Matka Joanna od Aniołów


MATKA JOANNA OD ANIOŁÓW
KRZYSZTOF ŚWIREK

„Matka Joanna od Aniołów" w reżyserii Jerzego Kawalerowicza, zrealizowana w 1960 roku przez Studio Filmowe KADR, to kolejny film zrekonstruowany w ramach projektu KinoRP. Od 8 marca 2010 roku efekty pracy nad tym dziełem można obejrzeć w kinach sieci Multikino i Silver Screen w całej Polsce. Film został zrekonstruowany w studiu filmowym TPS (obraz) i w TOYA Studios (dźwięk). Nadzór techniczny nad procesem rekonstrukcji sprawował Dariusz Jankowski, a Jerzy Wójcik, autor zdjęć, zadbał o zachowanie wszystkich walorów artystycznych obrazu.

Po premierze krytyka filmowa dość zgodnie rozpoznawała dzieło Jerzego Kawalerowicza i Jerzego Wójcika jako artystyczne wydarzenie, owemu uznaniu towarzyszyły jednak kontrowersje dotyczące tematu filmu. Opowieść o egzorcyście przejmującym na siebie demony opętanej wywołała protesty Kościoła, apelowano do wiernych, by omijali kina. Jednocześnie znaleźli się publicyści, którzy otwarcie kwestionowali wieloznaczność „Matki Joanny od Aniołów", skupiając się na problemie, jaki jest stosunek filmu do religii jako takiej. Czy piętnuje ją jako „szkodliwy mit", czy przeciwnie: przyjmuje religijny punkt widzenia, biorąc za dobrą monetę historię o obecności diabła w świecie? Pewne oceny w tym duchu formułuje się nawet współcześnie, widząc w filmie Kawalerowicza swoisty atak na katolicyzm. Powrót „Matki Joanny" do kin pozwala zweryfikować sposoby odczytywania tego filmu. Jezuita Józef Suryn przybywa do żeńskiego klasztoru w Ludyniu. Ma pomóc w egzorcyzmowaniu przełożonej klasztoru. To od niej rozpoczęło się opętanie zakonnic, ona też najsilniej opiera się działaniom kapłanów. Suryn aż za dobrze rozpoznaje naturę opętania zakonnicy. Wyłącza ją z publicznych egzorcyzmów, pomyślanych jako widowisko ku zbudowaniu wiary okolicznej ludności. Następnie domaga się zwierzeń, by wybadać, czemu kobieta „zezwala na wejście demonów". W próbach zrozumienia idzie bardzo daleko, współczucie zaczyna brać w nim górę nad chęcią zwalczania diabła. Przyjmuje więc diabła w siebie i popełnia potworną zbrodnię, by matkę Joannę uwolnić od demonów.

Matka Joanna od AniołówPoszukujący w filmie tezy o „fałszywości religii" być może przytoczyliby tu rozmowę Suryna z księdzem Brymem, miejscowym proboszczem, trzymającym się z dala od klasztoru. Brym sugeruje, że w klasztorze nie doszło do żadnego opętania, że chodzi tam w istocie o ludzkie żądze, a nie obecność demonów. Na ten cytat można odpowiedzieć innym, z rozmowy szlachcica i siostry furtianki w pobliskiej klasztorowi karczmie. Mniszka wyjawia, że matka Joanna, chcąc przestraszyć egzorcystę, zastosowała wobec niego jedną z „diabelskich sztuczek" (to znaczy ubrudziła klamkę, by później zostawić na ścianie znak osmalonej „diabelskiej" dłoni). Na pytanie, czy to znaczy, że przeorysza oszukuje, zakonnica odpowiada: kto w takim razie każe jej te sztuczki robić? Innymi słowy: jeśli za złymi, oszukańczymi uczynkami stoi szatański podszept, to jak odróżnić „prawdziwe" opętanie od „fałszywego"? Inaczej mówiąc, każde kłamstwo, jeśli chcemy, możemy wyjaśnić obecnością szatana. Wiara jest więc kwestią wyboru, nie dowodu. Sposób, w jaki ów dialog stawia sprawę, ukazuje wyraźnie, że w „Matce Joannie..." problemem nie jest kwestia prawdziwości czy fałszywości wiary.

Może więc trafne jest inne odczytanie, formułowane zresztą w zgodzie z wyjaśnieniami twórców, że historia, opowiedziana w „Matce Joannie...", staje się hymnem na cześć autentyczności ludzkich uczuć, ujarzmianych przez religijną kulturę? Wydaje się, że i to nie wytrzymuje krytyki. Bohaterowie filmu są zanurzeni w religijnym języku, stworzeni przez ten język i w nim szukają własnej realizacji. W kluczowych dla rysunku postaci momentach filmu Suryn przyznaje, że nie bardzo zna świat poza życiem religijnym. Od dziecka wychowywał się w klasztorze, a kobiety z jego rodziny były „prawie święte". W rezultacie Suryn nigdy nie opuszcza świata pojęć, formujących jego doświadczenie świata. Może popełnić herezję uznając, że nawet u korzeni opętania leży miłość, ale nigdy nie odchodzi od religijnego języka jako takiego, nigdy nie ujawnia, by było w nim jakieś „autentyczne uczucie", pierwotniejsze niż wiara i wolne od jej pojęć.

Matka Joanna zaś wyznaje jezuicie, że jej opętanie jest odpowiedzią na banalność życia. Nie dostąpiła łaski świętości, woli więc być opętana niż być nikim. Jej wyznanie, że dopuszcza do siebie demony, by nie roztopić się w tłumie, brzmi zresztą cokolwiek anachronicznie, takie problemy dotyczą bowiem raczej kultury indywidualistycznej, ustanawiającej przymus bycia wyjątkowym i, co więcej, wyrażania tej wyjątkowości w sposób dla wszystkich zrozumiały. Anachronizm ów potwierdza tylko, że „Matka Joanna..." jest filmem o mechanizmach raczej niż o historycznych wydarzeniach i ich ocenie. Mechanizm ów to właśnie wcielanie przez bohaterów filmu kulturowych pojęć. Matka Joanna wciela figurę potępionej, jezuita - figurę wewnętrznie podzielonego ascety, toczącego wojnę z samym sobą.

Już w pierwszym ujęciu filmu Suryn modli się leżąc krzyżem, gest ten w chrześcijańskiej symbolice wyraża uznanie własnej małości i nieskończoną pokorę. Kiedy przybywa do zajazdu, w którym się zatrzymuje, na ścianie swojej izby zawiesza dyscyplinę, jako pierwszy i najważniejszy element organizujący życiową przestrzeń. W wielu scenach pobożny jezuita biczuje się do krwi, jednak pokuta zdaje się nie uwalniać go od winy, ale podsycać dążenie do upokorzenia siebie.

Suryn poddany jest, powiedzielibyśmy używając języka psychoanalizy, surowej władzy superego, które w każdej postaci (formułowane w jakichkolwiek, nie tylko religijnych terminach) może działać destrukcyjnie. Im silniej poddajemy się jego nakazom, tym bezwzględniej ów mechanizm domaga się ofiar. To ma na myśli miejscowy proboszcz, ksiądz Brym, kiedy mówi o małych pokusach, którym on sam ulega. Przyznaje się Surynowi do własnych słabości, by terminami religijnymi wyłożyć prostą w sformułowaniu, ale trudną w realizacji zasadę: trzeba własną słabość nazywać po imieniu, ale rozgrzeszać ją, by nie popaść w większe zło. To niebezpieczeństwo ilustruje los jezuity: Suryn w końcu popełni duchowe samobójstwo w imię większego dobra - ocalenia matki Joanny. Innymi słowy, należy łagodzić reżim superego, ale tak, by go nie odrzucać. Niebezpieczeństwo drugiej skrajności ilustrują chociażby słowa wypowiadane przez jedną z postaci: „kto zabije własnego ojca, tego diabeł już nie opuści".

Matka Joanna od AniołówSiła filmu Kawalerowicza leży właśnie w tym, że nie oferuje on znanej historii o prawdziwej miłości, która nie mogła się spełnić. Zamiast tego pokazuje raczej, w jaki sposób język religijny i każdy inny język może brać udział w formowaniu sił działających w podmiocie, a silniejszych niż jego strona racjonalna. „Matkę Joannę..." w tym kontekście można rozumieć jako opowieść o wpływie każdej kultury. Dlatego tak trudno było niektórym recenzentom sprzed lat odnaleźć „klucz" do historii, dlatego do dzisiaj „Matkę Joannę..." można odczytywać zarazem jako opis destrukcyjnego wpływu religii i jako opowieść o religijnych rozterkach. Obie interpretacje, dodajmy, nie wydają się trafne. „Matka Joanna od Aniołów" opowiada raczej o mechanizmach uwewnętrzniania kulturowego wpływu. Wykracza tym samym poza pytanie o prawdę czy fałsz religii i opętania, tak jak wykracza poza koncepcję uniwersalnego potencjału człowieka czy samorealizacji. Dotyczy raczej procesu rozpoznawania siebie w zaczerpniętych z kultury pojęciach, praktykach i normach. Naprowadza nas na to choćby centralny w filmie motyw wyznania, skierowanego albo do innych (tak jak w scenach egzorcyzmów czy rozmów między jezuitą a matką Joanną) albo do samego siebie (jak w kilku scenach, kiedy Suryn rozmawia ze swoim odbiciem). W wyznaniu raz po raz dokonuje się opis samego siebie za pomocą kulturowych metafor. Owe metafory zawsze są prawdą dla osób, które je wcieliły, tak jak opętanie jest prawdą matki Joanny i Suryna. Nie ma takiej normy rzeczywistości, którą można do owego doświadczenia przyłożyć, by dowiedzieć się czy to doświadczenie jest „autentyczne". Film Kawalerowicza izoluje owo doświadczenie, wyjaskrawia je, dzięki czemu dostrzegamy najważniejszy mechanizm, nie dotyczący jednak wyłącznie tej kultury, która w filmie została pokazana. Równie dobrze może dotyczyć naszej, w której pojęcia świętości i potępienia utraciły rolę najważniejszych metafor.

Krzysztof Świrek, „Kino" 2010, nr 3, s. 41-43

© Fundacja KINO 2010

Zmieniony ( 05.03.2010. )