Wszystkie odloty Cheyenne'a

WSZYSTKIE ODLOTY CHEYENNE’A
KONRAD J. ZARĘBSKI

Taka historia mogła wydarzyć się naprawdę. Nie trzeba zbyt wielkiej przenikliwości, by w sylwetce tytułowego Cheyenne’a – starzejącego się, znudzonego rockmana – dostrzec podobieństwo do Roberta Smitha, gitarzysty słynnej niegdyś grupy The Cure, którego charakterystyczna fryzura, niecodzienny mroczny makijaż oraz programowy pesymizm stały się znakami rozpoznawczymi zespołu. The Cure zawiesiło działalność w 1982 roku i Smith zrezygnował na jakiś czas z kariery artystycznej (by później wracać co kilka lat na scenę odnawiając za każdym razem skład zespołu).

ImageWprawdzie w filmowych postaciach odbijają się echa show-biznesu sprzed 30 lat (choćby nazwa Cheyenne and the Fellows aż nadto przypomina Siouxsie and the Banshees), ale nie o odbudowywanie rockowych legend tu chodzi. Cheyenne zażywa rockowej emerytury, spekulując trochę na giełdzie i niczego poza tym nie robiąc, nie myśli nawet – w przeciwieństwie do innych rockowych dinozaurów – o powrocie na estradę. Od kiedy dwaj młodzi fani, wsłuchawszy się w jeden z jego posępnych przebojów (napisanych wyłącznie dla forsy), popełnili samobójstwo, Cheyenne nie wziął gitary do ręki. Prowadzi leniwe życie milionera, otoczony szczególnym skansenem, stworzonym przez bliskich i przyjaciół. Ubrany w czarny skórzany strój, wysokie buty za kostkę, z umalowaną twarzą i długimi farbowanymi na czarno włosami skarży się na lekką depresję, którą żona, pracująca w straży pożarnej i dbająca, by nie stracił kontaktu z prawdziwym życiem, natychmiast diagnozuje jako znudzenie. Cheyenne’owi potrzebna jest odmiana.

Okazją staje się wiadomość o chorobie ojca – więźnia Auschwitz z Polski, który po wojnie zamieszkał wśród nowojorskich ortodoksyjnych Żydów. Pieszczący się niczym mały chłopiec pięćdziesięcioletni z górą muzyk wyrusza do Nowego Jorku statkiem (boi się latać), więc przybywa za późno. Z pamiętnika ojca dowiaduje się, że zmarły całe życie poświęcił na ściganie swego oprawcy z obozu koncentracyjnego. Był blisko, ale nie udało mu się go dopaść: oto zadanie, jakie może odmienić monotonną egzystencję Cheyenne’a.

Ciąg dalszy filmu Paola Sorrentino, twórcy „Boskiego”, to wyprawa w głąb Ameryki, tropem ukrywającego się tam byłego esesmana. Wyprawa fascynująca, w jakimś sensie powtarzająca drogę Wima Wendersa szukającego swojej Ameryki w filmie „Paryż, Teksas” (jednym z przewodników Cheyenne’a będzie Harry Dean Stanton, który u Wendersa zagrał główną rolę). Muzyk opuszcza wymyślony przez siebie świat i stopniowo zanurza się w świat rzeczywisty, począwszy od zaułków i piwnic artystycznych Nowego Jorku. Z czasem daje się wciągnąć wielkim przestrzeniom prowincjonalnej Ameryki, urokowi białych płotów uporządkowanych miasteczek, zawsze pustych moteli i zapierających dech krajobrazów. A także spotkaniom z ludźmi – ale tylko z tymi autentycznymi, zachowującymi się naturalnie, przed tymi, którzy rozpoznają w nim gwiazdę pop, będzie uciekać. Zresztą, z chwilą, gdy cel osiągnie, a wyniosły na pierwszy rzut oka – taki, jakim go zapamiętał – ojciec okaże się kimś zwykłym, ludzkim, by nie powiedzieć: maluczkim – Cheyenne wyzwoli się ze swego estradowego image’u, dojrzeje, wydorośleje. Porzucenie dawnej bajki sprawi, że otaczający muzyka skansen przestanie być potrzebny, a ludzie, odgrywający dotąd role zgodne z jego oczekiwaniem, porzucą maski i wrócą do zarzuconej naturalności.

Sorrentino do swej opowieści o dojrzewaniu w drodze znalazł wiele kluczy. Jeden z nich – wendersowski – polega na powieleniu schematu kina drogi w europejskim stylu: nasyconego żywymi barwami, fotografowanego szerokimi obiektywami, dodatkowo rozszerzającymi pole widzenia. Kluczem drugim jest muzyka Davida Byrne’a – niegdyś lidera formacji Talking Heads, dziś nadal poszukującego artysty sceny rockowej. Talking Heads to nie tylko określona muzyka – rytmiczna, ale nie pozbawiona nuty refleksji, ale i określona poetyka teledysku, wyniesiona ze szkół artystycznych, do których uczęszczali muzycy. Byrne nie tylko użyczył filmowi tytułu (oryginalnego), zapożyczonego od „programowej” piosenki grupy – „This Must Be the Place” [to musi być szczególne miejsce], ale także skomponował ścieżkę dźwiękową filmu. To z jego ust pada na ekranie bardzo ważne memento: „Jesteś artystą, dopóki grasz na estradzie”.

ImageW końcu klucz czwarty – to aktorstwo. Nie tylko Seana Penna w gotyckim makijażu i punkowym kostiumie, mówiącego specjalnie ustawionym głosem i każdym gestem dającego do zrozumienia, że – w przeciwieństwie do swego bohatera sprzed metamorfozy – jest świadomy tego, co kryje się pod warstwami pudru i ekscentryczną fryzurą. To także kunszt Frances McDormand w roli mocno stojącej na ziemi żony rockowego gwiazdora, a także szeregu innych wykonawców, perfekcyjnie wpisujących się zarówno w pejzaż bajki Cheyenne’a, jak i realny świat, stopniowo odkrywany w trakcie jego podróży – tej przez życie, i tej przez dzisiejszą, nawet jeśli zanurzoną w przeszłości, Amerykę.

To wszystko sprawia, że film Paola Sorrentino ogląda się jak rockowy wideoklip (niekoniecznie jednak erudycyjno-psychodeliczny, w jakich celowała grupa Talking Heads) – łatwo ulec jego synkopowanemu rytmowi i zachować dobry nastrój w finale. A przy okazji, jakby mimochodem, zakosztować nieco życiowych prawd. Tych autentycznych, które tak rzadko trafiają do wideoklipów.

This Must Be the Place

Reżyseria Paolo Sorrentino. Scenariusz Umberto Contarello, Paolo Sorrentino. Zdjęcia Luca Bigazzi. Muzyka David Byrne, Will Oldham. Wykonawcy Sean Penn (Cheyenne), Frances Mcdormand (Jane), Judd Hirsch (Mordecai Midler), Eve Hewson (Mary), Kerry Condon (Rachel), Harry Dean Stanton (Robert Plath), David Byrne (w roli samego siebie). Produkcja Indigo Film, Lucky Red, Medusa Film, France 2 Cinéma, ARP Sélection, Element Pictures, Eurimages, Program Media. Włochy – Francja – Irlandia 2011. Dystrybucja ITI Cinema. Czas 118 min

Konrad J. Zarębski, Wszystkie odloty Cheyenne’a, „Kino" 2012, nr 3, s. 66-67

© Fundacja KINO 2012

Zmieniony ( 16.03.2012. )