Złodziejaszki

ZŁODZIEJASZKI
ANDRZEJ PITRUS

Miałem szczęście. Filmy Hirokazu Koreedy oglądałem od pierwszego do najnowszego. Wydaje mi się, że po kolei. Debiut fabularny w Warszawie na specjalnym pokazie festiwalowym, „Złodziejaszków” – w moim ulubionym londyńskim kinie w Institute of Contemporary Arts. Tego typu ciągłość pozwala śledzić zmiany, doskonalenie warsztatu, ewolucję indywidualnego języka.

Problem jednak w tym, że sztuka japońskiego reżysera od razu urodziła się dojrzała. Wczoraj, kilka dni po seansie w ICA, przypomniałem sobie pierwszy film – pod tajemniczym i wieloznacznym tytułem „Maborosi” – i po raz kolejny utwierdziłem się w przekonaniu, że to dzieło doskonałe i prawdziwie mądre. Opowiada o śmierci i stracie, wiernych towarzyszach ludzi starych, a zostało przecież zrealizowane przez twórcę wtedy zaledwie trzydziestodwuletniego.

Hirokazu Koreeda nigdy mnie nie zawiódł, choć kilkakrotnie zaskoczył. Najbardziej w 2009 roku, kiedy premierę miała „Dmuchana lalka” – po pierwsze dlatego, że zrealizowana według mangi, po drugie – bo opowieść o związku z lalą z sexshopu wydawała się nie bardzo pasować do innych filmów artysty. A jednak.

To kolejny piękny film, odebrany wtedy przeze mnie i moją towarzyszkę jako metaforyczna opowieść o kimś, kto szuka miłości, a jednocześnie bardzo się jej boi. Jak wielkie było nasze zaskoczenie, kiedy – kilka tygodni później, podczas wyprawy do Japonii – odkryliśmy, że Koreeda opowiedział o czymś, co naprawdę jest społecznym problemem w Japonii. Na własne oczy zobaczyliśmy młodych mężczyzn wyprowadzających na spacer (na inwalidzkich wózkach) kosztowne lalki do złudzenia przypominające młode kobiety.

Widzieliśmy też ogromne sklepy oferujące ubrania i akcesoria przeznaczone tylko dla nich.
Wracam przy okazji „Złodziejaszków” do tamtego filmu, bo nowe dzieło Japończyka jest właśnie takie. Ogląda się je jak rozprawę o czymś absolutnie fundamentalnym, a przecież sama historia jest zwyczajna, opowiedziana czasem w niemal paradokumentalnym stylu. Bez patosu i zadęcia. Jakby po cichu.

„Złodziejaszki” to przykład japońskiego wariantu slow cinema. Niewiele się w nich dzieje, aż przychodzi ten moment, kiedy Koreeda pokazuje jak bardzo mocne potrafią być jego filmy. I – prawie zawsze – bardzo, bardzo smutne. Często pojawiają się w nich dzieci, a to trudni bohaterowie, pewnie jeszcze trudniejsi aktorzy, zwłaszcza kiedy mają zagrać bohaterów skrzywdzonych, naznaczonych traumą.

Tu jedną z głównych postaci jest pięcioletnia dziewczynka znaleziona na ulicy i przygarnięta przez nietypową „rodzinę”, żyjącą w ubóstwie w nędznym mieszkanku. Rodzina to osobliwa, bo wzajemne relacje jej członków są nieoczywiste. Jest też starszy chłopiec, który uczy się fachu złodzieja sklepowego od swego przyszywanego ojca, by potem samemu wciągnąć do tej profesji jeszcze bardziej przyszywaną siostrzyczkę.

Kradną różne rzeczy. Najczęściej jedzenie, czasem coś bardziej wartościowego. Chłopiec nie widzi w procederze nic złego, bo przekonany jest, że to, co nie zostało przez kogoś kupione, w istocie nie ma właściciela. Film jest jednak nie o tym. Tak jak niemal wszystkie dzieła Hirokazu Koreedy, wraca do tematu straty, uczuciowej pustki, poszukiwania miłości. W najnowszym filmie pokazane to zostało niebanalnie i odważnie.

Trudno o tym pisać, jeśli nie chce się zdradzić tajemnic filmu, które przecież każdy widz zechce odkrywać samodzielnie. Dość powiedzieć, że miłości nie znajdziemy w „dobrych” domach. Gdzie zatem? Nie... odpowiedź wcale nie jest prosta. Nie ma tu banałów o łajdakach o złotych sercach, potrafiących wznieść się na emocjonalne wyżyny. Każdy, kto zna twórczość Hirokazu Koreedy wie, czego można się spodziewać. Nadziei, ale i klęski.

Przełomowa scena to ta, w której mały Shota zostaje po raz pierwszy złapany, a raczej pozwala się złapać. Kradnie siatkę pełną pomarańczy i kiedy zostaje otoczony przez dwóch ochroniarzy na moście, decyduje się na desperacki skok z wysokości kilkunastu metrów.

Przez chwilę nie wiemy, co się z nim stało. Kamera podąża wprawdzie za nim, ale nie widzimy chłopca, jedynie owoce rozsypane na ulicy. To bardzo japońska figura, którą można odnieść do tradycji plastycznej czy literackiej. Osobliwa synekdocha, będąca jednym z wyróżników stylu reżysera.

Zobaczcie, co się stało z Shotą. Ten film to prawdziwy klejnot.

Manbiki kazoku
Scenariusz i reżyseria Hirokazu Koreeda. Zdjęcia Ryuto Kondô. Muzyka Haruomi Hosono. Wykonawcy Lily Franky (Osamu Shibata), Sakura Andô (Nobuyo Shibata), Mayu Matsuoka (Aki Shibata), Jyo Kairi (Shota Shibata), Miyu Sasaki (Yuri Hojo). Produkcja AOI Promotion, Fuji Television Network, GAGA. Japonia 2018. Dystrybucja PMPG Polskie Media. Czas 121 min

Andrzej Pitrus, Złodziejaszki, „Kino" 2019, nr 03, s. 70

© Fundacja KINO 2019

POLECAMY: esej Alicji Helman o Hirokazu Koreedzie w papierowym wydaniu „Kina” 3/2019

Zmieniony ( 25.03.2019. )