Gra pozorów

GRA POZORÓW
PIOTR DOBRY

Piękni ludzie w pięknych okolicznościach przyrody, uczucia rozpięte od rozkoszy do rozpaczy – czy może być coś bardziej kinetycznego? Topos wyjazdu w zaciszne miejsce celem odbudowy związku, odnalezienia nowych-starych namiętności, co rusz powraca na ekrany. Naturalnie z różnym skutkiem.

Niekiedy na przykład ludzie są tak piękni, a ich uczucia tak egzaltowane, że cały pożądany autentyzm diabli biorą – tak było choćby w przypadku niedawnego „Nad morzem” Angeliny Jolie. Na szczęście Estończyk Vallo Toomla już u progu kariery gra raczej w tej lidze, co Maren Ade („Wszyscy inni”) czy Ruben Östlund („Turysta”). W „Grze pozorów”, podobnie jak w filmie Szweda, konflikt zasadza się na cichej frustracji trzydziestoparoletniej kobiety, rozgoryczonej pasywnością partnera.

Juhan i Anna przybywają do luksusowej nadmorskiej daczy, wynajętej im na weekend przez znacznie lepiej sytuowanych przyjaciół. Słów nie pada wiele, ale umiejętnie prowadzona ekspozycja od razu nakreśla relacje między parą. Jego nerwowo rozbiegany wzrok, jej rzucane ukradkiem pogardliwe spojrzenia, wystudiowany wzajemny dotyk – to ten etap w związku, gdy żyje się razem ale osobno, a temperatura może osiągnąć co najwyżej poziom chłodnej uprzejmości.

Reżyser stopniowo odsłania potencjalne przyczyny takiego stanu rzeczy, skądinąd standardowe, rodem ze sztambucha wielkomiejskich korpokochanków. Pracoholizm Juhana, jego oziębłość seksualna? Trauma poaborcyjna Anny? Zwyczajne wypalenie po obu stronach? Prawdopodobnie wszystko po trochu, ale Toomla nie drąży i słusznie, bo i nie przyczyny są tu istotne, lecz skutki. Przepaść pogłębiająca się wraz z biernością Juhana.

Kiedy urlopowicze pierwszy raz idą popływać, w pewnym momencie zauważają z oddali, jak ktoś przetrząsa ich rzeczy pozostawione na wyludnionej plaży. Anna domaga się od partnera reakcji, ale Juhana stać tylko na wzruszenie ramionami. „Mam strugać bohatera z powodu paru ręczników?” – pyta zdziwiony.

I tak już napiętą atmosferę potęguje wprowadzenie do gry jeszcze jednej pary. Triin i Erik są nieco starsi od Anny i Juhana, nie tak atrakcyjni, za to wyraźnie szczęśliwsi, już na pierwszy rzut oka sprawiają wrażenie beztroskich hipisów. Ku rosnącej konsternacji Juhana, Anna proponuje nieznajomym najpierw nocleg a z czasem także dłuższy pobyt.

Sama wskakuje w buty pani domu, również dosłownie, myszkując po szafie prawdziwej gospodyni. Zaczyna też prowokować obu mężczyzn – własnego i cudzego. Jej pobudki od początku są jasne – wzbudzenie zazdrości w Juhanie, ale film zasadniczo unika sztampowych rozwiązań, co w dużej mierze zawdzięcza zestawieniu oczywistej prowokacji erotycznej z tą bardziej subtelną – klasową.

Motyw spontanicznego przejęcia „lepszej” tożsamości dla lepszego samopoczucia, perwersyjnego zabawienia się kosztem innych, jest tu najciekawszy i generuje największe napięcie. Obie pary testują się nawzajem, w pozornie niewinnych dialogach sączy się coraz więcej jadu, uprzedzenia coraz częściej wyzierają zza udawanej życzliwości. Powietrze sukcesywnie gęstnieje od niewidzialnych toksyn, wybuch jest nieuchronny, choć pytanie, kto pęknie pierwszy, aż przez trzy czwarte filmu pozostaje bez odpowiedzi.

Niespodzianka zostaje ujawniona dopiero w ostatnich kilkunastu minutach, a z nią gwałtowanie zmienia się tonacja, w czym film przypomina głośne „Uciekaj!” Jordana Peele’a, gdzie podobnie, thriller psychologiczny o podziałach klasowych nagle ustępował miejsca dynamicznemu horrorowi z postaciami ganiającymi się z nożem kuchennym.

Jednak ta pozornie destrukcyjna dla ambitnego filmu wolta stylistyczna – też jak w przypadku „Uciekaj!” – bynajmniej nie rozczarowuje. Pozwala bowiem nie tylko na nietypowe rozegranie konwencji „home invasion”, gdzie zagrożenie przychodzi z wewnątrz budynku, ale i na wprowadzenie nowych podtekstów.

Modernistyczny, szklano-chromowany dom wyrasta wręcz na piątego bohatera opowieści. Z okazałego symbolu luksusu przeistacza się w perfidną pułapkę bez wyjścia, odbijając w swoich sterylnych, połyskujących wnętrzach nieme szyderstwo z losu bohaterów.

Konkluzja, że niezdrowe aspiracje mogą nas zwieść na manowce, nie jest co prawda szczególnie odkrywcza, jednak wybrzmiewa tu przekonująco, nienachalnie, bez fałszywych nut. Jeszcze bardziej podoba mi się jednak inna myśl zawarta w filmie Toomli: że czasem tylko transgresja, przekroczenie granic, zdawałoby się nieprzekraczalnych, może kogoś zmusić do działania.

Bardzo obiecujący debiut.

Teesklejad
Reżyseria Vallo Toomla. Scenariusz Andris Feldmanis, Livia Ulman. Zdjęcia Erik Pollumaa. Muzyka Karlis Azuans. Wykonawcy Mirtel Pohla (Anna), Priit Voigemast (Juhan), Mari Abel (Triin), Meelis Rämmeld (Erik). Produkcja Amrion, Studio Uljana Kim. Estonia – Łotwa – Litwa 2016. Dystrybucja Aurora Films. Czas 102 min

Piotr Dobry, Gra pozorów, „Kino" 2017, nr 6, s. 70

© Fundacja KINO 2017

Zmieniony ( 11.06.2017. )