Dope

DOPE
PIOTR DOBRY

ImageSłowo „dope”, czyli tytuł filmu Ricka Famuyiwy, specjalisty od afroamerykańskich komedii romantycznych („Uciekający Pan Młody”, „Brown Sugar”), ma bardzo ciekawą etymologię. Pojawiło się w mowie potocznej Amerykanów już na początku XIX wieku, jako określenie rodzaju sosu. Z czasem nazwa rozszerzyła się na ogół gęstych cieczy (syropy, smary, likiery), by po tej linii wyewoluować w termin odnoszący się do używek, narkotyków. Negatywne konotacje ma także dope w tak różnych znaczeniach, jak „poufna, szemrana informacja” oraz „głuptas, naiwniak”. Disneyowski Gapcio z „Królewny Śnieżki” to za oceanem Dopey.

Wyraz odczarowała dopiero kontrkultura, z natury rzeczy rozmiłowana w demontażu językowych konstruktów. W hiphopowym slangu lat osiemdziesiątych dope funkcjonowało synonimicznie do bardziej uniwersalnego „cool” czy polskiego „git”.

Znajomość tych lingwistycznych ciekawostek pomaga dotrzeć do sedna filmu. Nie chodzi tu bowiem wyłącznie o popisowo dużą zawartość różnorakich dope w „Dope”, ale także o analogię między historią słowa a historią bohatera – figury o pozytywnym potencjale przykrytym szeregiem pejoratywnych kontekstów.

Narrator Forest Whitaker zabiera nas na przedmieścia Los Angeles, gdzie sieć gett tworzy niemalże państwo w państwie. To tutaj, w serii filmów sprzed ćwierćwiecza, „chłopaki z sąsiedztwa” mierzyli się z etykietką „zagrożenia dla społeczeństwa”. „Dope” rzuca pomost między nihilizmem „South Central” a komizmem „Piątku”. Co więcej, rzuca go także między dramatami braci Hughes a komediami Johna Hughesa. I jeszcze szerzej: między kinem „czarnym” a „białym”. W ogóle „dualizm” to drugie tutaj słowo-klucz na „d”, nie mniej istotne.

Malcolm (wyrazisty Shameik Moore) zarazem ściśle przynależy i nie pasuje do tego świata. Wychowywany przez samotną matkę, bo jakżeby inaczej, jedyny kontakt emocjonalny z ojcem ma poprzez pozostawioną przez niego płytę z ulubionym filmem, kultowym „blaxploitation” „Supa Fly”. Chłopak jednak równie mocno ceni „Grę o tron”, a nad lokalne komiksy o superbohaterach, w których zaczytują się jego rówieśnicy, przedkłada importowaną mangę.

Nie jest groźny, przeciwnie – jest nerdem, który regularnie płaci w butach szkolnemu prześladowcy. Marzy o studiach na Harvardzie, dokąd zaprowadzić ma go esej o Ice Cubie. Namiętnie słucha starego hip-hopu, ale w swoim zespole, tworzonym z najlepszymi przyjaciółmi – „męską” lesbijką Diggy (Kiersey Clemons z serialu „Transparent”) i Jibem, który jest czarny tylko w 14 procentach (Tony Revolori, pamiętny boy hotelowy u Wesa Andersona) – gra punk rocka.

Sam film, choć spójny stylistycznie, także dzieli się poniekąd na dwa odmienne gatunkowo segmenty. Kiedy Malcolmowi wpada w oko atrakcyjna Nakia (Zoë Kravitz), a w ręce – plecak pełen prochów należących do lokalnego dilera (raper A$AP Rocky), szkolna komedia w typie „Ferrisa Buellera” nabiera szybszego tempa i ostrzejszego tonu, przechodząc w osobliwą wariację na temat „Prawdziwego romansu”.
Liczne aluzje popkulturowe nie są, na szczęście, celem samym w sobie, a tam, gdzie fabuła osiada na mieliźnie, „Dope” nadrabia formą.

Operatorka Rachel Morrison („Fruitvale Station”) zamyka kalifornijską aurę w ekspresyjnych zdjęciach z dominantą ciepłych barw, sięga po filtry rodem z Instagrama. Montażysta Lee Haugen tnie materiał ręką natchnionego youtubera. Producent wykonawczy Pharrell Williams kompiluje soundtrack z klasyki i najmodniejszych brzmień. Ta bezbłędnie zestrojona ekipa dobrze wie, jak przygotować film zarazem nowoczesny i nostalgiczny. Taki, który odda hołd protoplastom a jednocześnie zmodernizuje konwencję. Ekranowi gangsterzy promują się spotami wrzucanymi do sieci, rozprowadzają dragi za pomocą aplikacji w smartfonach. Nawet ulice nędzy, na pierwszy rzut oka niezmienne od dekad, objęła swym zasięgiem cyberprzestrzeń. Getto 2.0.

ImageReżyser i scenarzysta w jednej osobie koncentruje się jednak przede wszystkim na bystrych dzieciakach, które są zbyt czarne dla świata i zbyt „białe” dla własnego środowiska. Film nie ma intelektualnej wagi niedystrybuowanego, niestety, w Polsce „Dear White People”, ale nie mniej precyzyjnie trafia w ducha swojej epoki, stanowiąc cenną wypowiedź na temat rasowo-tożsamościowych problemów współczesnej Ameryki.

Znajdziemy tu echa nieustającego sporu o drażliwe słowo na n, określające przynależność rasową, oraz akcji z „hashtagiem #IfTheyGunnedMeDown” – kiedy to po śmierci z rąk policji Michaela Browna młodzi Afroamerykanie masowo umieszczali na Twitterze po dwa autoportrety: jeden z rozdania dyplomów lub po prostu w schludnym, oficjalnym ubiorze, drugi „medialny”, czyli w „hip-hopowych” ciuchach i „gangsterskiej” pozie.

Można też odbierać „Dope” na mniej hermetycznym poziomie – jako apel o nieuleganie jakimkolwiek krzywdzącym stereotypom. Apel, niewątpliwie, zawsze wart podnoszenia.

Dope
Reżyseria i scenariusz Rick Famuyiwa. Zdjęcia Rachel Morrison. Muzyka Germaine Franco. Wykonawcy Shameik Moore (Malcolm), Kiersey Clemons (Diggy), Tony Revolori (Jib), Zoë Kravitz (Nakia), A$AP Rocky (Dom). Produkcja Forest Whitaker’s Significant Productions, Iamother Entertainment, Revolt Films, That’s Dope. USA 2015. Dystrybucja UIP. Czas 103 min

Piotr Dobry, Dope, „Kino" 2016, nr 4, s. 70

© Fundacja KINO 2016

POLECAMY: esej Ewy Drygalskiej o nowym czarnym kinie młodzieżowym w papierowym wydaniu „Kina” 4/2016

Zmieniony ( 01.04.2016. )