Sala samobójców. Hejter

SALA SAMOBÓJCÓW. HEJTER
KONRAD J. ZARĘBSKI

Nakręcona 10 lat temu „Sala samobójców” Jana Komasy była na polskim rynku kinowym czymś nowym. Przede wszystkim było to pierwsze na taką skalę połączenie kina aktorskiego z animacją, gdzie sekwencje animowane pełniły określoną funkcję fabularną – przejścia między światem rzeczywistym (realem) i rzeczywistością wirtualną, w której bohaterowie mogli zachować pełną anonimowość ze wszystkimi, także wątpliwymi korzyściami, jakie z tego płyną.

Ta anonimowość w sieci, budująca poczucie braku odpowiedzialności za myśli, słowa i czyny, przy równoczesnej fascynacji Internetem jako najszybszym ze znanych narzędzi komunikacji, stała się w „Sali samobójców” jednym z kryteriów opisu ówczesnego społeczeństwa: niedojrzałego także w obliczu mechanizmów społecznych okresu przejściowego.

Komasa nie omija nikogo – pokazuje zagubienie młodych, bezradność zajętych sobą (a nie rodziną) rodziców czy brak wizji pewnych grup zawodowych (choćby lekarzy psychiatrów). Tragiczny finał sięga katharsis: ktoś stracił życie, ktoś poczuł się za to odpowiedzialny, ktoś zmądrzał, a wielu – mam na myśli widzów – czegoś się nauczyło.

Wracając po 10 latach do „Sali samobójców”, Jan Komasa zyskał niepowtarzalną szansę, by podejmując temat „Internet a sprawa polska”, przyjrzeć się, jak postępuje edukacja w tej kwestii na poziomie społecznym. Wnioski, jakie podsuwa, nie napawają optymizmem. Otóż Polacy przede wszystkim nauczyli się korzystać z opcji „kopiuj-wklej”, co potwierdzą nauczyciele na każdym poziomie nauczania – od podstawowego na akademickim kończąc.

Bohater „Sali samobójców. Hejtera” należy do nielicznych wyjątków, którzy ponoszą konsekwencje nadużywania tej funkcji: za plagiat wylatuje ze studiów. Kara jest szczególnie dotkliwa, zważywszy że chłopak utrzymuje się w Warszawie dzięki dobroczynności ludzi zamożnych, którzy kiedyś spędzali wakacje u jego rodziców, a teraz ufundowali mu stypendium. Ich gest nie jest do końca szczery – bardziej chodzi o zaspokojenie własnego ego niż dar serca, więc bohater bez skrupułów ich wykorzystuje.

Przydatnym narzędziem jest Internet: znajomość z córką dobroczyńców na portalu społecznościowym pozwala rozszerzyć krąg znajomych, a w rezultacie przejąć ofertę pracy w agencji PR. Nie jest to zwykła agencja: tu nie buduje się wizerunku klienta, ale na jego życzenie umniejsza wizerunek konkurenta – handlowego, biznesowego a nawet politycznego. Nasz bohater, Tomasz, ma szczęście: sugestywny pomysł na kampanię antyreklamową przynosi nieoczekiwany skutek i chłopak awansuje do grona najbardziej zaufanych pracowników.

Niestety, wychodzi na jaw sprawa plagiatu i relegowania ze studiów, dotychczasowi dobroczyńcy zamykają Tomaszowi drzwi przed nosem, co budzi w nim pragnienie zemsty. Nadarza się niezwykła okazja: trwa kampania przed wyborami samorządowymi, jeden z kandydatów jest ich protegowanym, a agencja dostała właśnie zlecenie na jego czarny PR.

Tomasz ma szatański pomysł: jeśli się powiedzie, odzyska i znacząco wzmocni swoją pozycję w domu dobroczyńców, a jednocześnie zostanie prawą ręką swej szefowej. Walka toczy się przede wszystkim w Internecie; kilkoma uderzeniami w klawisze chłopak aranżuje wydarzenia, mobilizuje zwolenników i przeciwników kandydata, potrafi doprowadzić do ulicznej konfrontacji. Ale doskonale wyczuwa, że kulminacja każdej zaaranżowanej akcji musi się odbyć w realu, a zwieńczenie intrygi powinno być spektakularne. W tym celu przenika do komputerowej gry on-line i werbuje idealnego wykonawcę swojej wizji.

To moment, kiedy „Sala samobójców” spotyka się z „Hejterem”. Jeśli jednak przyjrzeć się dokładniej, punktów stycznych będzie więcej. Choćby sposób, w jaki kamera Radosława Ładczuka prowadzi Tomasza – Macieja Musiałowskiego – tak samo 10 lat temu Ładczuk prowadził Dominika – Jakuba Gierszała. Podobne wnętrza, podobna paleta barw, podobne środowisko zamkniętej na codzienność elity. Jest jednak element, który odróżnia tamtego Dominika od tego Tomasza – i nie chodzi tylko o fizyczność i ekspresję aktorów.

Przede wszystkim Tomasz nie budzi ani zaufania, ani sympatii widzów – od pierwszego do ostatniego kadru jest uosobieniem zła o kamiennej twarzy bez uśmiechu. Bez mrugnięcia okiem posługuje się kłamstwem, podstępem, manipulacją. Nawet w sytuacjach ekstremalnych nie budzi współczucia. Zdecydowanie, po trupach dąży do celu i nie zadowala się byle czym. Będzie trwał, wszak jest niezniszczalny.

Triumf Tomasza odbywa się kosztem katartycznego finału „Sali samobójców”. W pewnej chwili na ekranie pojawia się zdjęcie Agaty Kuleszy w towarzystwie Jakuba Gierszała. I w tej chwili już wiadomo, że widz słysząc nazwisko bohaterki, Beata Santorska, nie przesłyszał się: to matka Dominika. Jej metamorfoza w zimną sukę, gotową dla pieniędzy zniszczyć każdego, nie wydaje się nazbyt przekonująca. Podobnie zresztą jak wyniosły chłód nakreślonych na ekranie elit i zakres dzieła zniszczenia, do którego doprowadził Tomasz.

Ale jednego filmowi Jana Komasy odmówić nie można: palącej aktualności. Wśród napisów końcowych jest informacja, że zdjęcia zakończono w przeddzień Świąt Bożego Narodzenia 2018 roku; trzy tygodnie później szaleniec zabił prezydenta Gdańska. Od tamtej pory każdej kampanii politycznej towarzyszy niekoniecznie skrywany lęk, by sytuacja się nie powtórzyła. Internet hejtu nie śpi.

Sala samobójców. Hejter
Reżyseria Jan Komasa. Scenariusz Mateusz Pacewicz. Zdjęcia Radosław Ładczuk. Muzyka Jacaszek. Wykonawcy Maciej Musiałowski (Tomasz Giemza), Vanessa Aleksander (Gabi Krasucka), Danuta Stenka (Zofia Krasucka), Jacek Koman (Robert Krasucki), Agata Kulesza (Beata Santorska), Maciej Stuhr (Paweł Rudnicki). Polska 2020. Czas 135 min

Konrad J. Zarębski, Sala samobójców. Hejter, „Kino” 2020, nr 4

© Fundacja KINO 2020

POLECAMY: wywiad z Janem Komasą w papierowym wydaniu „Kina” 4/2020

Zmieniony ( 07.03.2020. )