Amerykańska sielanka

AMERYKAŃSKA SIELANKA
BARTOSZ ŻURAWIECKI

Powieści Philipa Rotha - najwybitniejszego chyba obecnie amerykańskiego pisarza, kronikarza współczesnych dziejów Stanów Zjednoczonych - dość często przenoszone są na ekran, jednak jak na razie bez oszałamiających rezultatów. A przecież z pozoru idealnie nadają się na adaptacje. Roth konsekwentnie trzyma się konwencji realizmu psychologicznego. Jego książki detalicznie odtwarzają realia minionych dekad, lecz jednocześnie akcji nie brakuje, narracja jest dynamiczna, zaś styl rzeczowy. Coś jednak ewidentnie ginie w przekładzie z papieru na ekran, żadnej więc z dotychczasowych ekranizacji nie można przypisać przymiotnika „wybitna".

W czym tkwi problem? Może w pesymizmie Rotha? Kino (zwłaszcza amerykańskie) - jako rozrywka raczej ludyczna, tworzona ku uciesze tłumu - generalnie z pesymizmem sobie nie radzi. Próbuje go przykryć morałem albo sentymentalnym wzruszeniem. I to jest właśnie casus adaptacji prozy Rotha, w tym także „Amerykańskiej sielanki". Gorzka ironia książkowego oryginału gubi się w tonach rzewnych.

Zarazem trzeba obiektywnie przyznać, że jest to udany debiut reżyserski w pełnym metrażu aktora Ewana McGregora (wcześniej nakręcił tylko jedną z części nowelowych „Tube Tales"). Starannie zrealizowany i dobrze zagrany, zwłaszcza przez trójkę głównych aktorów - McGregora, Jennifer Connelly i Dakotę Fanning. Ale swoje pięć minut ma tutaj także Pieter Riegert w roli zażywnego bezpośredniego ojca o ciętym języku. To ciekawe, że urodzony przecież w Szkocji McGregor sięgnął po tak amerykańską powieść i sam też wcielił się w postać na wskroś amerykańskiego... Szweda, bo takie właśnie przezwisko nosi główny bohater, Seymour Irving Levov.

Chłopak pochodzi z żydowskiej rodziny przemysłowców z Newark, lecz jego sława - dzięki sportowym osiągnięciom - wykracza poza granice diaspory. Zresztą, już sam wygląd Seymoura (Roth pisze m.in. o „iście wikingowskiej twarzy niebieskookiego blond zjawiska"), któremu zawdzięcza ksywę, przeczy semickim stereotypom. W połączeniu z sukcesami w baseballu i futbolu czyni on ze Szweda kogoś w rodzaju obcego, a zarazem jakże swojskiego boga uwielbianego zwłaszcza przez zapatrzonych w niego żydowskich podrostków.

Bohater potem przejmuje familijny biznes (fabrykę rękawiczek) i żeni się z byłą miss New Jersey. Rodzi im się córka i razem tworzą wzorcową amerykańską rodzinę. Do czasu. Roth opowiada o wzlocie i upadku tej rodziny, która rozpadnie się, gdy nadejdą burzliwe lata sześćdziesiąte, a ukochana córeczka przystąpi do radykalnej grupy podkładającej bomby.

McGregora zafascynował antyczny tragizm historii opisanej przez Rotha. Mniej go więc interesuje kontekst historyczno-społeczny, a bardziej uniwersalna przypowieść o siłach, nad którymi nie jesteśmy w stanie zapanować, mimo najlepszych chęci i najszczerszych uczuć. Szwed jest ukazany na ekranie jako dobry człowiek starający się wieść uczciwe, pracowite życie dla swej rodziny i społeczności. Poglądy ma umiarkowane, nie wikła się w żadne ekstrema, a jednak staje się ofiarą „wojny, której nie rozpętał".

Układa się to w poruszającą historię, co nie zmienia faktu, że wyraźnie widać skróty, jakie poczynili twórcy (scenariusz podpisał John Romano). Bo też jak tu zmieścić w niespełna dwugodzinnym filmie powieść liczącą sześćset stron? Roth jest w książce dużo bardziej dwuznaczny i wnikliwy. Punktem wyjścia czyni osobistą relację narratora, pisarza Nathana Zuckermana, ze Szwedem, którego wielbił jako małolat i do którego wciąż, na stare lata, czuje ów dawny dziecinny podziw, choć zarazem dostrzega fasadowość jego postawy „człowieka sukcesu".

W filmie ta figura narracyjna zostaje zredukowana do spotkania Zuckermana, granego przez Davida Strathairna, z bratem Szweda, który opowiada mu rodzinne dzieje. Pozwala to ująć fabułę w klamrę, ale poza tym wydaje się chwytem czczym, niewiele wnoszącym do całości.

Roth powiada na kartach powieści, że „american dream" skończył się już dawno temu, jednak Amerykanie nadal usilnie próbują go śnić. Równie ważny jak historia z lat sześćdziesiątych jest więc współczesny kontekst (książka ukazała się pod koniec lat dziewięćdziesiątych, czyli jeszcze przed zamachami z 11 września, które dla wielu stały się brutalnym przebudzeniem). McGregor kończy główną opowieść dość nagle, a przeskok do teraźniejszości głównie wywołuje w widzu pytanie, co też przez ten czas działo się z bohaterami.

Wyraźnie brakuje perspektywy, która pozwoliłaby nam dostrzec ciągłość między gwałtownymi przemianami ery „dzieci kwiatów" (niekoniecznie tylko niewinnych i pokojowo nastawionych, jak się okazuje), a naszą epoką i jej wstrząsami. Taka perspektywa mogłaby wpisać filmową „Amerykańską sielankę" w zbiór „amerykańskiej mitologii", która wciąż kształtuje postawy i wierzenia nie tylko przecież obywateli USA.

Pozostaje jedynie satysfakcja z porządnej roboty reżyserskiej i aktorskiej. Ten film to coś dla fanów Ewana McGregora, ale już niekoniecznie dla wielbicieli prozy Philipa Rotha.

American Pastoral
Reżysera Ewan McGregor. Scenariusz John Romano (na podstawie powieści Philipa Rotha). Zdjęcia Martin Ruhe. Muzyka Alexandre Desplat. Wykonawcy Ewan McGregor (Szwed Levov), Jennifer Connelly (Dawn Levov), Dakota Fanning (Merry Levov), Peter Riegert (Lou Levov), Rupert Evans (Jerry Levov), Molly Parker (Sheila Smith), David Strathairn (Nathan Zuckerman). Produkcja Lakeshore Entertainment. USA - Hongkong 2016. Dystrybucja Best Film. Czas 108 min

Bartosz Żurawiecki, Amerykańska sielanka, „Kino" 2017, nr 1, s. 84-85

© Fundacja KINO 2017

Zmieniony ( 31.01.2017. )