Pocałunek o północy

POCAŁUNEK O PÓŁNOCY
IWONA CEGIEŁKÓWNA

Takie historie kino przerabiało już na wiele sposobów i z różnym skutkiem. Ale gatunek komedii romantycznej wciąż zyskuje nowych entuzjastów po obu stronach ekranu. Okazuje się, że nieco spłowiały schemat fabularny (on, ona, przypadkowe spotkanie i nieprzypadkowe uczucie) może wiele zyskać - zaadaptowany przez twórcę dalekiego od hollywoodzkiego "mainstreamu". W przypadku "Pocałunku o północy" owym twórcą jest Alex Holdridge, dla którego to trzeci film pełnometrażowy.
 
Pocałunek o północy33-letni Holdridge jest już postacią rozpoznawalną w amerykańskim show-biznesie: pisze scenariusze, reżyseruje, a niekiedy sam pojawia się przed kamerą jako aktor. Jego poprzedni film, "Sexless", zdobył nagrody jury i publiczności na niezależnym festiwalu SXSW, a debiutancki "Wrong Numbers" - główną nagrodę na Austin Film Festival. Z kolei "Pocałunek o północy" wyróżnili m.in. dziennikarze na tegorocznym festiwalu Off Camera. Niedawno film zyskał jeszcze jedno ważne wyróżnienie - nominację do Nagrody im. Johna Cassavetesa przyznawanej produkcjom nakręconym za kwotę poniżej 500 tys. dolarów. To jedna z najbardziej prestiżowych nagród dla twórcy niezależnego, bo autor "Twarzy" i "Kobiety pod presją" pozostaje guru kolejnych pokoleń bezkompromisowych filmowców.

Czym film Holdridge'a zasłużył na te zaszczyty? "Pocałunek o północy" to bezpretensjonalna, z niemałą wprawą i wdziękiem nakręcona opowieść o poszukiwaniu miłości w wigilię nocy sylwestrowej w wyjątkowo chłodnym Los Angeles. On i ona po przejściach. On i ona złaknieni bratniej duszy. Choćby na tę jedną, wyjątkową noc. Dobiegający trzydziestki Wilson umawia się na randkę w ciemno z Vivian. Chłopak ma za sobą nieciekawy rok: nie dość, że nic nie wyszło z jego kariery scenopisarskiej, to jeszcze skradziono mu komputer i rzuciła go dziewczyna. Vivian, atrakcyjna, żywiołowa blondynka, próbuje się uwolnić z toksycznego związku. Początkowo - zgodnie z regułami gatunku - trudno im odnaleźć wspólny język. Ale - znów jak przystało na bohaterów klasycznej komedii romantycznej - coś ich do siebie przyciąga, wbrew pozornym różnicom charakterologicznym i życiowym oczekiwaniom.

Jak zawsze w takich przypadkach, kluczem do sukcesu było trafne obsadzenie postaci głównych bohaterów - oboje są obecni na ekranie niemal przez cały czas, więc na ich barkach spoczywa niemała odpowiedzialność. Odtwórcy obu ról współpracowali już z reżyserem. Przy chwilami nieco bezbarwnym Wilsonie Scoota McNairy'ego interesująco wypada Sara Simmonds jako Vivian. Jej bohaterka dominuje niemal w każdym kadrze. Jest żywiołowa, nieprzewidywalna i wydaje się znacznie dojrzalsza od Wilsona. W każdym razie wie, czego chce od życia, choć nie oznacza to, że wie również, jak ten cel osiągnąć. Nieplanowana ciąża stawia ją przed trudnym wyborem. Ale też sprawia, że Vivian z beztroskiej dziewczyny, marzącej o sławie w świetle jupiterów, przeradza się w świadomą siebie kobietę.

"Pocałunek o północy" porównuje się czasem do filmów Richarda Linklatera czy Jima Jarmuscha. Z tym pierwszym skojarzenia są oczywiste - podobnie jak w "Przed wschodem słońca" fabuła koncentruje się wokół parogodzinnej rozmowy dwojga przypadkowo spotykających się młodych ludzi, którą odbywają spacerując po wielkomiejskich ulicach. Nie bez znaczenia był pewnie fakt, że jedna z producentek filmu Linklatera, Anne Walker, produkowała też "Pocałunek...". Holdridge'owi trochę jednak brakuje do klasy obu reżyserów. Przede wszystkim wciąż zdaje się szukać własnego stylu. W jego filmie możemy odnaleźć więcej rozmaitych inspiracji (również ze wspomnianego już Cassavetesa - zwłaszcza w warstwie wizualnej) niż w pełni oryginalnego głosu twórcy. Ale mimo wszystko warto się przekonać, co ma do powiedzenia już teraz.

Pochlebne recenzje "Pocałunku..." to również w dużej mierze zasługa operatora Roberta Murphy'ego (debiut jako autora zdjęć w pełnym metrażu; gra też porzuconego przez Vivian chłopaka). Zdjęcia to niemal trzeci bohater filmu. Większość kręcono w naturalnych wnętrzach, łącznie z prawdziwym mieszkaniem reżysera, które wynajmował przed laty. Los Angeles w obiektywie Murphy'ego przypomina bardziej Nowy Jork niż słoneczne Miasto Aniołów z pocztówkowej wersji. Na czarno-białych zdjęciach trudno nawet rozpoznać słynną Hollywood Boulevard. Realizatorom sprzyjała wyjątkowo chłodna, jak na tę szerokość geograficzną, zima. Ale zdjęcia pozbawione są chropawej, gruboziarnistej faktury, do jakiej przyzwyczaiło nas offowe kino. Niemal każdy kadr wydaje się starannie skomponowany, choć narracja nie traci nic ze spontaniczności. Nieprzypadkowo pierwsze spotkanie bohaterów odbywa się w kawiarnianym ogródku, a randka - na ulicach miasta. Tu oboje są anonimowymi postaciami z tłumu równie obcych sobie ludzi. Gdy relacja Vivian i Wilsona się ociepla, zmienia się też inscenizacja scen z ich udziałem (kolacja we włoskiej knajpce, intymne sceny w mieszkaniu bohatera).
Holdridge'owi udało się jeszcze jedno: nie poszedł na narracyjną łatwiznę, zakończenie filmowej historii odbiega od reguł gatunku. Ale właśnie dlatego wierzymy jego bohaterom. Czujemy, że jesteśmy tacy jak oni: niepewni siebie, niespełnieni. I też częściej przytrafiają nam się te mniej romantyczne zakończenia.

In Search of a Midnight Kiss
Reżyseria i scenariusz Alex Holdridge. Zdjęcia Robert Murphy. Wykonawcy Scoot Mcnairy (Wilson), Sara Simmonds (Vivian), Brian Mcguire (Jacob), Kathleen Luong (Min), Twink Caplan (matka Wilsona), Robert Murphy (Jack). Produkcja Midnight Kiss Productions (II). USA 2007. Dystrybucja Vivarto. Czas 90 min.
 

Iwona Cegiełkówna, Pocałunek o północy, „Kino” 2009, nr 1, s. 75.


© Fundacja KINO 2009


 Film „Pocałunek o północy" w zaprzyjaźnionym serwisie Filmaster.pl:


Zmieniony ( 04.12.2010. )