Droga do zapomnienia

DROGA DO ZAPOMNIENIA
ELŻBIETA KRÓLIKOWSKA-AVIS

Czekałam na ten film. Przede wszystkim dlatego, że podejmuje temat w Europie bardzo mało znany. A po „Moście na rzece Kwai” Davida Leana i po „Imperium słońca” Stevena Spielberga poprzeczka została ustawiona tak wysoko, że podświadomie można było się spodziewać kolejnego arcydzieła.

ImageLecz arcydzieło się nie pojawiło. Powstała dziwaczna hybryda, złożona z politycznej poprawności i brytyjskiej traumy wojennej, przywiezionej z dalekich frontów Azji Południowo-Wschodniej. Najpierw wydobywająca gdzieś z mroków podświadomości indywidualnej i narodowej wspomnienia o tchórzliwym poddaniu Singapuru, zbombardowaniu przez Japończyków australijskich miast Darwin i Townsville, o japońskich obozach jenieckich, budowie „kolei śmierci”, bitwie o Midway – a potem próba zanurzenia tego wszystkiego w mrokach niepamięci. Polski tytuł „Droga do zapomnienia” świetnie podchwycił tę, niekoniecznie zamierzoną, ambiwalencję filmu Jonathana Teplitzky’ego.

Grudzień 1941 roku: atak na Pearl Harbour, Japonia przystępuje do działań wojennych. Luty 1942: pada Singapur, następuje exodus ludności cywilnej, głównie Brytyjczyków, zamieszkujących kolonie, do obozów pracy, tak przejmująco pokazany przez Spielberga w „Imperium słońca”. Wojskowi kierowani są na północny wschód, gdzie Japończycy zamierzają budować nową linię kolejową Bangkok – Rangun, która ma odegrać kluczową rolę w okupacji Birmy i planowanej eskalacji działań wojennych na Indie. Skraca bowiem drogę zaopatrzenia dla japońskich oddziałów.

Teplitzky koncentruje się na grupie brytyjskich jeńców wojennych, żołnierzach i oficerach, którzy wagonami towarowymi transportowani są przez sześć dni w okolice dzisiejszego Kanchanaburi w Tajlandii. Jednym z nich jest młody oficer Eric Lomax, który jakimś cudem ze znalezionych części składa radio, aby słuchać newsów BBC ze wszystkich frontów wojny. Radio zostaje przechwycone przez Japończyków, co staje się przyczyną tragicznych wydarzeń, których wspomnienia przez dekady będą ścigać Lomaksa.

To jedna płaszczyzna czasowa, którą proponuje Teplitzky. Oto druga: powojenna Wielka Brytania, weteran Eric Lomax, kolekcjoner pamiątek kolejowych, spotyka w pociągu – motyw kolei przewija się przez cały film – swoją przyszłą żonę Patti. Ale trauma po zdarzeniach, jakich był świadkiem na Dalekim Wschodzie, komplikuje mu życie, a wręcz uniemożliwia porozumienie z nowo poślubioną żoną. W nocnych koszmarach wciąż pojawia się niebezpieczna dżungla, śmiercionośne słońce, potworny głód, tortury i okrucieństwo strażników, zwłaszcza sadysty Takashi Nagasego. Pewnego dnia przyjaciel z tamtych czasów przynosi Erikowi gazetę z informacją, że Japończyk Nagase nie tylko żyje, nie tylko nie został osądzony przez trybunał jako zbrodniarz wojenny, ale pracuje jako przewodnik muzeum w Kanchanaburi. Oprócz gazety bohater dostaje także wojskowy nóż ze słowami: „Musisz tam jechać. Przynajmniej jeden z nas będzie miał szansę na sprawiedliwość”.

Eric przybywa więc do Kanchanaburi, gdzie spotyka swojego oprawcę. I tu zaczynają się moje wątpliwości, których wcale nie zmniejsza fakt, że cała ta historia wydarzyła się naprawdę. Film pokazuje heroizm Brytyjczyków i horror, jaki przeżyli w japońskiej niewoli. A także próbę odkupienia winy przez gest jednego człowieka. Oczywiście, trudno kwestionować fakty, ale można zakwestionować indywidualne ludzkie wybory, zwłaszcza kiedy przez reżysera zostają pokazane jako wzorzec do naśladowania, swoisty manifest moralny i polityczny. Okazuje się, że nie jestem w tych wątpliwościach odosobniona, bo oto jak przesłanie filmu skomentował profesor Philip Towle, specjalista z uniwersytetu w Cambridge: „Nie mam obiekcji co do sposobu pokazania cierpień brytyjskich jeńców wojennych, ale mam za generalizację ich powojennych zachowań. A już ostatnie spotkanie oprawcy i jego ofiary zmienia dramatycznie wymowę filmu”.

Ta ostatnia rozmowa Brytyjczyka Erika Lomaksa i Japończyka Takashi Nagasego stawia mnie – i jak widać, nie tylko mnie – w sytuacji mało komfortowej. Po prostu nie jestem pewna szczerości, wiarygodności, a i sensowności końcowego przesłania „Drogi do zapomnienia”. Bo czy na pewno okrucieństwo Amerykanów w 1945 roku w stosunku do narodu japońskiego wyrównuje okrucieństwo Japończyków w stosunku do ludności cywilnej i żołnierzy brytyjskich po poddaniu Singapuru? Znosi? Równoważy? Dlaczego zatem doszło jednak do rozpraw przed trybunałem niemieckich, a i japońskich zbrodniarzy wojennych? Czy niewyobrażalne zło, wyrządzane sobie wzajemnie przez narody, można skasować do „punktu zerowego”? I kto ma podjąć decyzję, że oto już, teraz, sprawiedliwości stało się zadość?

ImageW planie jednostkowym może to zrobić jeden człowiek, ale czy reżyser ma prawo czynić z tego symbol, uogólnienie, rodzaj moralno-politycznego manifestu? Moim zdaniem – nie. Poza tym, autorzy filmu nastroili się na tak wysokie tony, że zapomnieli o narracji, która grzeszy rozwlekłością, deklaratywnością i brakiem dynamizmu. Dostajemy ogólnikowe, gładkie dialogi, z których przy obróbce ideologicznej najwyraźniej uszło życie. I nawet całkiem niezła gra Colina Firtha i Nicole Kidman nie jest w stanie filmu uratować.

The Railway Man
Reżyseria Jonathan Teplitzky. Scenariusz Frank Cottrell Boyce, Andy paterson na podstawie książki Erica Lomaksa. Zdjęcia Garry Philips. Muzyka David Hirschfelder. Wykonawcy Colin Firth (Eric Lomax), Nicole Kidman (Patricia Wallace), Hiroyuki Sanada (Nagase), Stellan Skarsgaard (Finlay). Produkcja Archer Street Productions, Latitude Media, Lionsgate, Thai Occidental Productions. Australia – Wlk. Brytania 2013. Dystrybucja Forum Film. Czas 116 min

Elżbieta Królikowska-Avis, Droga do zapomnienia, „Kino" 2014, nr 04, s. 71-72

© Fundacja KINO 2014

Zmieniony ( 09.04.2014. )