Nic osobistego


NIC OSOBISTEGO
JAN OLSZEWSKI

Najpierw jest młoda Holenderka, mieszkająca bodajże w Amsterdamie, która rozstaje się z mężem. Dziewczyna opuszcza swój kraj, wyjeżdża do Irlandii północno-zachodniej, słabo zaludnionej i niezamożnej. Żyje w prymitywnych warunkach, śpi pod namiotem. Unika ludzi, okazuje wrogość mężczyznom. I za wszelką cenę broni swej anonimowości.

Nic osobistegoZdaje się, że wszystko to zostało pomyślane jako kara wymierzona światu, który ją tak źle potraktował. Ale efekt ostateczny jest taki, że nasza rudowłosa bohaterka, przebywająca w samym sercu kraju nieskończenie pięknego, jakim jest Irlandia, w ogóle tego piękna nie dostrzega. Zajęta jest demonstrowaniem swej abnegacji. Na parkingu przydrożnym spotyka rodzinę turystów (ojciec, matka, dwoje dzieci), siedzącą przy stole i konsumującą suchy prowiant. Ona wyjada resztki z kubła na odpadki. „Czy pani potrzebuje pomocy” – pyta matka. Dziewczyna odpowiada: „Nie. A pani?” – Tak, świat jest obrzydliwy, ten wniosek jest potrzebny naszej Rudej z racji emocjonalnych. Stanowi prowokację, ale bardzo możliwe, że jest to także reakcja na głód, który skręca kiszki. Znalazła się w podwójnej pułapce. Czy potrafi z niej wyjść? Okazuje się, że tak, ale dopiero w białym domu.

Biały dom położony jest na pustkowiu, wśród drzew, nad Wielką Wodą – i jest piękny. Mieszka w nim tajemniczy osobnik, samotnik, właściwie nie wiadomo: może mnich, może wdowiec. Ma przedni sprzęt elektroniczny, multum płyt, w przystani zaś – łódź motorową. Gdy nasza Ruda zjawia tam się po raz pierwszy, zastaje drzwi niezamknięte: typowy przejaw wielkopańskiej kurtuazji. Dziewczyna zwiedza kolejne pomieszczenia, aż dociera do sypialni z czystą bielizną pościelową. Reaguje wtedy jak nałogowiec na widok narkotyku: ściąga z siebie odzienie, daje nura pod kołdrę, owija się prześcieradłem – szaleństwo, które trwa dobrą chwilę. Wreszcie odchodzi, ale przedtem poddaje gospodarza próbie: w widocznym miejscu umieszcza kosmyk swych rudych włosów.

Następnego dnia spotkanie z gospodarzem. Po wstępnej awanturze – jego oferta: „Jeżeli zechcesz pracować w mym ogrodzie, dam ci jeść”. Dziewczyna się zgadza, przez kilka godzin pracuje przy sortowaniu wodorostów, których tutaj używa się jako nawozu naturalnego. On składa następną propozycję: „Może mógłbym zatrudnić cię na stałe. Od czasu, kiedy zmarła moja…” Ona przerywa mu wpół słowa: „Nie jestem zainteresowana twymi problemami rodzinnymi. Powiedziałeś <jedzenie za pracę>, niech tak zostanie”.

Odtąd są na siebie skazani, ale droga do zgody jeszcze daleka. Zanim biały dom stanie się ich wspólnym domem, upłynąć musi dłuższy czas słownej szamotaniny. Dziewczyna jest agresywna, arogancka, ale racje, których broni, brzmią przekonująco. Mężczyzna chce, by dziewczyna została, bez żadnych warunków wstępnych. Ona widzi to inaczej. Ma za sobą bolesne doświadczenia natury osobistej, z jakichś względów nie chce ich ujawniać. Teraz rysuje się przed nią nowa mglista szansa, pragnie więc dyktować warunki. Chce wiedzieć o ewentualnym partnerze jak najwięcej, sama nie chce ujawniać niczego, począwszy od imienia. I ostatecznie mężczyzna kapituluje. Zobowiązuje się, że nie będzie o nic pytał, o nic prosił. Gdyby swoje zobowiązanie miał złamać, ukarze samego siebie.

Taki jest etap wstępny ich współżycia. W następnym chodzi już nie o słowa, lecz o czyny. Gospodarz zostawia dziewczynie plan zajęć dziennych, wchodzi na pokład swej łodzi i odpływa, ona zostaje sama, może to próba: czy odejdzie? Otóż nie. Po zakończeniu pracy w polu wraca do domu, znajduje odkurzacz, zabiera się do sprzątania: wspólne mieszkanie, więc i wspólna odpowiedzialność. Potem robią wspólną kolację. W ciągu następnych dni zbierają wodorosty. Wzajemne zaufanie rośnie samorzutnie, w miarę jak przybywa nowych obowiązków gospodarczych.

Do czego to wszystko prowadzi? Czy do miłości? Nie, skądże, do miłości jeszcze daleko. Cele są początkowo skromniejsze. Ona by chciała, by on uszanował w niej kobietę pełną uroku, mimo agresywności i niewyparzonego języka. Za to on chce uwolnić ją od nienawiści.

Obydwa cele zostają niemal osiągnięte. Ale wtedy wydarza się nieszczęście. Martin – w jakiś czas potem dowiadujemy się, że tak się nazywa – przewraca się na schodach, dostaje konwulsji. Jest chory, co dotychczas skrzętnie ukrywał. Ten incydent nie osłabia ich wzajemnego związku, przeciwnie: sprawia, że stają się dla siebie bardziej serdeczni. Ale właśnie to sprawia, że we wzajemnym porozumieniu pojawia się element nowy.

Nagle okazuje się, że duchowy kontakt między dwojgiem ludzi, mających się ku sobie, nie może być pełny, jeżeli obydwie strony jawnie, za obopólną zgodą zrezygnowały ze szczerości. Przedtem nie wydawało się to istotne. Teraz, niejako in articulo mortis, staje się sprawą gardłową. Popularny postulat „Jeżeli mnie kochasz, nie powinieneś mieć przede mną tajemnic, ani też godzić się na to, bym ja miała tajemnice przed tobą” – nabiera wartości kategorycznej. Więc teraz obydwoje naruszają uzgodnione tabu; ciekawe, że dzieje się to jednocześnie. On jedzie do Holandii, odwiedza jej dawne mieszkanie. Ona, w tym samym czasie, przeszukuje jego dom, garderobę, zawartość szuflad. Wszystko w sekrecie, rzecz pomyślana jest tak, by partner niczego się nie dowiedział. Ale postulat jest nierealny. W gruncie rzeczy, to sekretne sprawdzanie jest kolejnym przejawem nielojalności. Skutek: katastrofa i rozstanie – czy tak? Powiedzmy raczej, że prawie. Dziewczyna pakuje swoje rzeczy, podchodzi do drzwi. Ale przed progiem zawraca. Na początku filmu kapituluje mężczyzna, teraz kapituluje ona. Między tymi dwoma kapitulacjami zawarta jest treść filmu. Dopiero teraz miłość może zatryumfować. Na krótko; trzeba nam pamiętać, że nad losem tych dwojga unosi się cień choroby.

Właśnie! Jest zawsze rzeczą wątpliwą, gdy pewne istotne konflikty w filmie (dramaturgiczne, psychologiczne itp.) rozwiązywane są przy pomocy choroby jednego z protagonistów. Niby nie ma w tym nic złego, kłopoty ze zdrowiem zawsze należały do naszych codziennych doświadczeń. Chodzi tylko o to, by film nie stawał się opisem wypadków klinicznych. By prawda o człowieku nie ograniczała się do prezentacji symptomów chorobowych, lecz by owe symptomy mogły stać się pretekstem do rozważań o człowieku i jego życiu. Innymi słowy, by choroba czy śmierć zachęcała do postaw badawczych, których przedmiotem była nie choroba, lecz sam człowiek, jego postawy, jego zachowanie.

W filmie „Nic osobistego” przedmiotem analizy jest postawa heroiczna. Może fałszywa, może błędna? Martin jest chory; bardzo możliwe, że powinien poddać się stałej opiece lekarskiej, może w jakimś hospicjum, gdzie byłby pod stałą obserwacją. Ale Martin z tego rezygnuje. Zdaje się, że przez całe życie mieszkał w białym domu nad zatoką, że uprawiał swój ogród dokładnie tak, jak bohaterowie klasycznego filmu „Człowiek z Aran” przed 75 laty. Spotkawszy dziewczynę dwukrotnie młodszą od niego, pragnie wprowadzić ją w swój świat. Być może, niebawem umrze; ale w takim razie zostawi jej coś, co może wydać się jej rzeczą godną zapamiętania.

Ale jest w tym filmie jeszcze jedna myśl natury ogólnej, tyle że bardziej ulotna, może niedopowiedziana do końca. Warto ją przytoczyć, bo stanowi nieledwie cytat z wiersza pewnego polskiego poety. Zanim to uczynimy, powinniśmy odwołać się do początku niniejszych rozważań. Bohaterowie naszego filmu poznają się pewnego ranka, potem przez tydzień, a może przez kilka tygodni skaczą sobie do gardła. Zgoda następuje dopiero później. Gdyby sobie ten wstępny okres darowali – czy historia choroby potoczyłaby się inaczej? Czyta się niekiedy i słyszy, że miłość może wszystko, że leczy najstraszniejsze choroby. Czy tutaj byłoby tak samo?

Nic osobistegoMoże po prostu potrzebny jest cud. Cuda zdarzają się tam, gdzie wyczuć możemy choćby ślad transcendencji. W filmie „Nic osobistego” transcendencji nie ma, więc nie będzie cudu. A może jednak? W finale filmu nasza Ruda wyjeżdża do Hiszpanii. Idąc wąską uliczką do swego hotelu, słyszy bicie dzwonów. Może wtedy przypomina sobie słowa, które skierowała do Martina, gdy jeszcze się prawie nie znali. Powiedziała wtedy: nie obchodzisz mnie ani ty, ani twoje kłopoty, obchodzi mnie żarcie, które możesz mi zapewnić. Może teraz ma wyrzuty sumienia: „Boże, Boże, dlaczego mu to powiedziałam?”

A cytat z polskiego poety brzmi: „Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”.

Nothing Personal
Scenariusz i reżyseria Urszula Antoniak. Zdjęcia Daniël Bouquet. Muzyka Ethan Rose. Wykonawcy Lotte Verbeek (Anna), Stephen Rea (Martin). Produkcja Fastnet Films / Family Affair Films / Rinkel Film & TV Productions BV, Irlandia – Holandia 2009. Dystrybucja Vivarto. Czas 85 min

Jan Olszewski, Nic osobistego, „Kino" 2010, nr 5

© Fundacja KINO 2010

Zmieniony ( 16.04.2010. )