Wenecja


WENECJA
KS. ANDRZEJ LUTER

WenecjaJan Jakub Kolski zmaga się w „Wenecji” z mitem narodowym, z polską mentalnością tanatyczną, z kultem klęski, która rzekomo zawsze była naszym moralnym zwycięstwem. Reżyser pokazuje zaplecze Września ’39 z perspektywy dzieci, przeczekujących najtrudniejszy czas w prowincjonalnym dworku ciotki Weroniki. Wszyscy mają być tam bezpieczni, wierzą najpierw, że wojna nie wybuchnie, a jak się już zaczęła, żyją nadzieją szybkiego jej końca. Bo wszystko ma być przecież dobrze! Rychło okaże się, że dopadnie ich bezwzględność i bezsens wojny.

„Polska przegrała?” – pyta Marek, główny bohater filmu. „Bo to wiadomo?” – odpowiada bezradnie ciotka, która wcześniej obierając cebulę wsłuchiwała się w patetyczne słowa ministra Becka, że w Polsce nie znamy słowa pokój za wszelką cenę, bo najważniejszy dla Polaka jest honor, a pierwszego września w tym samym odbiorniku radiowym – tym razem podczas wekowania słoików z owocami – usłyszała słynną frazę prezydenta Starzyńskiego: „A więc wojna!” Porażka? Klęska? Co się właściwie dzieje? Dzieci obserwują tylko powracające z frontu zdziesiątkowane polskie oddziały wojskowe. Widzą żołnierzy z opuszczonymi głowami, ciężko tupiących buciorami utytłanymi w błocie. Za parawanem potworności wojennych toczy się zresztą także „normalne” życie, pełne namiętności i niespełnień. Wojna to przyspieszone dojrzewanie dzieci. Teraz trzeba wszystko szybciej robić: pić, palić i kochać się.

Kolski zrealizował swój nowy film na motywach opowiadania Włodzimierza Odojewskiego „Sezon w Wenecji”. Dziesięcioletni Marek pragnął wraz z rodzicami pojechać do Wenecji, o której wiedział wszystko. Ona napędzała jego wyobraźnię i marzenia. Pragnął tam pozostać. „Wenecja” była dla niego synonimem miłości, także tej do rodziców, do babci i do Polski. „Miłość! Będę kochał i będę kochany. Chcę się nauczyć mówić o miłości, bo jeszcze tego nie umiem”. Wojna rozwiała jego marzenia o weneckiej wyprawie. Pozostał tylko majątek Weroniki, do którego zjechały pozostałe ciotki: nowoczesna, niezależna Barbara, zdystansowana wobec świata, wiemy tylko, że pięknie wygrywa na fortepianie etiudy Chopinowskie, oraz sfrustrowana i załamana Klaudyna, zawalił się bowiem jej świat „warszawskich rautów”, a mąż – generał zostawił ją „w trzy minuty” i poszedł na tę swoją „wojenkę”. Jest też trzecia siostra, Joanna, matka Marka, uciekająca od rodziny i ciągle do niej powracająca. I jeszcze milcząca matka, wyczuwająca koniec dotychczasowego świata i krach beztroskiego „życia na niby”. W tym swoim dworku, wydawałoby się odizolowanym od reszty świata, niczym w zamkniętej enklawie, mają przeżyć bezpiecznie czas hekatomby, z dziećmi, ale bez mężów, na których czekają z nadzieją, a czasem bez nadziei. Jeden trafił do niemieckiego oflagu, drugi do Ostaszkowa. Ale mechanizm wojny totalnej jest bezwzględny. Śmierć wtargnie także do tej oazy spokoju i iluzji.

W piwnicach dworku wytrysło źródło wody mineralnej i zalało podziemne przestrzenie i korytarze. Marek mógł stworzyć tam swoją „Wenecję”, sztuczne miasto na wodzie. Za zgodą ciotek kredensy i szafy stają się domami, z desek i belek chłopiec buduje prowizoryczne mosty, po których przemykają inteligentne szczury, a za gondolę posłuży balia, którą płynie Marek ubrany w koszulę w podłużne pasy. W słomkowym kapeluszu na głowie wygląda jak Tadzio ze „Śmierci w Wenecji” Luchino Viscontiego według Tomasza Manna. No i jeszcze fortepian przytaszczony do piwnicy, żeby ciotka Barbara mogła zagrać w czasie oczekiwanego przez wszystkich „karnawału weneckiego”, który miał się stać wielkim przeżyciem eskapistycznym.

Mit, wyobraźnia, fikcja – czy można dzięki nim przetrwać? Kolski pozbawia nas złudzeń. To niemożliwe. Najpierw śmierć wymęczonych polskich żołnierzy, koszonych seriami przez hitlerowskiego lotnika o pięknej i groźnej twarzy, wyeksponowanej na ekranie (przypomina chłopca z Hitlerjugend śpiewającego w „Kabarecie” Boba Fossse’a słynną pieśń o tym, że jutro wszystko będzie należało do nas), potem nieuchronna tragedia żydowskiego chłopca Naumka, który przez okienko piwniczne z zachwytem patrzył na „Wenecję”, bo chciał zagrać w niej na skrzypcach, i w końcu – dramat ciotki Weroniki, pamiętającej, jak Naumek tańczył z butelką na głowie; obiecała mu, że kiedyś też tak spróbuje... Wszystkie te zdarzenia sprowadzają bohaterów filmu ze świata iluzji do brutalnej rzeczywistości. Zaraza śmierci i zabijania dopadła Marka i jego brata Wiktora. Cel prosty: zabić zdrajcę i volksdeutscha, trzeba tylko sfingować wyrok podziemia, żeby było legalnie.

WenecjaMarek, narrator filmu, wielokrotnie powtarza słowa: „Ja nie chcę tu być!” Czyli gdzie? W tym domu, w tym kraju z genami męczeństwa, na tej bezsensownej wojnie, w tej rzeczywistości rozpiętej między dwa terrory: nazistowski i sowiecki? Nie było jednak odwrotu. Oto fatalizm historii. Dziecięce marzenia i pragnienia zostały pokonane przez druzgocący walec dziejów. Pozostała tylko mityczna „Wenecja”, ta piwniczna, stworzona z wyobraźni. Może pamięć o niej okaże się silniejsza od potworności tego świata i przetrwa w duszy bohatera? Bo ta „Wenecja” to było prawdziwe dzieło sztuki, wymyślone i wyreżyserowane przez Marka, chłopca – marzyciela. Takimi „nierzeczywistościami” zachwycał nas Kolski także w swoich poprzednich filmach: „Cudowne miejsce”, „Jańcio Wodnik”, „Historia kina w Popielawach”.

A przecież sztuka jest wpisana w ludzką naturę, tak jak religia. To ona przynosi ze sobą chwile uniesień, dotykających pragnień niespełnialnych w życiu. Jest przekazem zbliżającym do absolutu albo szukającym go, zgłębiającym tajemnicę istnienia. Ostatecznie – jak pisał wielki malarz Jan Lebenstein – „życie jest przegrane, każde życie... Jest przegrane, bo przemija. Nie można wygrać z czasem”. Więc warto – zanim dotrzemy do tej innej rzeczywistości, jakkolwiek ją pojmujemy – znaleźć swoją „Wenecję”, tu i teraz, żeby „przegrane” życie usensownić. Marek, chłopiec z filmu Kolskiego, potrafił ją odszukać w warunkach ekstremalnych. Szukał piękna i miłości, dlatego „nie chciał tu być”. Wizja, którą stworzył, została na końcu filmu dosłownie „rozstrzelana”, ale pomimo wszystko w wymiarze duchowym przetrwała okropności wojny, bo wyobraźnia czyni ból możliwym do zniesienia. Na początku filmu Marek wraz z kolegami z klasy złożył przed wakacjami w kaplicy szkolnej „karteczkę do Pana Boga z prośbą o życie długie, piękne i pełne miłości”. Wtedy jeszcze nie wiedział, że za dwa miesiące wybuchnie wojna.

Wenecja
Scenariusz i reżyseria Jan Jakub Kolski. Zdjęcia Arthur Reinhart. Muzyka Dariusz Górniok. Wykonawcy Marcin Walewski (Marek), Magdalena Cielecka (Joanna, matka Marka), Grażyna Błęcka-Kolska (Weronika, siostra Joanny), Teresa Budzisz-Krzyżanowska (babcia Marka), Mariusz Bonaszewski (Roman, ojciec Marka), Agnieszka Grochowska (Barbara, siostra Joanny), Eryk Lubos (nauczyciel Bagiński). Produkcja Akson Studio, TVP, SF Tramway. Polska 2010. Dystrybucja ITI Cinema. Czas 110 min

Ks. Andrzej Luter, Wenecja, „Kino" 2010, nr 7-8, s. 86-87

© Fundacja KINO 2010

Zmieniony ( 09.07.2010. )