Eskorta

ESKORTA
PIOTR DOBRY

Nie licząc głupotek w rodzaju „Wystrzałowych dziewczyn”, służących głównie temu, by Drew Barrymore mogła się pokazać w seksownym kostiumie z epoki, „Eskorta” to w zasadzie pierwszy feministyczny western z prawdziwego zdarzenia od czasu „Johnny’ego Guitar” (1954) Nicholasa Raya z niezapomnianą rolą Joan Crawford. Pół wieku. Długo. Zdumiewająco długo.

ImageZaskakiwać może też osoba reżysera; przecież ekranowe emploi Tommy’ego Lee Jonesa to ucieleśnienie stereotypu amerykańskiego twardziela starej daty, zaś debiut aktora po drugiej stronie kamery, skądinąd znakomite „Trzy pogrzeby Melquiadesa Estrady” (2005), także stanowi przykład kina silnie zmaskulinizowanego. A jednak tym razem Jones oddaje lejce w ręce kobiet.

„Eskorta” względem „Pogrzebów” w ogóle jest „bardziej”: bardziej koherentna formalnie, bardziej w duchu rewizjonistycznym, bardziej psychodrama niż kino gatunkowe. No i już nie neowestern osadzony w latach 80. ubiegłego stulecia, meksykańska granica, zdesperowani imigranci i szeryfowie w furgonetkach, ale Dziki Zachód pełną gębą, połowa XIX wieku, bezkres prerii, osadnicy, Indianie i konie ciągnące wozy osadników.

Sam trzon fabuły opartej na powieści Glendona Swarthouta jest kanoniczny: podróż z punktu A do punktu B celem przetransportowania żywego towaru. Mamy rok 1855 i środkowozachodnie terytoria Ameryki wciąż nie podzielone na stany. Ludność rozproszona na pustkowiu gromadzi się w niewielkich społecznościach; trudno nawet mówić o osadach sensu stricto, gdy każdą farmę dzieli kilka kilometrów. Dziki, bezwzględny świat. I oczywiście: męski. Kobiety sprowadzono do roli inkubatorów, robotów sprzątających i dogadzających mężom. Małżeńskie gwałty są na porządku dziennym, prześmiewczo dziś przywoływany w internetowych memach bon mot ludzki pan – a mógł zabić obowiązuje zupełnie serio.

Uczucia? Głównie dojmująca pustka, wypalenie, czasem strach przed którąś z tuzina nieuleczalnych chorób. W tak nieludzkich warunkach nietrudno o depresję, awersję do życia, popadanie w obłęd. Siła, pasja, determinacja, o pogodzie ducha nie wspominając, są w deficycie, a jeśli raz od wielkiego dzwonu trafi się niewiasta posiadająca owe cechy – jak 31-letnia Mary Bee Cuddy (doskonała, wręcz stworzona do tej roli Hilary Swank) – paradoksalnie budzi nie szacunek, lecz niechęć. Żaden z przywykłych do dominacji samców alfa nie chce się wiązać z charakterną, niezależną kobietą, która – o zgrozo! – w pojedynkę radzi sobie z gospodarstwem. Mary Bee jest w dodatku niezbyt urodziwa, toteż próba jej ujarzmienia zwyczajnie się mężczyznom nie kalkuluje.

Jednak to nie żaden z farmerów, mimo że o ich własne żony chodzi, ale „dziwaczka” Mary Bee na prośbę lokalnego pastora (John Lithgow) podejmie się straceńczej misji przewiezienia trzech kobiet dotkniętych „preriową gorączką” przez rozległe, pełne rozmaitych niebezpieczeństw tereny dzielące Nebraskę od Iowa, gdzie wycieńczone psychicznie osadniczki mają trafić do osobliwej komuny pomocowej dowodzonej przez samą Meryl Streep (w niecodziennym dla siebie epizodzie typu „nie mrugaj, bo przegapisz”). Nieszczęśniczki trzeba eskortować w wagonie pod kluczem, bowiem stanowią przypadki szczególnie ciężkie: Arabella (Grace Gummer, nawiasem mówiąc – córka Streep) postradała zmysły po śmierci trójki dzieci na dyfteryt, Theoline (Miranda Otto) w przypływie szału uśmierciła własne dziecko, a Gro (Sonja Richter) miała w zwyczaju sypiać w jednym łóżku ze zwłokami matki.

Reżyser nie szczędzi nam w tym względzie sugestywnych, naturalistycznych widoków, aczkolwiek też przesadnie nimi nie epatuje. W początkowej fazie filmu bardziej skupia się na kontraście między tymi trzema kobietami a Mary Bee. One pozornie mają wszystko, czego ona pragnie – względną stabilizację, rodzinę, wygląd – ale z kolei nie mają jej charakteru, który pozwoliłby przetrwać bez szwanku marazm dnia codziennego. Los okrutnie zadrwi z bohaterki, gdy wreszcie postawi na jej drodze faceta – niezbędnego dla powodzenia wyprawy. Okaże się nim stary przegrany pijaczyna i utracjusz George (momentami wspaniały, chwilami szarżujący sam Tommy Lee Jones), antybohater w typie Roostera Cogburna. Ich zakrapiana czarnym humorem relacja będzie trochę jak z „Afrykańskiej królowej” z Bogartem i Katharine Hepburn, trochę jak z „Nagiej ostrogi” z Jamesem Stewartem i Janet Leigh, trochę jak z „Prawdziwego męstwa”.

Image„Eskorta” – najzupełniej świadomie – pozbawiona jest jednak przygodowego sznytu tamtych klasyków, i jeśli już koniecznie ją z czymś zestawiać, najsłuszniejszym tropem będą chyba „Wrota niebios” Michaela Cimino, w swoim czasie wręcz wrogo przyjęte przez widzów, nie przyzwyczajonych do takiego stylu. Jones, przy nieocenionym wsparciu operatora Rodriga Prieto, scenografki Merideth Boswell i kostiumolożki Lahly Poore, z pietyzmem celebruje wyjałowioną, beznadziejną egzystencję kolonizatorów, oddając przy tym hołd udręczonym pionierkom, jak bodaj żaden reżyser przed nim.

Kontemplacje nieprzyjaznego krajobrazu wypełniające jakieś dwie trzecie czasu ekranowego zapewne zniechęcą co mniej cierpliwych widzów, za to entuzjaści gatunku przedkładający klimat nad rewolwerowe pojedynki mogą tu nawet dostrzec najciekawszy western od czasu „Bez przebaczenia”.

The Homesman
Reżyseria Tommy Lee Jones. Scenariusz Tommy Lee Jones, Kieran Fitzgerald, Wesley A. Oliver na podstawie powieści Glendona Swarthouta. Zdjęcia Rodrigo Prieto. Muzyka Marco Beltrami. Wykonawcy Tommy Lee Jones (George Briggs), Hilary Swank (Mary Bee Cuddy), Grace Gummer (Arabella Sours), Miranda Otto (Theoline Belknap), Sonja Richter (Gro Svendsen). Produkcja Europacorp, Ithaca, The Javelina Film Company. USA – Francja 2014. Dystrybucja Kino Świat. Czas 122 min

Piotr Dobry, Eskorta, „Kino" 2015, nr 08, s. 69

© Fundacja KINO 2015

POLECAMY: esej Tomasza Jopkiewicza o Tommy Lee Jonesie w papierowym wydaniu „Kina” 8/2015

Zmieniony ( 07.08.2015. )