Foxcatcher

FOXCATCHER
BŁAŻEJ HRAPKOWICZ

Bennett Miller nie wydaje się przesadnie zauroczony widowiskiem i jego mitotwórczym potencjałem. Na światek nowojorskiej elity patrzył oczami sarkastycznego pisarza („Capote”), a uniwersum sportu pokazał od środka, gdyż bardziej interesowała go postać ekscentrycznego wizjonera niż estetyczny wyścig z transmisjami telewizyjnymi („Moneyball”). W obu filmach portret środowisk teoretycznie spektakularnych jest w istocie historią cichej ale dojmującej porażki.

ImageOparty na faktach „Foxcatcher” to druga wycieczka Millera w rejony sportowe i ponownie reżyserowi udaje się znaleźć osobny punkt widzenia. Jego nowy film opowiada o zapaśnikach, ale same zawody pojawiają się niezwykle rzadko, raptem w kilku szybko mijających, nakręconych z ukosa scenach. Sport jawi się u Millera przede wszystkim jako ciężka praca i papierek lakmusowy relacji międzyludzkich. W cielesnych zwarciach Channinga Tatuma i Marka Ruffalo, którzy grają trenujących wspólnie braci, widać nie tylko krew, pot i łzy, ale również buzujące pod cienką warstwą sportowej rywalizacji emocje i resentymenty.

Bohatera Tatuma – Marka Schultza – poznajemy jako mistrza olimpijskiego. Zamiast usłanej różami podróży do klasy wyższej, gdzie czekają już kawior, szampan i maślane oczy fanek (tudzież fanów), oglądamy utytułowanego sportowca, który mieszka w niespecjalnie schludnym lokum i żywi się chińskimi zupkami. To zresztą wierne odzwierciedlenie realiów – wielu sportowców żyło na dosyć niskim poziomie między turniejami bądź w schyłkowym momencie kariery. Markowi wsparcia udziela milioner John du Pont (Steve Carell), któremu zamarzyło się stworzenie własnej drużyny zapaśniczej.

„Foxcatchera” można traktować jako kolejny w ostatnich latach krytyczny obraz American Dream, skrywającego obsesję sukcesu i destrukcyjne przekonanie, że wszystko można kupić. Miller nie przyjmuje jednak perspektywy społeczno-politycznej, wykorzystuje ją raczej jako konieczne tło dla rozgrywki psychologicznej. Łączy jedno z drugim w nierozerwalną całość, splecioną przez napięte relacje głównych bohaterów, w których kumulują się manie, kompleksy, niezrealizowane pragnienia, wreszcie fizyczna i psychiczna przemoc.

Wyciskając maksimum ze scenariusza, który oferuje w zasadzie proste i oczywiste wyjaśnienia, Miller konstruuje sieć emocjonalnych zależności, łapiącą bohaterów w pułapkę ze skutecznością pająka. Kiedy John du Pont zaczyna budować drużynę wokół Marka Schultza, szybko staje się jasne, że poczucie wartości bohaterów zależy od uznania innych osób. Milioner co rusz napotyka zimną jak stal, wyrażającą jedynie pogardę twarz matki (krótki, ale mocny występ Vanessy Redgrave), której wciąż próbuje zaimponować. Jednocześnie nieudolnie usiłuje zastąpić Markowi ojca, budząc w nim ukryte kompleksy wobec brata – jedynego w tym towarzystwie stabilnego psychicznie człowieka, opierającego swoją tożsamość na pracy i rodzinie.

Pod batutą Millera wszyscy wykonawcy osiągają intensywność potrzebną do wykreowania dramatycznego napięcia z mechanizmów psychologicznych. Tatum jest aktorem, którego ze względu na ograniczoną mimikę łatwo nazwać „drewnem”, ale potrafi się odnaleźć w różnych konwencjach (jest tutaj równie przekonujący, co w lżejszym gatunkowo „Magic Mike’u” Stevena Soderbergha czy komediowym dyptyku Phila Lorda i Christophera Millera „21 Jump Street”, „22 Jump Street”). Ruffalo ma rolę najmniej wyrazistą – tym większym osiągnięciem jest fakt, że potrafi tak przejmująco oddać braterską miłość bez posiłkowania się wyświechtanymi frazesami czy nadekspresyjnymi gestami.

„Foxcatcher” to film, który przypomina, jak plastycznym materiałem dla reżysera może być aktor. Miller dyryguje fizycznością wykonawców z godną podziwu precyzją i tylko chwilami ta drobiazgowość obraca się przeciwko niemu, kiedy napięty jak struna Tatum czy szurający niemal dłońmi po ziemi Ruffalo zanadto eksponują wypracowane tiki. Największy ciężar – obfita charakteryzacja – przypada jednak w udziale Carellowi, wzbudzającemu chyba najżywsze zainteresowanie krytyków jako wybitny aktor komediowy w dramatycznej roli.

ImagePrzyglądając się dotychczasowej karierze Carella, trudno jednak dziwić się decyzji reżysera. To bowiem aktor, który wyspecjalizował się w rolach nadambitnych nieudaczników na granicy psychopatii. W serialu „Biuro” nadał takiemu bohaterowi rys tragikomiczny, u Millera zostaje tragedia, doprawiona wywołującą ciarki na plecach nieprzewidywalnością. Miarą talentu Carella jest to, że najdłużej w pamięci nie zostaje doklejony nos czy wiecznie przygarbiona sylwetka, tylko pustka zionąca z oczu du Ponta oraz uprzejmy, desperacki i autorytarny zarazem ton jego głosu.

Być może „Foxcatcher” nie dorównuje „Moneyball” – filmowi wnikliwemu i ożywczemu. Łatwo jednak zrozumieć canneńską nagrodę za reżyserię dla Millera. To jeden z tych amerykańskich twórców, który jest jednocześnie filmowym narratorem z prawdziwego zdarzenia i artystą wizualnym. Wirtuozeria, z jaką Miller łączy pieczołowitą kompozycję kolorystyczną obrazu z bezbłędnym wyczuciem perspektywy, rytmu i czasu, może budzić podziw. „Foxcatcher” pełen jest scen, gdzie jedna zmiana pozycji kamery czy pojedyncze montażowe cięcie urastają do dzieła sztuki.

Foxcatcher
Reżyseria Bennett Miller. Scenariusz E. Max Frye, Dan Futterman. Zdjęcia Greig Fraser. Muzyka Rob Simonsen. Wykonawcy Steve Carell (John du Pont), Channing Tatum (Mark Schultz), Mark Ruffalo (David Schultz), Vanessa Redgrave (Jean du Pont), Sienna Miller (Nancy Schultz). Produkcja Annapurna Pictures, Likely Story, Media Rights Capital. USA 2014. Dystrybucja UIP. Czas 134 min

Błażej Hrapkowicz, Foxcatcher, „Kino" 2015, nr 01, s. 86

© Fundacja KINO 2015

Zmieniony ( 09.01.2015. )