Stare grzechy mają długie cienie

STARE GRZECHY MAJĄ DŁUGIE CIENIE
DAREK AREST

To musiały być piękne czasy, gdy seans filmu łączył się z przekonaniem, że zdobywamy jakąś rzeczywistą wiedzę o miejscu, w którym go zrealizowano i umieszczono jego akcję. Dziś banały o „typowo brytyjskim humorze czy norweskim chłodzie” są tylko kreacjami w ogólnie dostępnej garderobie stylistyk. Film Alberto Rodrígueza jest właśnie dzieckiem epoki estetycznego Schengen – niewiele w nim hiszpańskiego temperamentu, za to sporo ze skandynawskiego kryminału spod znaku „nordic noir”.

Uwagę zwraca też pokrewieństwo z amerykańskim serialem „Detektyw”: nieco podobna sceneria (andaluzyjskie mokradła mogłyby być równie dobrze rozlewiskami Luizjany), a przede wszystkim, w obu opowieściach bohaterowie to para skonfliktowanych detektywów, śledztwo zaś dotyczy serii upiornych morderstw.

ImageŻeby nie było, jest też coś, co stanowi o wyjątkowości „Starych cieni...” – akcja filmu toczy się w Hiszpanii lat 80., w okresie transformacji, jaką kraj przechodzi po śmierci generała Franco. Starszy z bohaterów, Juan, służył reżimowi i duchowo pochodzi z dawnego porządku. Młodszy Pedro przewodzi awangardzie zmian i zapowiada nowe czasy. Tymczasem rzeczywistość ciągle dryfuje sobie gdzieś pośrodku.

Generał nie żyje już pół dekady, ale ciągle wspierają go napisy na ścianach, ołtarzyki w prowincjonalnych pokojach hotelowych i życzliwe wspomnienia – być może silniejsze w takich miejscach jak dorzecze Gwadalkiwir, gdzie wielkie kanały irygacyjne budowali więźniowie frankistowskich obozów koncentracyjnych. Para detektywów z Madrytu przyjeżdża na południowe rubieże, by zbadać sprawę zaginięcia dwóch nastoletnich sióstr, które wyszły z rodzinnego domu i już nie wróciły.

Sprawa wygląda poważnie, ale miejscowi policjanci zdają się ją traktować z przymrużeniem oka. „Miały swoją reputację” – mówi jeden z nich. Lubiły się zabawić, więc pewnie zapracowały na swój los – jak bardzo musiały się zasłużyć, skoro odnalezione wkrótce potem okaleczone zwłoki zdradzają ślady gwałtu i tortur?

Śledztwo szybko wykazuje, że nie są to jedyne tego typu przestępstwa popełnione w spokojnym pozornie miasteczku. Kobiety pełnią w tym świecie jasno wyznaczoną, podrzędną rolę, którą odziedziczyły po matkach. Świat nie został przecież podmieniony z dnia na dzień na lepszy model, działają w nim stare układy, władza na szczeblu lokalnym należy do tych samych ludzi. Młodzi, jakkolwiek zżymaliby się na stary porządek, są ich dziećmi i spadkobiercami.

Dotyczy to także Pedra, który z ukochaną rozmawia przez telefon z dużą czułością, pisuje otwarte listy protestacyjne w sprawie nadużyć władzy i gniewnie obnosi się ze swoim poczuciem moralnej wyższości nad partnerem. Jego sprzeciw wypada jednak często infantylnie, bo kiedy robi się naprawdę gorąco, to barbarzyńskie metody Juana przynoszą wymierne rezultaty.

Juan jest odpowiednikiem naszego Franza Maurera z „Psów” Władysława Pasikowskiego. Praktyczny, z dystansem i wyrozumiałością obserwuje gniewne wybryki młodszego kolegi i kocha życie, czerpiąc z niego pełnymi garściami, jakby miał przeczucie, że wisi nad nim widmo śmierci. To on jest lepszym detektywem w zespole, to on będzie brudził sobie ręce, by zrobić, co musi być zrobione – bez względu na to, w imię jakiego systemu.

Jednak Pedro, jako dziecko odchodzącego świata, także zarażony został przemocą. Stare grzechy rzucają długie cienie – podpowiada kreatywny polski tytuł, który dystrybutor beztrosko pożyczył sobie od Agathy Christie. Film zbudowany jest na relacji mężczyzn, którzy określają się wzajemnie i istnieją w zasadzie tylko jako swoje przeciwieństwa. Gdyby próbować rozpatrywać ich jako byty niezależne, okazaliby się papierowymi figurami, elementami estetycznego konceptu.

Współczesny kryminał często opiera się na efektach wizualnych. Wiadomo, że najlepszym detektywom zdarza się przybyć na miejsce zbrodni w nocy tylko po to, by efektownie poświecić w mroku latarkami, ale wszystko jest w porządku, dopóki przekłada się to na emocje. W obsypanym hiszpańskimi nagrodami Goya filmie efektowne obrazki pozostają jednak za szybą, bo nie dostajemy szansy, by naprawdę zbliżyć się do świata i postaci.

ImageSuspens cierpi na tym, że intryga rozwija się raczej wszerz niż w głąb, rozwiązanie zagadki jest eleganckie, ale nieco rozczarowujące, a wszystkie warunki dyktuje tzw. klimat. Dzięki niemu film wygląda fantastycznie i ogląda się go nie najgorzej. Reżyser regularnie powraca do pięknych zdjęć satelitarnych, na których krajobraz południowej Hiszpanii przypomina fantastyczną roślinę oglądaną pod mikroskopem albo żywą tkankę mózgu. Ten wizualny refren przypomina oczywiście, że „widok z daleka jest piękny”, ale pokazuje też świat jako działający tajemniczo organizm.

Kryminały „nordic noir” korzystają z sensacyjnej intrygi, by zdiagnozować bardzo przyziemne problemy współczesnego społeczeństwa i „Stare grzechy...” starają się zrobić to samo dla hiszpańskiej historii. Nie dowiemy się jednak zbyt wiele o tym, jak funkcjonuje ta frankistowska skamielina, poza tym, że na wyboistej drodze przemian nic nie jest tak proste, jak się wydaje.

La isla mínima
Reżyseria Alberto Rodríguez. Scenariusz Alberto Rodríguez, Rafael Cobos. Zdjęcia Alex Catalán. Muzyka Julio de la Rosa. Wykonawcy Javier Gutiérrez (Juan), Raúl Arévalo (Pedro), María Varod (Trinidad), Antonio de la Torre (Rodrigo). Produkcja Atípica Films, Atresmedia Cine, Sacromonte Films. Hiszpania 2014. Dystrybucja Aurora Films. Czas 105 min

Darek Arest, Stare grzechy mają długie cienie, „Kino" 2015, nr 12, s. 73

© Fundacja KINO 2015

POLECAMY: esej Iwony Cegiełkówny o filmowych detektywach w papierowym wydaniu „Kina” 1/2016

Zmieniony ( 24.12.2015. )