Drzewo życia

DRZEWO ŻYCIA
KONRAD J. ZARĘBSKI

Amerykanie z Rogerem Ebertem na czele zdążyli już obwołać „Drzewo życia” Terrence’a Malicka arcydziełem – Złota Palma w Cannes to tylko postawienie kropki nad „i”. Ebert dowodzi, że Malick jest jednym z tych nielicznych dziś twórców kina, których stać na arcydzieło, że w zasadzie każdy jego film miał mistrzowskie zadatki, a „Drzewo życia” jest spełnieniem tych zapowiedzi. Inny recenzent – w stopce biograficznej chwali się, że „Ebert go uwielbia” – twierdzi, że wielkość Malicka polega na tym, że w czasach VOD przywrócił wiarę w kinowy format ekranu.

Drzewo życiaCzytam amerykańskie recenzje i przecieram oczy ze zdumienia. Czytam, bo sam mam nie lada problem z tym filmem. Próbuję do niego podejść z różnych stron i – proszę mi wybaczyć – znamion arcydzieła w nim nie dostrzegam. Ebert pisze, że od czasu „2001: Odysei kosmicznej” nie było w kinie dzieła o równej sile wizji plastycznej, choć z drugiej strony – dodaje – Kubrickowi brakowało tej pokory i wiary w człowieczeństwo, na jakich Malick zbudował swój wywód. Nikt też nie próbował dotknąć uniwersum, jakie swoim filmem uchwycił, ba – objął – autor „Drzewa życia”. Nikt nie próbował? Ulubieńcowi Eberta się nie dziwię, że podziela pogląd mistrza, zachwycając się twórczym wykorzystaniem muzyki – w tym „Lacrimosy” Preisnera w wykonaniu Elżbiety Towarnickiej i III Symfonii Henryka Mikołaja Góreckiego, nie mówiąc o Brahmsie, Berliozie, Couperinie, Bachu czy Mozarcie – ale Ebert, bywalec światowych festiwali, bez trudu powinien rozpoznać inspiracje Malicka: Tarkowskiego, Antonioniego czy Kieślowskiego. A jednak zachwyt nad oryginalnością „Drzewa” nie ustaje. Po dwuipółgodzinnej projekcji docieram wreszcie do sedna.

O tym, że kino amerykańskie jest samowystarczalne, wie każdy, kto choć trochę interesuje się filmem. O tym, że Amerykanie nie lubią oglądać filmów zagranicznych – także wiadomo dość powszechnie: mało kto lubi tam czytać napisy, nie mówiąc o łamaniu głowy nad meandrami myśli europejskiego reżysera. W kinie amerykańskim – przepraszam za uproszczenie – liczy się obraz, który pokazuje wszystko, i narracja, prowadzona na zasadzie akcji i reakcji, ewentualnie wsparta dopowiedzeniem z offu. W tak budowanym kinie nie ma miejsca na metafizykę, rozważania o Bogu czy duchowej kondycji człowieka. To nie znaczy, że Amerykanie o Bogu i swej duchowości nie rozważają. Ale czynią to nie w kinie, gdzie udają się głównie dla rozrywki – to get fun, ale w kościele: nie zapominajmy, że kolonizację Ameryki rozpoczęli ludzie, którzy opuścili Anglię z przyczyn religijnych. Religijność jest silnie zakorzeniona w amerykańskiej tradycji: obecność Biblii w każdym pokoju hotelowym bierze się nie z przypadku, lecz z potrzeby, być może dziś uświadamianej słabiej niż kilkadziesiąt lub sto lat temu, ale nadal jeszcze częstej.

Można na „Drzewo życia” spojrzeć jak na próbę ożywienia tej potrzeby. Choćby dlatego, że kino europejskie, by nie powiedzieć – światowe, taką próbę przed kilkunastu laty podjęło i odniosło spektakularny sukces: nie darmo nazwisko Kieślowskiego wymienia się wśród najbardziej wpływowych (zgoda – inspirujących) twórców kina. Malick odważnie rusza wskazanym przez Polaka tropem, opierając się na stricte amerykańskich przesłankach. Najpierw jednak musi nakłonić swojego widza do przyjścia do kina.

To już zostało powiedziane: dla Amerykanina w kinie najważniejszy jest obraz. Zaproszenie do współpracy Emmanuela Lubezkiego (cztery nominacje do Oscara w ciągu 10 lat oraz nagroda wenecka za zdjęcia do „Ludzkich dzieci”) jest gwarancją wizualnej precyzji. Ale muszę przyznać, że oglądając długie sekwencje obrazujące stworzenie świata, oparte głównie na efektach specjalnych, zacząłem się zastanawiać, czy oglądam film czy też uczestniczę w komputerowym widowisku multimedialnym, którego celem jest nie tyle obudzenie w widzu skojarzeń z biblijnym przekazem, co wprawienie go w dziecięcy niemal zachwyt feerią barw, harmonią ruchu i idealnym połączeniem obrazu z dobiegającą zewsząd (oto potęga Dolby!) muzyką. Mimo całej pretensjonalności – skąd w tej opowieści wzięły się dinozaury, w dodatku okazujące współczucie osobnikom słabszym? – powtarzalności i nadmiaru, sekwencje te są tak opowiedziane, że nie sposób oderwać od nich wzroku – choć jednocześnie można zarzucić im wtórność, choćby względem filmów Godfreya Reggio. Ale w wywodzie Malicka wydają się niezbędne: to tworzenie świata w skali makro, podobny proces odbywa się też w skali mikro – w trakcie tworzenia rodziny.

Bo w „Drzewie życia” powstawanie świata i jego dążenie do samozagłady (czego znakiem może być choćby dehumanizacja dzisiejszej architektury, stanowiącej tło scen współczesnego wątku) jest jedynie komentarzem do tego, co dzieje się wewnątrz rodziny, ukazanej przez pryzmat prowincjonalnego miasteczka w Teksasie lat 50. ubiegłego stulecia. Miasteczko Waco jest rodzinną miejscowością reżysera, co dało asumpt do mówienia o autobiograficznym charakterze filmu – kolejnym symptomie arcydzieła. Jednocześnie jednak miejsce akcji staje się figurą prawdziwej Ameryki – tradycyjnej, prowincjonalnej Ameryki wolnej od klaustrofobii wielkich miast, gdzie żyło się w niewielkich społecznościach, bez zamykania domów na klucz i bez wyścigu szczurów, niszczącego relacje międzyludzkie. W takim świecie zawiązuje się podstawowa komórka społeczna – rodzina O’Brienów: niepracująca matka, uosobienie dobroci, podążająca – jak zostaje to sformułowane w filmie – drogą łaski, a więc bogobojna w etymologicznym znaczeniu tego słowa; surowy, czasem wręcz despotyczny ojciec – niespełniony muzyk i niespełniony inżynier (autor licznych patentów, których nie udało się wdrożyć; sugerowałoby to, że skoro próbuje coś zmienić w zastanym świecie, podąża drogą ewolucji, co wydaje się zaprzeczeniem wiary w boskie stworzenie świata), wreszcie trzech dorastających chłopaków. Tę rodzinę, jej dojrzewanie, oglądamy z perspektywy jednego z nich – najstarszego, który stając w obliczu kryzysu – nie jest sprecyzowane, czy to przejściowa sytuacja kryzysowa w życiu zawodowym czy osobistym pracownika wielkiej korporacji, czy też kryzys wieku średniego – wraca pamięcią do dzieciństwa.

Drzewo życiaTaki powrót to zabieg doskonale znany amerykańskiemu kinu. Wypalony bohater przyjeżdża do miasta, gdzie dorastał, odkrywa na nowo ważne dla siebie miejsca, ładuje akumulatory, określa dystans, jaki udało mu się przebyć i wraca do codziennego życia, by zwyciężyć. Ale miejsca, do którego mógłby wrócić Jack O’Brien, już nie ma. Po pierwsze dlatego, że rodzina musiała opuścić Waco, kiedy splajtowała fabryka, w której pracował ojciec. Po drugie zaś dlatego, że młodszy brat, z którym był tak związany, już nie żyje – zginął jako dziewiętnastolatek, zapewne w Wietnamie. Jedyny możliwy powrót to wyprawa w głąb pamięci – proces powszechny w psychoterapii, umożliwiający wytłumaczenie, a może tylko zracjonalizowanie tkwiących w podświadomości emocji, uwolnienie się od nich, pozwalający pogodzić się z przeszłością, wybaczyć i uzyskać wybaczenie. A wtedy można dostrzec całą powierzchowność amerykańskiej religijności, uosabianej przez matkę, i wybaczyć ojcu, który bywał nazbyt surowy, ale przecież kochał synów i boleśnie odczuł utratę jednego z nich. A kiedy już się wybaczy, oceni trzeźwo dystans, jaki się przebyło, kiedy wróci zaburzone kryzysem poczucie równowagi, przyjdzie pora, by na nowo budować swój świat, który powstaje nie tyle na gruzach zburzonego wcześniej, w ramach buntu pokoleń, świata rodziców, co jako nowy fragment odwiecznego drzewa życia.

Na pierwszy rzut oka wniosek aż zaskakujący banalnością. I nie zmienią tego odczucia ani porywające zdjęcia Lubezkiego, ani precyzyjne prowadzenie aktorów – zwłaszcza przejmującej Jessiki Chastain w roli matki – ani rozmach wizualny cyfrowego wywodu o tworzeniu świata – dość pretensjonalnego, zwłaszcza w połączeniu z monumentalną muzyką. Ale będzie to spojrzenie Europejczyka, przyzwyczajonego do tego, że kino potrafi zmierzyć się z każdym tematem, zmieniając się czasem w traktat filozoficzno-egzystencjalny. Jednak w kinie amerykańskim, gdzie nawet najważniejsze kwestie społeczne czy egzystencjalne właśnie poruszane są mimochodem, na marginesie prostych historii, takie postawienie sprawy wprost, bez uciekania w fabularny schemat czy ukrywania się za gwiazdami (w filmie Malicka grający ojca Brad Pitt jest bardziej ikoną, przeniesioną z pozaekranowej rzeczywistości niż aktorem z konkretnym zadaniem do wykonania), musi robić wrażenie. I robi, czego dowodem zachwyt krytyków i przewodniczącego canneńskiemu jury Roberta De Niro. Trudno tylko nie przyznać, że akurat w dziedzinie filmowej metafizyki kino amerykańskie było dotąd – co zabrzmieć może paradoksalnie – daleką prowincją i trzeba było Złotej Palmy, by powiedzieć, że nie daje się wyprzedzić innym.  

The Tree of Life
Scenariusz i reżyseria Terrence Malick. Zdjęcia Emmanuel Lubezki. Muzyka Alexandre Desplat. Wykonawcy Brad Pitt (O’Brien), Sean Penn (Jack), Jessica Chastain (pani O’Brien), Hunter Mccracken (młody Jack), Laramie Eppler (R. L.), Tye Sheridan (Steve), Fiona Shaw (babcia). Produkcja Cottowood Pictures, Plan B Entertainemnt, River Road Entertainment. USA 2011. Dystrybucja Monolith Films. Czas 138 min

Konrad J. Zarębski, Drzewo życia, „Kino" 2011, nr 7-8

© Fundacja KINO 2011

Zmieniony ( 23.06.2011. )