W deszczowy dzień w Nowym Jorku

W DESZCZOWY DZIEŃ W NOWYM JORKU
BARTOSZ ŻURAWIECKI

Niespodziewanie zrobiła nam się przerwa w corocznych spotkaniach z nowymi filmami Woody’ego Allena. Nie wyniknęła ona bynajmniej z tego, że reżyser stracił wigor twórczy. „W deszczowy dzień w Nowym Jorku” było gotowe już rok temu, ale dystrybucję wstrzymano z powodu powrotu oskarżeń dotyczących rodzinnych spraw Allena. Zajmować się tutaj nimi nie będziemy, bo nie należą do meritum.

W każdym razie w roku 2018 po raz pierwszy od roku 1981 świat nie zobaczył nowego dzieła amerykańskiego twórcy. Zobaczy je dopiero teraz, przy czym Polacy i tak są uprzywilejowani, gdyż na przykład w Stanach film trafi do kin w grudniu. To przyspieszenie wzięło się u nas stąd, że podobno najchętniej oglądamy Allena w wakacje.

Czyżby dlatego, że jego filmy budzą już tylko letnie emocje? Niewykluczone. Czekanie na kolejne dzieło autora „Annie Hall” stało się i w naszym kraju rytuałem, podobnie jak rytualne są narzekania, że „to już nie to”, że się Allen powtarza, że przynudza, że  odcina kupony etc. Odcinać się od tych rytuałów nie ma co, zwłaszcza że sam twórca ostentacyjnie powtarza za każdym razem swoje ulubione motywy i wariacje.

W „Deszczowym dniu…” nawet przez chwilę nie sili się na oryginalność. To kolejny pean na cześć ukochanego Nowego Jorku, miasta pięknego i romantycznego nawet podczas ulewy. Miasta, w którym czeka na ciebie prawdziwa miłość i wiele innych rzeczy.

Co jednak ciekawe (najciekawsze w całym filmie) obraz stosunków społecznych panujących w Wielkim Jabłku przypomina – mimo że akcja dzieje się współcześnie – opisy z kart dziewiętnastowiecznych i wczesno dwudziestowiecznych powieści Henry'ego Jamesa, Edith Wharton czy Marcela Prousta. Dawna prostytutka może – niczym Odeta Swann z „W poszukiwaniu utraconego czasu” – zostać czołową przedstawicielką miejscowej elity; dzięki małżeństwu i pod warunkiem, że będzie milczeć na temat swojej przeszłości.

Nazwisko Jamesa, głównego demaskatora hipokryzji zamożnego amerykańskiego mieszczaństwa, pada zresztą z ekranu, podobnie jak nazwiska wielu innych twórców literatury, muzyki, malarstwa i – „last but not least” – kina.

Do wiadomej książki odsyła już samo imię głównego bohatera, Gatsby, i też rzeczywiście, młodzieniec grany przez Chalameta z równą łatwością, co postać z powieści Scotta Fitzgeralda, zdobywa pieniądze nie do końca legalnymi metodami. „Deszczowy dzień…” cały utkany został z odniesień do innych dzieł sztuki, a z tych odniesień najważniejsze stają się te auto… – cóż, użyjmy tego słowa – epigońskie.

Bohaterami filmu są ludzie ledwie dwudziestoletni. Reżyser wziął do głównych ról trójkę czołowych amerykańskich aktorów młodego pokolenia: Elle Fanning, Selenę Gomez a przede wszystkim Timothéego Chalameta, na którym, jak wiadomo od czasu „Tamtych dni, tamtych nocy”, świetnie leży młodzieńcza melancholia.

Ci bohaterowie w niczym nie przypominają swoich rówieśników, znanych nam z autopsji lub tzw. komedii młodzieżowych. Zamiast Lady Gagi słuchają Charliego Parkera. Uwielbiają stare filmy. Wiedzą, kim był Renoir, de Sica, a nawet Ortega y Gasset. Grają na fortepianie jazzowe standardy. Na randki chodzą do muzeów. Są młodymi klonami Woody’ego Allena. Chalamet wręcz garbi się tak jak on, spacerując ulicami deszczowego Nowego Jorku.

Dodajmy do tego łagodną satyrę na showbiznes – pretensjonalnych reżyserów „kina artystycznego” i próżnych a jurnych gwiazdorów kina masowego. Ale i to przecież nie raz już u Allena widzieliśmy.

Nostalgia w „Deszczowym dniu…” nastawiona jest wyłącznie na wskrzeszanie „utraconego czasu”. U twórcy ponad osiemdziesięcioletniego, autora ponad pięćdziesięciu filmów, to nic dziwnego. Nie inaczej zresztą było np. w dużo wcześniejszych „Złotych czasach radia” (1987). Ale tam jednak akcja toczyła się w przeszłości. Tym razem nostalgia pokrywa współczesne dekoracje i ma bardzo młode, właściwie nastoletnie oblicze.

Trudno jednak uwierzyć, by bohaterowie byli czymś więcej niż tylko „lajtową” (że użyję młodzieżowego slangu) wersją wiekowego reżysera. To główna słabość „Deszczowego dnia…”, ale są też inne mankamenty. Allen nigdy nie był wybitnym inscenizatorem. Kolejne segmenty jego filmów składają się przeważnie ze scen dialogowych rozgrywanych na tle dobrze przygotowanej scenografii.

Ruch kamery u Allena jest mało pomysłowy, ale tę statyczność wynagradzała często uroda kadrów. Tym razem jednak, mimo obecności na planie włoskiego operatora, laureata trzech Oscarów, cenionego za swój wizualny rozmach Vittoria Storara, Nowy Jork wypada blado i standardowo. Nie ma na ekranie tej intensywności, którą widzieliśmy w innych filmach Allena. I nie tytułowy deszcz jest tego przyczyną. Po prostu, twórcy nie znaleźli żadnego nowego klucza do miasta. Bo też nawet go nie szukali.

Fabułka jest pretekstowa – para młodych bohaterów przyjeżdża na weekend do Nowego Jorku i przeżywa tu różne perypetie – w czym nie byłoby nic złego, gdyby nie fakt, że opowieść, zwłaszcza w pierwszej części, toczy się w ospałym tempie.

W swym poprzednim dziele, „Na karuzeli życia”, o wiele pod wieloma względami ciekawszym, udało się reżyserowi uderzyć w nutę przejmującego tragizmu. „W deszczowy dzień…” natomiast to błahostka, z której jasno wynika, że Allen ma już swoje lata, a życie jest gdzie indziej.

Zdaje się więc, że i malkontenci, i zagorzali wielbiciele kina nowojorczyka pozostaną tym razem przy protokole rozbieżności. Choć zarówno jedni, jak i drudzy, z pewną niecierpliwością, wrócą do przerwanego na rok rytuału.

„W czasie deszczu dzieci się nudzą”, ale przecież zawsze lepiej się ponudzić na kolejnym filmie Woody’ego Allena.

A Rainy Day in New York
Scenariusz i reżyseria Woody Allen. Zdjęcia Vittorio Storaro. Wykonawcy Timothée Chalamet (Gatsby), Elle Fanning (Ashleigh), Selena Gomez (Shannon), Jude Law (Ted Davidoff), Liev Schreiber (Roland Pollard), Diego Luna (Francisco Vega). USA 2019. Dystrybucja Kino Świat. Czas 92 min

Bartosz Żurawiecki, W deszczowy dzień w Nowym Jorku, „Kino" 2019, nr 08, s. 82-83

© Fundacja KINO 2019

Zmieniony ( 11.08.2019. )