Yves Saint Laurent

YVES SAINT LAURENT
ADAM KRUK

Yves Saint Laurent miał zaledwie 21 lat, gdy został szefem domu Christiana Diora po jego śmierci. Jednakże kosztowna marka, którą wkrótce stać się miało nazwisko Saint Laurenta, tatusiów miała dwóch. Nie narodziłaby się bez Pierre’a Bergé – biznesmena z ambicjami, partnera Yvesa w życiu zawodowym i prywatnym. To on niepodzielnie zarządzał autorskim atelier Saint Laurenta, założonym po usunięciu projektanta z Diora. Według opartego na książce Laurence’a Benama filmu połączenie smykałki do interesów Bergé z talentem „artysty mody” zrodziło największe sukcesy firmy, takie jak mondrianowskie sukienki z 1965 roku czy inspirowana drugą wojną światową „Collection 40”.

ImageDzięki przychylności Bergé, który po śmierci partnera w 2008 roku stał się jednoosobowym zarządcą ich majątku, oglądamy tu oryginalne kreacje z epoki. Od początku wspierał on reżysera, Jalila Lesperta, w pracy nad filmem: udostępnił wnętrza, wypożyczył kreacje, sam też (postawił to jako warunek) dobrał modelki, fryzury i makijaż. Sportretowana w filmie władcza natura Bergé, która prawdopodobnie na zasadzie kontrastu pociągała chorobliwie nieśmiałego Laurenta, odcisnęła więc piętno i na samej produkcji.

Właśnie na skomplikowanej relacji łączącej mężczyzn przez półwiecze skupia się Lespert, nie pozostawiając wątpliwości, że mamy do czynienia z opowieścią o wielkiej miłości. Ani jednak łatwej, ani przyjemnej, nie zawsze też monogamicznej. Chęć zachowania niezależności, połączenie uczuć z interesami, a także rozpasany show-biznes wystawiający kochanków na pokusy zapraszania do łoża osób postronnych, prowadził do nieustannych zgrzytów.

Zamknięcia związku w trwałej formie nie ułatwiała też świadomość – która wynika niejako z samego doświadczenia homoseksualnego – że wszelkie konwencje są tylko społecznym konstruktem, a ramy wspólnego życia ustalamy sami. Zrozumienie tego faktu i nielukrowanie losów bohaterów sprawia, że „Yves Saint Laurent” przekracza ugrzeczniony uzus biografii rozciągniętej na dekady. Jest wiarygodny, bo ukazuje mocowanie się ludzi skazanych na siebie przez miłość i interesy, i szczery w opisie demonów projektanta: jego problemów z alkoholem, narkotykami i depresją.

Skupienie się na tym aspekcie życia Laurenta wpisuje film Lesperta w konwencję dzieła o geniuszu cierpiącym katusze, który za talent płacić musi zdrowiem, samopoczuciem, samotnością. Ale oddala od hagiografii. Reżyser portretuje niekiedy tytułowego bohatera jako proszące się o lanie rozkapryszone dziecko, sugerując jednocześnie, że jedynie Bergé – zarządzający nie tylko marką, ale i samym Yvesem – te baty może wymierzyć. Obecny na premierze podczas tegorocznego Berlinale francuski multimilioner powiedział, że niektóre fragmenty go zabolały, ale jako całość dzieło zaakceptował.

Jego protekcja przyspieszyła zresztą prace nad filmem. Zależało mu bowiem, by wyprzedzić powstającą równolegle biografię Laurenta autorstwa Bertranda Bonella, której premierę zapowiedziano na festiwal w Cannes. Ma ona ponoć przypominać opowieść Salierego o Mozarcie i nietrudno się domyślić, w jakiej roli wystąpi Bergé, który już zapowiedział proces, jeśli wykorzystane zostaną kopie szkiców lub strojów zmarłego partnera. Zważywszy, jak zarządza dziś jego legendą, bardzo znacząca w „Yves Saint Laurent” wydaje się scena, w której Bergé zabrania projektantowi rozmowy z prasą, gdyż pragnie całkowicie kontrolować wizerunek firmy.

ImageMimo statusu biografii „oficjalnej”, film Lesperta okazał się lepszy od wielu innych portretów świata mody grzeszących lekceważeniem (Altman w „Pret-a-Porter”), moralizatorstwem („Diabeł ubiera się u Prady”) bądź tandetą (telewizyjny „House of Versace”). Fabularna biografia projektanta przewyższa też dokument Pierre’a Thorettona „Yves Saint Laurent – szalona miłość” – nie tylko wykastrowany z erotyzmu, ale także bezkrytycznie podporządkowany narracji pogrążonego w żałobie Bergé. U Lesperta zinterpretowany przez Guillaume’a Gallienne’a potężny biznesmen, sponsor francuskiej lewicy jest wprawdzie nie mniej ważny i władny, ale ukazane zostają również jego apodyktyczność, spryt, maczyzm.

Dzięki temu staje się postacią ciekawszą od tytułowej – nawet pomimo brawurowego występu Pierre’a Nineya, który przygotowując się do roli wziął lekcje rysunku i szycia, studiował telewizyjne wywiady z Laurentem, a na implancie nosa nosił jego oryginalne okulary. Zresztą odtwórcy obu głównych ról, związani z prestiżową Comédie-Française, wzbijają się tu na wyżyny aktorskiej mimikry. W świecie anglosaskim taki popis zapewne nie obyłby się bez Oscara. We Francji przyniósł – i wyczuwa się w tym tchnienie Bergé – ogromne zyski.

Yves Saint Laurent
Reżyseria Jalil Lespert. Scenariusz Jacques Fieschi, Jalil Lespert, Marie-Pierre Huster, Jérémie Guez. Zdjęcia Thomas Hardmeier. Muzyka Ibrahim Maalouf. Wykonawcy Pierre Niney (Yves Saint Laurent), Guillaume Gallienne (Pierre Bergé), Charlotte Le Bon (Victoire Doutreleau), Nikolai Kinski (Karl Lagerfeld), Laura Smet (Loulou de la Falaise). Produkcja WY Productions, SND, Cinéfrance 1888, Hérodiade, Umedia. Francja 2014. Dystrybucja Vue Movie Distribution. Czas 104 min

Adam Kruk, Yves Saint Laurent, „Kino" 2014, nr 05, s. 69

© Fundacja KINO 2014

Zmieniony ( 29.05.2014. )