Italian Race

ITALIAN RACE
ŁUKASZ KNAP

Tytuł oryginalny znaczy „szybki jak wiatr” i jest o tyle mylący, że film wchodzi do polskich kin grubo rok po włoskiej premierze. Nie oddaje też do końca jego przewrotności – mamy bowiem do czynienia z produkcją o wzlotach i upadkach drugoligowej, nieletniej dziewczyny-kierowcy wyścigowego, szkolonej przez starszego brata-ćpuna w rozklekotanym peugeocie.

Dodać trzeba: przewrotności pozornej, bo chociaż historia rywalizacji sportowej sprzężona z dramatem rodzinnym na pierwszy rzut oka może wydawać się samograjem, to „Italian Race” po raz kolejny dowodzi, że nie od razu Rzym zbudowano. Mimo obiecujących zapowiedzi, ten niekonwencjonalny miks pozostawia wiele do życzenia.

Najwięcej jest w tym filmie scen wyścigów, ale jakoś żadne nie zapadają w pamięć: ani te nakręcone na profesjonalnych torach, ani starcie z motocyklowym gangiem na uroczych włoskich małomiasteczkowych ulicach, ani nawet nielegalne, śmiertelnie niebezpieczne zawody, w których uczestniczy „naspidowany” brat głównej bohaterki.

Pierwsze przypominają intra starych gier komputerowych, drugim brakuje bigla, a ostatnie – może i chwyciłyby widza za gardło, gdyby nie poprzedzające je beznamiętne sekwencje, wprowadzające w stan letargu.

O dziwo, z łatwością przyjmujemy do wiadomości, że w większości pościgów udział bierze nad wyraz samodzielna osierocona siedemnastolatka Giulia – ściga się zawodowo, ma na głowie spłatę długu niedawno zmarłego ojca i opiekę nad dwoma braćmi, młodszym i starszym, wspomnianym narkomanem.

Wiarygodna kreacja aktorska Matildy De Angelis, włoskiego wcielenia Jennifer Lawrence, jest najjaśniejszym punktem tego filmu, czego nie można powiedzieć o przeszarżowanej roli Stefana Accorsiego. Wiecznie na haju, umorusany i bełkotliwy – ot, kolejna postać narkomana przywołująca estetykę rodem z Monaru. Oby ostatnia: zgiń, przepadnij, maro nieczysta!

W każdym razie, brat i siostra tworzą duet, w którym zabrakło nie tylko aktorskiej chemii, ale przede wszystkim scenariusza tłumaczącego, jakim cudem twardogłowy ćpun znajduje w sobie motywację i siłę, żeby bez odwyku czy terapii zacząć względnie normalne funkcjonowanie i pomaganie siostrze, której nie widział wiele lat.

Nawet jeśli film opowiada historię opartą na faktach – a tak sugeruje informacja w napisach końcowych – to trudno w nią uwierzyć, a jeszcze trudniej kibicować jej bohaterom. Żadna tajemnica: życie sobie, a reguły kina sobie.

Może więc wyświechtane porównanie zawarte w tytule trafnie opisuje, czym jest film w reżyserii Matteo Rovere? „Italian Race” sili się na oryginalną fabułę, ale koniec końców potyka się o najbardziej banalnie rozpisane wątki, których wymowę mogłyby podsumować słowa: „silna rodzina – dobrze nam razem” albo równie oryginalne „walcz ze swoimi słabościami – nigdy się nie poddawaj”. Nie ma nad czym dłużej się rozwodzić: ten film to same pobożne życzenia.

Veloce come il vento
Reżyseria Matteo Rovere. Scenariusz Matteo Rovere, Filippo Gravino, Francesca Manieri. Zdjęcia Michele D’Attanasio. Wykonawcy Stefano Accorsi (Loris De Martino), Matilda De Angelis (Giulia De Martino), Giuseppe Gaiani (Mario De Martino), Lorenzo Gioielli (Ettore Minotti). Produkcja Fandango, Rai Cinema. Włochy 2016. Dystrybucja Spectator. Czas 118 min

Łukasz Knap, Italian Race, „Kino" 2017, nr 12, s. 74

© Fundacja KINO 2017

Zmieniony ( 30.12.2017. )