzemplarzach, a sam muzyk popełnia spektakularne samobójstwo na scenie. Czy aby na pewno?

ImagePoczątek XXI wieku, Szwecja: reżyser Malik Bendjelloul odchodzi z chałtury w telewizji i rusza w świat, by znaleźć inspirację do filmu. Po pół roku podróży i odwiedzeniu kilkunastu krajów natrafia w RPA na historię tak niewiarygodną, że... UWAGA! Tej recenzji naprawdę nie da się napisać bez zdradzenia głównego zwrotu akcji. Oto w połowie filmu i w połowie lat 90., dwaj wspomniani zapaleńcy – Craig Bartholomew-Strydom i Stephen „Sugar Man” Segerman – za pomocą raczkującego internetu odnajdują Sixto Rodrigueza i sprowadzają go na serię triumfalnych koncertów na wyprzedanych stadionach. Autor filmu tak to zręcznie opowiada, że choć materiał zdjęciowy powstawał kilkanaście lat później, to przez użycie w wywiadach prostego czasu przeszłego i dynamicznego tempa mamy poczucie, że na bieżąco śledzimy ciepły jeszcze trop zaginionego barda.

Kim był zatem Sixto Rodriguez i co się z nim stało? Prostym robotnikiem meksykańskiego pochodzenia, pracującym na ciężkich budowach i rozbiórkach w Detroit? Amatorskim gitarzystą występującym w podupadłym barze The Sewer By The Sea, który w końcu nagrał w latach 1969-1970 dwie płyty, „Cold Fact” i „Coming from Reality”? Opiekuńczym ojcem, który mimo ubogiego mieszkania i braku telefonu, zabierał córki do muzeum i czytał klasyczną literaturę? Zbuntowanym bardem uprawiającym „filozoficzny folk-soul Motown”, politycznie zaangażowanym aż do startu w wyborach na burmistrza? Nieznanym Bobem Dylanem, którego niektórzy słuchacze ustawiają w jednym rzędzie z Elvisem Presleyem i Rolling Stones?

Pewnie wszystkim po trochu, ale przede wszystkim – mitem i zagadką. Zarówno dla fanów z RPA, jak i historyków muzyki popularnej wciąż poszukających zapoznanych rewolucjonistów czy brakujących ogniw. Zgodnie z legendą, Rodriguez musiał zginąć młodo i samobójczo, i to jeszcze na scenie… Ale tę legendę rozwiewa bezlitosna rzeczywistość show businessu, który jednych wynosi na wyżyny sławy, a innych wtrąca w otchłanie niepamięci. Tę rzeczywistość reprezentuje splątana siatka firm, użyczających sobie licencji, od amerykańskich Sussex Records przez brytyjskie Clarence Avant po południowoafrykańskie labele dokonujące reedycji. Oczywiście, Rodriguez nic o swej sławie w Afryce nie wiedział, nie wspominając o jakichkolwiek profitach…

Film Bendjelloula wpisuje się w modną obecnie tendencję fabularyzowanych dokumentów, flirtujących z gatunkami, takimi jak thriller czy kryminał. Przykładem choćby „Imposter” Barta Laytona (USA 2012) o notorycznym oszuście, który wmawia obcej rodzinie, że jest jej zaginionym przed laty synem – sensacyjnie opowiedziany w serii inscenizacji i retrospekcji. Po konkursie muzycznym IDFA w Amsterdamie widać jak bardzo popularne stają się historie o ponownych odkryciach zapomnianych zespołów. W roku 2011 zwyciężyły tam „Last Days Here” Dona Argotta i Demiana Fentona o tragicznych losach frontmana niegdyś prekursorskiego Pentagramu, a w roku 2012 – właśnie „Sugar Man”.

Te fabularne chwyty z kina gatunkowego – beznadziejny koniec i ratunek w ostatniej chwili, przebłyski intuicji i niespodziewane zwroty śledztwa, niesprawiedliwa nędza i zasłużony, choć spóźniony tryumf – poważnie zmieniają dokument. I to obosiecznie: z jednej strony, wiele osób mocniej przeżywa tak podaną historię, co potwierdza fakt zdobycia przez „Sugar Mana” nagród publiczności na festiwalach Sundance, w Nowym Jorku, Los Angeles i Melbourne. Z drugiej, niektórzy podejrzliwie odbierają tak zainscenizowaną i ustawioną rzeczywistość, traktując owe sfabularyzowane dokumenty niemalże jako mockumenty.

ImageTak czy siak, filmowi można wróżyć spore zainteresowanie także w Polsce, biorąc pod uwagę rodzimą popularność takich bardów jak Leonard Cohen, Bob Dylan czy Neil Young. Czy nazwisko Sixto Rodrigueza powinno się wymieniać jednym tchem wraz z nimi, każdy niech rozstrzygnie sam. We mnie wciąż rozbrzmiewają jego melancholijne bluesowe ballady wyśpiewane mocnym, charakterystycznym głosem. A zwichrowana historia jego kariery skłania do rozważań o dzisiejszej, coraz bardziej zglobalizowanej, a jednocześnie zapatrzonej w przeszłość kulturze, tak trafnie zdiagnozowanej przez Simona Reynoldsa w jego książce „Retromania: Pop Culture’s Addiction to its Own Past”.

Sugar Man
Reżyseria Malik Bendjelloul. Zdjęcia Camilla Skagerström. Muzyka Rodriguez. Wykonawcy Rodriguez, Steve Segerman, Dennis Coffey, Mike Theodore, Dan DiMaggio. Produkcja Red Box Films, Passion Pictures. Szwecja – Wlk. Brytania 2012. Dystrybucja Gutek Film. Czas 86 min

Jan Topolski, Sugar Man, „Kino" 2013, nr 02, s. 77

© Fundacja KINO 2013

Zmieniony ( 22.02.2013. )