Grabarz

GRABARZ
KRZYSZTOF WITALEWSKI

ImageFilm „Grabarz” Sándora Kardosa już na pierwszy rzut oka różni się od wszystkiego, do czego się przyzwyczailiśmy w kinie. Przez ekran przesuwają się poziomo obrazy fotograficzne, przywodzące na myśl malarskie panoramy. Są one jednak osobliwie zniekształcone. Ich deformacje i symetryczne odbicia czasem układają się w abstrakcyjne kompozycje, to znów tworzą surrealistyczne krajobrazy. Czasem znów powołują do życia fantastyczne stworzenia – cyklopy, czworonożnych ludzi czy konie o dwóch głowach, galopujące jednocześnie w przeciwległych kierunkach. Zawieszone w przestrzeni drzewa i kwiaty wyrastają znikąd, podobnie jak ludzkie ręce i głowy, nierzadko posklejane ze sobą niczym węże albo przedziwne owady. Zdarza się, że twarze, które patrzą na nas spokojnie z ekranu, po chwili pojawiają się ponownie, wykręcone w nieludzkich grymasach lub przeciwnie – powracają z pozoru tak samo spokojne i dopiero przy uważniejszym spojrzeniu ujawniają niepokojące szczegóły.

Budując atmosferę tajemnicy, grozy i niesamowitości, styl obrazów znakomicie służy przedstawionej w filmie historii, zaczerpniętej z opowiadania Rainera Marii Rilkego pod tym samym tytułem, osadzonego w realiach późnośredniowiecznych Włoch. Bohaterem jest tajemniczy młody człowiek, który przyjeżdża do miejscowości San Rocco, aby objąć posadę grabarza. Przekształcając cmentarz w urokliwy ogród, jednocześnie zachwyca i niepokoi społeczność miasteczka, przywiązaną do tradycji i dość nieufną wobec przybysza. Bohater zaprzyjaźnia się z córką miejscowego podesty. Razem snują rozważania o miłości, śmierci i przemijaniu. Wszystko się zmienia, gdy do San Rocco dociera plaga i zbiera wśród mieszkańców śmiertelne żniwo...

Sándor Kardos, znany między innymi ze współpracy z Bélą Tarrem węgierski operator, który od kilku lat zajmuje się także reżyserią, zdecydował się nakręcić „Grabarza” za pomocą szczególnego rodzaju kamery szczelinowej, stworzonej do rejestrowania finiszu wyścigów. Uzyskiwane przy jej użyciu obrazy mają postać ciągłych horyzontalnych sekwencji specyficznie zdeformowanych zdjęć.

Szczegóły opowieści poznajemy, słuchając głosu narratora i kilku aktorów, odczytujących dialogi, podczas gdy na ekranie widać tylko niekończące się pasma obrazów, które nie tyle opowiadają historię, co raczej zakreślają jej ramy, tworzą nastrój i ustanawiają paletę barw, podsuwają poetyckie skojarzenia. Rezygnując z dosłownej reprezentacji, autor filmu zmusza odbiorcę do uruchomienia wyobraźni, dla której pożywkę stanowią przedstawiane obrazy.

Można by pomyśleć, że taki zabieg zubaża film i redukuje doświadczenie odbioru do obcowania z warstwą literacką, co stawiałoby pod znakiem zapytania zasadność całego przedsięwzięcia. W istocie jednak przeciwnie – hipnotyzujące, złożone obrazy, które uwodzą swoją oryginalnością, są tutaj znakomitą (filmową!) ilustracją dla opowieści, którą dosłowność inscenizacji mogłaby ograbić z tego, co w niej najcenniejsze. Siła „Grabarza” tkwi bowiem nie w treści historii, lecz w sposobie, w jaki została przedstawiona. Opowiedziana niespiesznie, tak by mogły wybrzmieć wszystkie jej niuanse, niezwykłe nastroje i emocje, staje się podstawą wyjątkowego kinowego doświadczenia.

Uzyskanie takiego właśnie doświadczenia było świadomie założonym celem Sándora Kardosa i wymagało długich poszukiwań. Technikę, która miała całkowicie odmienić filmową reprezentację przestrzeni i – unikając dosłowności – umożliwić widzom podjęcie „lotu fantazji”, Kardos wypróbował już kilka lat wcześniej w krótkometrażowej etiudzie zatytułowanej „Resfilm”.

W „Grabarzu” twórca skutecznie uwalnia się ze sztywnych ram dzisiejszego języka filmowego. W pewnym sensie cofa się do prehistorii kina, by móc na nowo dokonać pewnych wyborów w miejsce tych, które – raz podjęte – w zasadzie nigdy później nie były kwestionowane. Jakby ignorując wynalazek braci Lumiere, utrwalił na taśmie materiał, którego projekcja przypomina raczej pokaz wyjątkowego rodzaju ruchomej diaporamy, fotoplastykonu czy latarni magicznej.

ImageForma „Grabarza” jest zaskakująca do tego stopnia, że niektórzy krytycy wahają się, czy w ogóle mamy do czynienia z filmem i sugerują, że galeria sztuki byłaby dla tej prezentacji bardziej odpowiednią przestrzenią niż sala kinowa. Osobiście chcę bronić „Grabarza” jako filmu, jednak niezależnie od klasyfikacji pozostaje na pewno dziełem wyjątkowym. Żałuję tylko, że nie zdecydowano się na przygotowanie polskiej wersji ścieżki dźwiękowej. Nie wiązałoby się to z żadnymi kompromisami artystycznymi, a konieczność odrywania wzroku od obrazu i czytania napisów wyjątkowo utrudnia odbiór filmu.

A sírásó
Reżyseria i scenariusz Sándor Kardos. Zdjęcia Sándor Kardos. Muzyka Peter Ogi. Wykonawcy Zoltán Mucsi (narrator), Mari Törőcsik, István Anga-Kakszi, Alina Papp, Géza Bereményi, György Báron, István B. Gellér. Produkcja Inforg Stúdió, M&M Film. Węgry 2010. Dystrybucja Stowarzyszenie Nowe Horyzonty. Czas 85 min

Krzysztof Witalewski, Grabarz, „Kino" 2012, nr 4, s. 80

© Fundacja KINO 2012

Zmieniony ( 27.04.2012. )