Love

LOVE
KAROLINA PASTERNAK

Obejrzeć nowy film Gaspara Noé można co najwyżej po to, żeby przekonać się, jak to jest naprawdę wkroczyć w pustkę. Intelektualną i emocjonalną. Bohaterami „Love” są młodzi, piękni ludzie z Paryża. Nie pracują, ale za to obracają się w kręgach artystycznych. Noszą się modnie – w tych nielicznych scenach, w których w ogóle coś noszą. Modne są też plakaty w ich mieszkaniach i kluby, do których chodzą.

ImageFilm kręci się przede wszystkim wokół niejakiego Murphy’ego (Karl Glusman) – Amerykanina, który do Francji przyjechał na studia i któremu marzyło się, nomen omen, kręcenie filmów, ale niestety wciągnęła go proza życia. W nielicznych scenach, w których nie uprawia seksu, albo rozpacza po utracie ukochanej Electry (Aomi Muyock), albo psioczy na życie z żoną Omi (Klara Kristin).

Nietrudno się zorientować, że Noému marzyło się zrobienie artystycznego porno. Filmu erotycznego, w którym bohaterowie nie tylko oddawaliby się czynnościom kopulacyjnym, ale też dzieliliby się ze sobą prawdziwymi emocjami. „Zależało mi, żeby oddać na ekranie seksualną namiętność. Paradoks polega na tym, że chociaż w życiu mamy z nią do czynienia bardzo często, prawie nie widać jej w kinie. Ostatnim filmem, w którym erotyka została, moim zdaniem, przedstawiona autentycznie, było »Życie Adeli – Rozdział 1 i 2« Abdellatifa Kechiche’a” – wyjaśniał Noé w wywiadzie udzielonym „Indiewire” na festiwalu w Cannes.

Jednak emocje bohaterów „Love” można uznać za autentyczne tylko pod warunkiem, że zobaczymy na ekranie wyrośniętych nastolatków. Problem z nowym filmem twórcy „Nieodwracalnego” polega bowiem na tym, że opowiada on o ludziach tak infantylnych i niemożliwie banalnych, iż postaci z polskich seriali i komedii romantycznych to przy nich niemal bohaterowie szekspirowscy.

Murphy jest irytującym, niezdecydowanym, bezrefleksyjnym gnojkiem, którego przemyśleniom bliżej do złotych myśli z pamiętnika gimnazjalisty niż do refleksji trzydziestolatka. Jego werterowskie cierpienia kompletnie nas nie obchodzą. Electra zaś, o czym dowiadujemy się z narracji z offu, to skomplikowana, depresyjna osobowość, czego dowodem ma być kilka scen, w których dziewczyna bierze dragi.

Dyskusyjna jest też kwestia, czy „Love” to rzeczywiście film łamiący tabu. Porywanie się przez Noego na skandalizowanie nagością i seksem wcale nie oznacza, że jest taki „postępowy”. Co z tego, że – jak zauważali niektórzy przychylni mu krytycy w Cannes, gdzie film miał premierę – mężczyzn reżyser rozbiera równie chętnie, jak kobiety? Seksizmowi i mizoginizmowi daje przecież upust w inny sposób. Bohaterki przedstawia stereotypowo i jednowymiarowo: Electra jest piękna i tajemnicza, Omi zaś zmarnowała Murphy’emu życie. O ich zawodowych aspiracjach nie ma oczywiście mowy. Podobnie jak o głębi postaci.

Noé postawił za to na głębię obrazu. Nakręcił „Love” w 3D i akurat strona wizualna filmu wypada dobrze, choć nie spodziewajcie się rewelacji. Zdjęcia robił Benoît Debie, który ma na koncie między innymi „Spring Breakers”. Scena erotyczna z trójką głównych bohaterów jest fenomenalnie oświetlona i nakręcona. I udaje się w niej, w kilka minut, beż żadnych cięć, oddać to, o co chodziło chyba Noému w całym filmie – zmysłowość aktu miłosnego, który internetowa pornografia sprowadza do wyścigu o liczbę wyświetleń i kliknięć.

Po co było rozciągać rzecz do formatu kinowego, skoro między scenami łóżkowymi (a często i podczas nich) z „Love” zwyczajnie wieje nudą? Czy da się dziś w ogóle nakręcić, nie popadając w klisze, pełnometrażowy film erotyczny? Ostatecznie zawsze przecież będzie chodziło tylko o to, żeby fabularnie jakoś przeprowadzić bohaterów z jednej sceny łóżkowej do drugiej.

Świetnie zrobił to kiedyś w „9 songs” Michael Winterbottom, seks przerywając po prostu dobrymi piosenkami. Wypadło naturalnie, jak w życiu. Jakbyśmy odpoczywając przed kolejnym razem, puszczali sobie dobrą muzykę. Nie jestem też pewna, czy dziś, żeby zrobić coś pod prąd fali prostackiej, uprzedmiotowiającej kobietę internetowej pornografii, w ogóle warto stawiać na film kinowy. Może skuteczniej byłoby po prostu otworzyć w sieci jakąś stronę, która gromadziłaby „lepsze” porno niż to ściągane masowo?

ImageDługo ceniłam Gaspara Noé za to, że pokazywał w kinie rzeczy nie do pokazywania. W jego filmach chodziło o nieodwracanie wzroku, o patrzenie na sceny brutalne, przekraczające tabu, bolesne. W „Love” jest natomiast odwrotnie. Noé sięga po lep dla oczu – piękne, seksowne, młode ciała. Obok nich umieszcza sporo tropów związanych ze swoimi poprzednimi dziełami lub z samym sobą – jednego bohatera nazywa Gasparem, innemu daje imię Noe, gdzieś w tle stawia makietę hotelu z „Wkraczając w pustkę”. Seksem i nagością sprzedaje najzwyczajniej w świecie „brand” o nazwie Gaspar Noé. Właśnie tak, jak czynią to producenci samochodów, ubrań i masła w spotach reklamowych.

Rozczarowuje też przesłanie filmu. Oto bowiem łącząc namiętność z infantylnością a młodość z erotycznym spełnieniem, Noé wyraźnie sugeruje, że prawdziwa, porywcza, szalona miłość jest możliwa tylko, gdy jesteśmy głupimi i naiwnymi dzieciakami. A już najlepiej smakuje ona wtedy, gdy wszystko kończy się dramatem. A co dalej? Dalej, zdaniem Noégo, czeka nas nudne dorosłe życie, w którym seks zastępują płaczące dzieci, a porywy serca zarwane noce. Naprawdę?

Love
Scenariusz i reżyseria Gaspar Noé. Zdjęcia Benoît Debie. Wykonawcy Karl Glusman (Murphy), Aomi Muyock (Electra), Klara Kristin (Omi). Produkcja Les Cinémas de la Zone, RT Features, Rectangle Productions. Francja – Belgia 2015. Dystrybucja Gutek Film. Czas 130 min

Karolina Pasternak, Love, „Kino" 2015, nr 08, s. 77

© Fundacja KINO 2015

Zmieniony ( 28.08.2015. )