Strategia mistrza

STRATEGIA MISTRZA
PIOTR DOBRY

„To nie mięśnie. To nie płuca. To serce” – wyjaśnia z emfazą przyczynę swojego sukcesu ekranowy Lance Armstrong. Z filmem jest zgoła odwrotnie: warstwa formalna tworzy solidną tkankę mięśniową, a utrzymana w potoczystym, sprawozdawczym tonie narracja rzadko dostaje zadyszki. Brakuje natomiast serca, zdolnego tchnąć życie w historię przećwiczoną już na setki sposobów przez tabloidy, dokumenty, profesorskie analizy.

ImageTylko bowiem ci, którzy ostatnie lata spędzili w klasztorze, mogą nie kojarzyć przypadku Armstronga. Siedmiokrotnego zwycięzcy Tour de France tudzież nieustraszonego pogromcy raka, który nim został bohaterem największej afery dopingowej w dziejach sportu zawodowego, inspirował rzesze tak cyklistów, jak chorych na nowotwory; zrewolucjonizował kolarstwo wyczynowe, wyprowadził je z niszy, zainteresował nim mass media.

Teraz zaś zaciekawił starego wygę Stephena Frearsa, który wespół z doświadczonym scenarzystą Johnem Hodge’em („Trainspotting”) postanowił skondensować do raptem stu minut dwie dekady nad wyraz skomplikowanego życiorysu Teksańczyka, posiłkując się głównie książką „Seven Deadly Sins” Davida Walsha, dziennikarza „Sunday Timesa” a zarazem demaskatora „cesarza koksu”. Efekt był nietrudny do przewidzenia, jeszcze zanim na planie padł pierwszy klaps.

Brytyjski reżyser od dawna nie jest już prowokatorem od „Mojej pięknej pralni”, „Sammy i Rosie puszczają się” czy nawet „Niebezpiecznych związków”, i choć bynajmniej nie stroni od kontrowersyjnych tematów, zazwyczaj urabia je na modłę familijną. I nie zawsze jest to zarzut – bezpieczna, klasyczna formuła „Królowej” czy „Tajemnicy Filomeny” nie stawała na przeszkodzie pogłębionej psychologii postaci. Niestety, „Strategia mistrza” to raczej casus „Cheri”, gdzie dramat odgrywanej przez Michelle Pfeiffer paryskiej kurtyzany z początku XX wieku, uwikłanej w romans z synem koleżanki, ginie gdzieś pod natłokiem secesyjnych dekoracji i charakteryzatorskiego pudru.

Tutaj podobnie: skandal jako wabik, a wiwisekcji żadnej. Pusta ornamentyka. Dynamiczne zdjęcia wyścigów mogą się podobać, ale przez ten skądinąd efektowny (choć częściej efekciarski) portret sportowca-terminatora nie przebija się człowiek z krwi i kości. Ambiwalentne odczucia budzi Ben Foster. Mimo braku uderzającego podobieństwa do Armstronga zdaje się wprost stworzony do roli, w której może w pełni wyeksponować swoje naturalnie niepokojące spojrzenie i lekko socjopatyczny uśmieszek.

Z drugiej strony jednak, aktor z tą ekspozycją zdecydowanie przesadza, grając niemal cały czas na tej samej nucie, z manierą szkolnej gwiazdy futbolu, czyli znanego z komedii młodzieżowych troglodyty, który przebiera w czirliderkach jak w ulęgałkach i dla sportu bezustannie poniża kujonów. Motywacje kierujące Armstrongiem w interpretacji Fostera są zresztą równie płytkie. Wielokrotnie słyszymy, że chce wygrywać i widzimy, że w tym celu nie cofnie się przed niczym, ale powody tej dzikiej determinacji pozostają niejasne. Mimo że w pewnym sensie to właśnie ona stanowi oś filmu.

Akcja zawiązuje się na początku lat 90., kiedy przyszłe bożyszcze tłumów, wtedy dopiero u progu kariery, dowiaduje się od doktora Ferrariego (na marginesie: Guillaume Canet odtwarza autentyczną postać, ale myśli chyba, że gra w „Bondzie” – jego bez mała szalony naukowiec cytujący Biblię z nieudolnie włoskim akcentem zasługuje nie na jedną, a na cały krzak Złotych Malin), że nie ma warunków fizycznych czempiona.

Decyduje się więc cichaczem wejść w skórę królika doświadczalnego i testować nowe, nielegalne dopalacze. Po drodze przyplątuje mu się rak jąder, ale po jego pokonaniu odnosi już tylko zwycięstwo za zwycięstwem. A wszystkie dzięki coraz większym dawkom środków dopingujących. Tej ilustracji podporządkowuje Frears wszystkie wątki poboczne i być może dlatego żaden z nich nie wybrzmiewa należycie. Szczególnie szkoda zepchnięcia na dalszy tor śledztwa dziennikarskiego, bo raz, że przełamuje ono sportową konwencję sensacyjnym sznytem, dwa – Walsh (Chris O’Dowd) to jak na złość jedyna tutaj pełnokrwista, niekartonowa postać większego kalibru.

ImageZ kolei eksplorację prywatnej, „prawdziwej” natury Armstronga Frears ogranicza do epizodu szpitalnego i sceny z zaproszeniem na pizzę dziewczyny, którą w następnej przebitce poślubia. Kompletnie zignorowano natomiast rozwód i głośny romans z piosenkarką Sheryl Crow. Gdyby było to skutkiem konsekwentnego omijania taniej sensacji – świetnie, ale nie szczędzi się nam przecież melodramatycznych wątków onkologicznych, a całość wieńczy fragment talk show Oprah Winfrey, w którym Armstrong wreszcie, po latach lawirowania, przyznaje się do szwindla. W tym kontekście towarzyszący napisom końcowym utwór Leonarda Cohena „Everybody Knows” ma zamierzony wydźwięk ironiczny, ale ten sarkazm okazuje się tu obosieczny i uderza z siłą odśrodkową w autorów.

The Program
Reżyseria Stephen Frears. Scenariusz John Hodge na podstawie ksiażki Davida Walsha „Seven Deadly Sins”. Zdjęcia Danny Cohen. Muzyka Alex Heffes. Wykonawcy Ben Foster (Lance Armstrong), Chris O’Dowd (David Walsh), Jesse Plemons (Floyd Landis), Lee Pace (Bill Stapleton), Guillaume Canet (Michele Ferrari). Produkcja Ace, Studio Canal, Working Title Films. Wlk. Brytania – Francja 2015. Dystrybucja Monolith. Czas 103 min

Piotr Dobry, Strategia mistrza, „Kino" 2015, nr 11, s. 73

© Fundacja KINO 2015

Zmieniony ( 06.11.2015. )