W imię...

W IMIĘ...
PIOTR ŚMIAŁOWSKI

Małgorzata Szumowska i jej operator Michał Englert, autorzy scenariusza „W imię...”, opowiedzieli historię księdza, który w małej miejscowości prowadzi ośrodek dla tzw. trudnej młodzieży. Wymyślając tę postać, zdecydowali się na najbardziej skomplikowany jej wariant: ksiądz jest gejem, a jednocześnie alkoholikiem. Ksiądz-homoseksualista, ksiądz-alkoholik – te połączenia są już od lat hasłami-kluczami w dyskusji o kondycji polskiego kapłaństwa, które niewątpliwie przeżywa kryzys.

ImageSzumowska nie nakręciła filmu o kapłaństwie, ale zdołała mimo to pokazać, czym mógłby być stan duchowny, gdyby towarzyszyła mu autentyczna otwartość i próba dyskusji o tym, co przeżywają księża – dyskusji z udziałem Kościoła. Trudno powiedzieć, co będą czuli ci widzowie filmu „W imię...”, dla których dzisiejszy kształt tej instytucji jest aksjomatem. Być może nawet go nie obejrzą. Ale paradoksem, wobec którego trudno byłoby im chyba przejść obojętnie, a który eksponuje Szumowska, jest to, że ksiądz-gej właśnie poprzez to, jaki jest i co w związku z tym przeżywa, jest bardzo dobrym księdzem. Wie, że z punktu widzenia przepisów kościelnych jest jakby automatycznie poza nawiasem, wie, ile cierpienia przyniosła mu swego rodzaju podwójna moralność. A mimo to właśnie w jego przypadku najtrafniejsze wydają się takie określenia jak: powołanie czy misja. To, w jaki sposób grający tę postać Andrzej Chyra mówi w kościele do wiernych, przywodzi na myśl człowieka, które wie coś więcej. Wygłasza kazanie, które jednocześnie kazaniem nie jest. W efekcie po prostu chce się go słuchać.

W dość zachowawczym kinie polskim widok księdza-geja na ekranie wywołuje wciąż rodzaj poruszenia. Jakby do oficjalnego obiegu, jakim jest w tym przypadku rodzime kino, przedostawała się skrzętnie skrywana informacja, obecna dotąd raczej w tekstach prasowych. Przełamanie tej bariery nie byłoby jednak tak ważne, gdyby „W imię...” pozostało filmem bazującym tylko na tym nowym obrazie postaci kapłana. Lecz orientacja seksualna księdza jest tu tylko pewnym motywem, skłaniającym do tego, by sięgnąć dużo głębiej. Szumowska opowiedziała na dobrą sprawę o meandrach psychiki człowieka, który przez całe życie musi zaprzeczać swojej tożsamości.

Wydawałoby się, że ucieczka przed tym, kim się jest naprawdę, musi nie tylko skończyć się fiaskiem, ale zawiera konieczność funkcjonowania w pewnym fałszu. Tak jest i tutaj, chociaż próżno by szukać w filmie momentu jednoznacznie potwierdzającego tę tezę. Szumowska pokazuje, jak działa człowiek w momencie, gdy ma jeszcze nadzieję – lub dzięki czemuś na nowo ją zyskał – że ta ucieczka się uda, że można zapanować nad swoim prawdziwym „ja”.

Ksiądz Adam jest niezwykle prężnym organizatorem ośrodka, ma pomysł, jak młodym chłopakom, którymi się opiekuje, przybliżyć pewne wartości, wierząc, że w pewnym momencie sami dostrzegą w tych prawdach jakiś sens. Wszystko to, co osiągnął jako człowiek i duchowny – a osiągnął niemało – zawdzięcza temu, że próbując samemu wobec siebie zaprzeczyć, że jest gejem, miał niebywałą motywację do działania – jakby chciał odpracować swoją niezawinioną winę. I właśnie ten skomplikowany splot okoliczności doprowadza do tego, że jest bardzo dobrym księdzem.

Szumowska pokazuje go jako kogoś, kto w pewnym momencie został z problemem swojej tożsamości raz na zawsze sam. Ksiądz Adam traktuje absolutnie serio zasadę czystości w relacjach z innymi ludźmi i konieczność utrzymania tajemnicy o swoim ja. Alkohol był właściwie jedyną słabością, na jaką sobie kiedyś pozwalał. Jego alkoholizm pozwala jednak naprawdę zrozumieć, z kim mamy do czynienia: z człowiekiem niezwykle silnym, który zmagając się z dwiema immanentnymi cechami swojej osobowości – a więc uzależnieniem i orientacją seksualną – przez długi czas był w stanie je okiełznać. Nie ma jednak sposobu, by coś ukrywanego przez lata, co gromadzi w człowieku tyle frustracji, w końcu nie wybuchło.

Znamienny jest właśnie ten moment, gdy w księdzu Adamie wybucha jego prawdziwe ja. Biskup daje mu pośrednio do zrozumienia, że zna jego tajemnicę, przenosi go do innej parafii, a niechcianą prawdę zamiata pod dywan. W tych fragmentach filmu Szumowska jest szczególnie ostra: pokazuje misterną grę milczenia, gdzie nie ma miejsca na żaden ludzki odruch. Filmowy hierarcha kościelny milczy, podobnie jak milczą prawdziwi hierarchowie wobec podobnych kontrowersyjnych spraw. Wydaje się, że jest to ten moment filmu, gdy widz może osiągnąć największe zrozumienie dla tragedii księdza Adama: jego starania i wewnętrzna walka, którą przez długi czas zwycięsko prowadził, nie mają znaczenia. Nigdy nie zostanie zaakceptowany. I właściwie nie ma już po co zaprzeczać nawet przed sobą, kim jest. Wtedy jak refren powraca refleksja: jak inny mógłby być stan duchowny, gdyby towarzyszyła mu autentyczna otwartość i próba dyskusji o tym, co przeżywają księża.

ImageSzumowska, która opowiada „W imię...” z perspektywy księdza Adama, doświadczonego mężczyzny w średnim wieku, w pewnym momencie tę perspektywę przełamuje na rzecz młodego chłopaka, który fascynuje księdza i przed którym decyduje się on otworzyć. W chłopaku można dostrzec alter ego księdza. Taki mógł być przed laty, podobnie się zachowywać i podobnie przeżywać prawdę o swoim ja. Poprzez zmianę perspektywy opowiadającego i pokazanie podobieństw między tymi postaciami Szumowska buduje dojmujące wrażenie błędnego koła: chłopaka czeka prawdopodobnie taki sam los jak księdza Adama. Wydaje się z tym już nawet pogodzony. Finał filmu można w pierwszej chwili uznać za zbyt przerysowany, publicystyczny, a jednak, żeby „W imię...” w pełni wybrzmiało, finał taki właśnie musi być. Zawiera się w nim bowiem odwieczna chęć ukrycia tego, co nie akceptowane. Ceną jest własna wolność.

W czołówce filmu pod hasłem „reżyseria” napisane jest: „Małgośka Szumowska”. Reżyserka tak właśnie podpisuje swoje filmy. W każdym z nich jest coś niepokornego, zadziornego czy wyzywającego, co właśnie z formą „Małgośka” nieodparcie się kojarzy. Ale „W imię...”, choć także podejmuje temat niełatwy, ma w sobie ten rodzaj dojrzałości, dopracowania i powagi, że – wbrew reżyserce – trudno w tym dostrzec „Małgośkę”. To jest już raczej Małgorzata Szumowska.

W imię...
Reżyseria Małgośka Szumowska. Scenariusz Małgośka Szumowska, Michał Englert. Zdjęcia Michał Englert. Muzyka Paweł Mykietyn, Adam Walicki. Wykonawcy Andrzej Chyra (ksiądz Adam), Mateusz Kościukiewicz (Łukasz), Maja Ostaszewska (Ewa), Łukasz Simlat (Michał), Tomasz Schuchardt (Adrian) Produkcja Mental Disorder 4 – Shot Szumowski – Zentropa International Poland – Canal+ Polska. Dystrybucja Kino Świat. Czas 101 min

Piotr Śmiałowski, W imię..., „Kino" 2013, nr 09, s. 64-65

© Fundacja KINO 2013

Zmieniony ( 21.09.2013. )