Lion. Droga do domu

LION. DROGA DO DOMU
ZBIGNIEW BANAŚ

Chociaż debiut reżyserski Gartha Davisa jest formalnie produkcją australijską, to na jego treść i ładunek emocjonalny najlepiej wskazuje nazwa amerykańskiego koproducenta, The Weinstein Company. Nie od dziś wiadomo, że Harvey Weinstein najchętniej firmuje popularne kino o aspiracjach artystycznych. Innymi słowy, są to filmy, które podobają się publiczności, chwytają za serce, ale i dają duże szanse na nagrody, w tym na nominacje oscarowe.

„Lion. Droga do domu” jest dziełem o mocno wyrachowanych parametrach, a autorzy filmu od samego początku umiejętnie pociągają za sznureczki emocjonalne kierujące reakcją widzów. Efekt końcowego wzruszenia jest więc w zasadzie gwarantowany.

Oparta na faktach historia składa się z kilku fascynujących rozdziałów. Rozpoczyna się w Indiach. W połowie lat osiemdziesiątych pochodzący z biednej rodziny pięcioletni chłopiec o imieniu Saroo przypadkowo znalazł się w pustym pociągu dalekobieżnym. Zanim ktokolwiek się zorientował, malec samotnie przejechał ponad tysiąc pięćset kilometrów z rodzinnego miasteczka do Kalkuty.

Na miejscu nie mógł się prawie z nikim porozumieć, bowiem mieszkańcy wschodniej części kraju używają nieznanego chłopcu języka bengalskiego. Przez kilka tygodni Saroo tułał się po ulicach, po czym wylądował w sierocińcu. W tym samym czasie matka bezskutecznie szukała go w zupełnie innym regionie.

Po upływie kolejnych kilku miesięcy chłopiec został adoptowany przez bezdzietną rodzinę z Tasmanii. Tam wychował się w dobrobycie i wiele lat później rozpoczął studia hotelarskie. W zasadzie powinien czuć się pełnoprawnym Australijczykiem, jednak świadomość posiadania hinduskich korzeni nie dawała mu spokoju.

Gdy pojawiły się nowe technologie, Saroo zaczął korzystać z programu Google Earth i w oparciu o szczątkowe wspomnienia z dzieciństwa usilnie próbował odtworzyć trasę swojej pierwszej podróży kolejowej. Z czasem stało się to obsesją dorosłego już mężczyzny. Ostatecznym celem poszukiwań było oczywiście zidentyfikowanie rodzinnych stron i znalezienie najbliższych. Ten bardzo długi proces przypominał desperackie szukanie przysłowiowej igły w stogu siana.

Scenariusz dzieli opowieść na dwie chronologicznie następujące po sobie części. Są one bardzo różne pod względem stylistycznym i językowym. Pierwsza faza rozgrywa się całkowicie na subkontynencie indyjskim. Lokalny koloryt, ze zgiełkiem ulic i wszechobecną biedą, przypomina w wielu sekwencjach klimaty filmu „Slumdog. Milioner z ulicy”.

Podobieństwo dotyczy również charyzmatycznej kreacji dziecięcego aktora. Sunny Pawar jako zagubiony mały Saroo urzeka zarówno rezolutnością, jak i wrażliwością wobec otaczającego go świata. Martwimy się o niego, lecz jednocześnie kibicujemy mu, podziwiając jego zaskakującą dojrzałość w zmaganiach z przeciwnościami losu. Pierwsza część filmu jest momentami porywająca, zwłaszcza od strony czysto wizualnej. Uderzający realizm poszczególnych sytuacji przywołuje echa szkoły włoskiej lub kina brazylijskiego, jeszcze mocniejszego pod względem społecznej wymowy.

Druga połowa filmu przenosi nas do Australii. Konwencja narracyjna zmienia się radykalnie, odzwierciedlając o wiele bardziej stateczne (i statyczne) życie mieszczańskich przedmieść. Spokój i sielanka. Kontrast pomiędzy przedstawionymi wcześniej realiami trzeciego świata a obrazem zachodniej cywilizacji nie wychodzi jednak poza utarte schematy.

Już decyzje obsadowe mają jednoznacznie definiować komfort życia w Australii. Dorosły Saroo grany jest przez gwiazdę „Slumdoga” Deva Patela, z typową dla tego aktora mieszanką naturalnego ciepła i irytującej intensywności. Aktorska stajnia braci Weinstenów reprezentowana jest przez Nicole Kidman w roli przybranej matki głównego bohatera i Rooney Marę jako jego dziewczynę.

O ile jeszcze stonowana kreacja Kidman broni się niewyszukaną prostotą, to obecność Amerykanki na ekranie wydaje się zbędna. Grana przez nią postać studentki została napisana bezbarwnie, w ogólnym rozrachunku chyba głównie po to, żeby nazwisko aktorki mogło dla dobra filmu pojawić się na promocyjnym afiszu.

Poszczególne sekwencje tej części filmu są od początku do końca przewidywalne, łącznie z dramaturgią finału. Nie oznacza to jednak, że brak w nich odpowiednich emocji. Wręcz przeciwnie, narastają one z upływem czasu. W kontekście rozwoju wydarzeń trudno pozostać obojętnym na oczywiste manipulacje emocjonalne.

I nie ma przy tym żadnego znaczenia, czy ktoś zawczasu zna prawdziwe zakończenie historii hinduskiego Odyseusza, czy też nie. Kwestie określenia własnej tożsamości przez osobę o tak skomplikowanym życiorysie jak Saroo zostają, niestety, zepchnięte na dalszy plan.

I jeszcze jedna sprawa. Okazuje się, że budżet produkcji był stosunkowo niski, a firma Google nie dołożyła do kosztów realizacji ani centa. Autorzy filmu z dumą określają więc swoje dzieło mianem niezależnego, choć świadomie stworzyli produkt posiadający liczne znamiona komercji.

Lion
Reżyseria Garth Davis. Scenariusz Luke Davies na podstawie książki Saroo Brierley’a i Larry’ego Butrose’a. Zdjęcia Greig Fraser. Muzyka Volker Bertelmann, Dustin O’Halloran. Wykonawcy Dev Patel (Saroo Brierley), Sunny Pawar (młody Saroo), Nicole Kidman (Sue Brierley), Rooney Mara (Lucy), David Wenham (John Brierley). Produkcja See-Saw Films, Aquarius Films, Screen Australia, Sunstar Entertainment, The Weinstein Company. Australia – Wlk. Brytania – USA 2016. Dystrybucja Forum Film. Czas 129 min

Zbigniew Banaś, Lion. Droga do domu, „Kino" 2016, nr 12, s. 71

© Fundacja KINO 2016

Zmieniony ( 14.12.2016. )